Wciąż nie wiem na co tak naprawdę stać 25-letniego Parzęczewskiego (24-1, 16 KO) w wadze super średniej. Z Mendym wygrał jak najbardziej zasłużenie, choć nieznacznie, ale nie zachwycił. Pięściarz z Gambii uświadomił nie tylko Parzęczewskiemu, że jego droga na szczyt jest jeszcze długa i najeżona przeciwnościami, czego on, Patrick Mendy był najlepszym przykładem. Powiem więcej po tym co zobaczyłem twierdzę, że ten wirtualny szczyt jest dalej niż bliżej Parzęczewskiego.

 

Patrick Mendy to rywal doświadczony i niewygodny, pokazujący nie tylko takim jak Polak, że ”styl robi walkę”. Parzęczewski miał w Częstochowie dobre momenty, był nawet bliski, by skuteczniej dobrać się do skóry ”Tygrysowi” z Gambii, ale wygląda na to, że źle ocenił sytuację gdy trafił mocnym ciosem na korpus, i nie wykorzystał szansy. Parzęczewski powinien przestać myśleć o nokautach i skupić się na boksie. Nokaut przychodzi sam, jak krzyczysz o nim wokół i na siłę go szukasz, to najczęściej nic z tego nie wychodzi. I tak właśnie było w tym pojedynku, który jak w soczewce pokazał też inne ograniczenia Parzęczewskiego.

 

Ale to nie oznacza, że to jest pięściarz bez perspektyw. Nic bardziej błędnego. Potencjał wciąż jest, ale droga do celu jakim są wielkie walki i wielkie zwycięstwa daleka. Mam nadzieję, że Robert Parzęczewski to rozumie. Z kolejną wygraną na koncie zapewne będzie mu łatwiej. W gorszej sytuacji jest Łukasz Wierzbicki (18-1, 7 KO).

 

Wydawało się, że Louis Greene (11-1, 6 KO), to dla niego odpowiedni rywal. Ale boks czasami bywa bardzo brutalny, Wierzbicki popełnił błąd i zapłacił za to wysoką cenę. Półdystans nie jest dla niego, może kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Przecież on na zawodowym ringu startował praktycznie od zera i normalnie zaczął trenować (co umożliwił mu Mateusz Borek) dopiero, gdy wrócił z Kanady do Polski. Wszystko wskazywało na to, że jest na dobrej drodze do coraz lepszych walk z bardziej wymagającymi rywalami, był na sparingach u Keitha Thurmana, robił widoczne gołym okiem postępy, a tu nagle przegrana przez nokaut. Myślę, że się z tego wygrzebie i wróci, najpierw jednak musi wyleczyć głębokie rozcięcie łuku brwiowego.

 

Ma niestety z tym kłopoty, bo nie pierwsza jego kontuzja. I na koniec jeszcze słowo o Patryku Szymańskim (20-2,10 KO). To kolejny zawodnik, który powinien unikać półdystansu. Jego atutem są ciosy proste z dystansu, to potrafi najlepiej. Niestety im bliżej rywala tym gorzej. Gdyby Denis Krieger bił mocniej, to po jego lewym sierpowym, który wylądował na szczęce Polaka, Patryk miałby poważny problem. O tym, że nie lubi ciosów na korpus też wiemy.

 

Nie wiem, czy te mankamenty będzie w stanie wyeliminować, ale jeśli nie, to za wszelką cenę musi je ukryć, i z zimną krwią korzystać z tego co daje mu przewagę. Jego prawy jest naprawdę mocny, a jeśli odpowiednio wykorzysta lewą rękę, to tacy jak Krieger nie powinni mieć nic do powiedzenia. Problem w tym, że Szymański mierzy znacznie wyżej.