To pod względem wynikowym najlepsza impreza w historii. Niektóre konkurencje stały wręcz na kosmicznym poziomie - przyznają wszyscy uczestnicy. Polacy spisali się powyżej oczekiwań. Przed przyjazdem do Kataru mówiono o 4-5 miejscach na podium, a jest ich sześć.

 

Ostatniego dnia do polskiego worka z medalami wrzucili srebro kobieca sztafeta 4x400 m i brąz Marcin Lewandowski na 1500 m. Oba biegi zakończyły się rekordami Polski - odpowiednio 3.21,89 i 3.31,46. A czas Polek w sztafecie jest najlepszym w Europie od ponad ośmiu lat. Wcześniej w rzucie młotem złoto zdobył Fajdek, srebro wywalczyła Joanna Fiodorow, a brąz Wojciech Nowicki. Trzeci w skoku o tyczce był też Piotr Lisek.

 

Bohaterką imprezy była Sifan Hassan. Holenderka etiopskiego pochodzenia jako pierwsza w historii wygrała rywalizację na 10 000 m i 1500 m. Na obu dystansach uzyskała znakomite rezultaty - 30.17,62 i 3.51,95. Cieniem rzuca się tylko jej współpraca z zawieszonym w trakcie mistrzostw świata amerykańskim trenerem Alberto Salazarem.

 

Trzy medale do domu przywiezie brytyjska sprinterka Dina Asher-Smith. Na 100 m i w sztafecie 4x100 m wywalczyła srebro, a na dystansie 200 m wygrała.

 

Zostały poprawione trzy rekordy świata - w biegu na 400 m ppł swoje osiągnięcie z lipca poprawiła Amerykanka Dalilah Muhammad - 52,16. Wcześniej dwukrotnie najlepszy czas w historii uzyskiwała amerykańska sztafeta mieszana 4x400 m, ale to nowa konkurencja. IAAF za rekord świata wypłaci dodatkowo 100 tys. dolarów.

 

Najwięcej krytyki IAAF usłyszał przy okazji rozgrywania konkurencji ulicznych - maratonów i chodu. Odbywały się one w środku nocy (chód na 50 km kobiet zakończył się nad ranem), bo wcześniej nie pozwalały na to warunki atmosferyczne. Nikomu nic się nie stało, ale do szpitala polowego rozstawionego przy trasie, trafiało sporo sportowców.

 

I to były też jedyne konkurencje, w których odnotowano słabsze wyniki.

 

- Warunki były znane parę miesięcy wcześniej i każdy dostał o nich informację - tłumaczył szef IAAF Sebastian Coe, który w Dausze został wybrany na kolejną kadencję.

 

Dużo emocji wzbudziły tradycyjnie sprinty - najszybszymi na świecie zostali Amerykanin Christian Coleman (9,76) i Shelly-Ann Fraser-Pryce (10,71). Złoto pierwszego z nich wzbudziło mnóstwo kontrowersji, bo mógł być zawieszony za niestawienie się na kontrole antydopingowe. Jego prawnicy znaleźli jednak luki i go wybronili.

 

- To niesprawiedliwe, że my musimy startować pod neutralną flagą, a Coleman wygrywa i nikt nic nie robi - powiedziała zwyciężczyni w skoku wzwyż Rosjanka Maria Lasickiene.

 

Na kosmicznym poziomie stał konkurs kulomiotów. Trzech medalistów znalazło się w jednym centymetrze, ale najlepszy był Amerykanin Joe Kovacs - 22,91. Tak daleko pchano ostatni raz w 1990 roku.

 

Także bieg na 400 m kobiet wzbudził bardzo duże emocje. Wygrała go reprezentantka Bahrajnu Salwa Eid Naser, a jej wynik 48,14 wzbudził podziw wszystkich.

 

Z punktu widzenia organizatorów najważniejszy był finał skoku wzwyż mężczyzn. Mutaz Essa Barshim porwał publiczność i mimo wielu trudności w sezonie wygrał wynikiem 2,37. Najbardziej szczęśliwy był jego trener Stanisław Szczyrba.

 

Ozdobą mistrzostw świata był obrazek z eliminacji 5000 m mężczyzn. Jonathan Busby z Aruby doznał kontuzji i nie był w stanie dotrzeć do mety o własnych siłach. W osiągnięciu tego celu pomógł mu Braima Dabo z Gwinei Bissau.

 

Poprawionych zostało sześć rekordów mistrzostw świata, reprezentanci 43 krajów stawali na podium.

 

W klasyfikacji medalowej Polacy zajęli 11. miejsce (nie licząc startujących pod neutralną flagą Rosjan), ale szóste ex aequo pod względem liczby krążków. Zdecydowanie najlepsi byli Amerykanie (14-11-4).