22-letni Polak uzyskał 21,46, ale w rozmowie z dziennikarzami był wyraźnie smutny. O samym konkursie powiedział tylko: "kosmos". To chyba najbardziej odpowiednie określenie. Do ostatniej kolejki prowadził Nowozelandczyk Tomas Walsh, który w pierwszej próbie miał 22,90. I nagle stało się coś, co trudno sobie nawet wyobrazić.

 

Najpierw do koła wszedł czwarty wówczas Kovacs. Kula poleciała na 22,91 - rekord mistrzostw świata. Potem miał swoją ostatnią próbę Brazylijczyk Darlan Romani - nie potrafił odpowiedzieć i wynikiem 22,53 został tuż za podium. To nie był jednak koniec emocji. Na wynik Kovacsa odpowiedział jego rodak Ryan Crouser. Kula wylądowała na 22,90. To oznaczało jednak, że na trzecie miejsce spadł dotychczas prowadzący Walsh.

 

Nowozelandczyk po pierwszym podejściu, palił kolejne. Przed ostatnim wejściem do koła nie potrafił utrzymać koncentracji. Próbował zamykać oczy i się jeszcze skupić, zmobilizować, ale co chwilę na jego twarzy pojawiał się uśmiech. Ostatnie pchnięcie też spalił.

 

W jednym centymetrze zmieściło się trzech zawodników. Jeszcze bardziej zaskakujące są wyniki. Po raz ostatni takie wyniki padały w pchnięciu kulą w 1990 roku, a rezultat 22,91 jest trzecim w historii. Dalej pchali tylko Amerykanin Randy Barnes 23,12 i reprezentant NRD Ulf Timmermann (23.06).

 

- Ciężko mi cokolwiek powiedzieć na temat całego konkursu. Brak mi słów na razie - podkreślił Bukowiecki.

 

- Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie było mnie stać na medal i to jest smutne, przykre. To mnie bardzo demotywuje, deprymuje, bo to jest słabe, kiedy wiesz, że nie stać cię na podium, a rywale są dużo lepsi. 21,46 to nie jest moje maksimum, mogłem pchnąć powyżej 22 metrów, ale dalej to by mi nic nie dało - dodał.

 

Nie chciał się też tłumaczyć tym, że ma dopiero 22 lata. - Mam tego świadomość, ale słyszę to od 2015 roku, kiedy zacząłem startować z seniorami. Miałem wtedy czas. Minęły cztery lata i nadal to samo. Chciałbym nie tylko pchać dalej, ale i zdobywać medale - podsumował.

 

Na pytanie, czy konkurs na takim poziomie może się jeszcze powtórzyć, odparł: - Będzie ich coraz więcej. Poziom tej konkurencji nie stoi w miejscu, tylko z roku na rok idzie dużymi krokami do góry.

 

Oceniając rywali powiedział, że każdy pcha inaczej, mimo że wszyscy używają techniki obrotowej. - Wzorzec jest, ale każdy dopasowuje technikę do siebie. Chłopaki, którzy zdobyli medale, na pewno są dużo bardziej doświadczeni ode mnie i pewnie bardziej zaprzyjaźnieni ze swoją techniką - powiedział.

 

Mimo wszystko Bukowiecki starał się znaleźć jakieś pozytywy sezonu, który niemal dobiegł do końca. Pozostał mu jeden start - w wojskowych mistrzostwach świata.

 

- Cieszę się, że zrobiłem życiówkę i jestem stabilny na poziomie powyżej 21 m - przyznał.

 

Trenujący ze swoim ojcem Ireneuszem zawodnik rzucił też żartobliwie, że czas zmienić konkurencję. Ten pomysł podsunął mu jeden z rywali, który w trakcie konkursu podszedł i zapytał, jaki ma rekord życiowy w rzucie dyskiem, bo czas uciekać z kuli.

 

Bukowiecki przyznał, że pachniało już rekordem świata. - Myślałem, że Crouser to zrobił. Tak to wyglądało z mojej perspektywy - powiedział.

 

Na koniec mistrz Europy do lat 23 zapewnił, że urodził się po to, by zwyciężać i cały czas próbuje być najlepszym. Tak będzie też za rok na igrzyskach w Tokio.

 

- Wiem, że mogę to zrobić i po to zostałem stworzony. Skoro pchałem ponad 23 metry lżejszym sprzętem, będąc dzieciakiem, to będę w stanie to też zrobić, jak będę dorosły - przyznał.

 

Polacy dotychczas wywalczyli cztery medale, w tym złoty Pawła Fajdka w rzucie młotem. Impreza zakończy się w niedzielę.