Żużel w Przemyślu. "Chcemy tym sportem połączyć społeczeństwo"

Żużel
Żużel w Przemyślu. "Chcemy tym sportem połączyć społeczeństwo"
fot. Spartan Przemyśl/Facebook

- Miasto, jeśli chodzi o sport, jest strasznie podzielone. Każdy narzeka, jeden drugiemu wydziera "złotówkę". To chyba zniechęca kibiców. Dlatego uważam, że powinno być coś nowego, co mogłoby połączyć społeczeństwo. Być może żużel będzie tym sportem - powiedział Maciej Gilowski, prezes Spartana Przemyśl, który dąży do powstania kolejnego ośrodka żużlowego w Polsce.

Krystian Natoński: Skąd narodził się pomysł na sekcję miniżużlową w Przemyślu?

 

Maciej Gilowski: Zaczęło się to parę lat temu, jak jeszcze przebywałem w Szwajcarii. Na treningi dojeżdżałem do Lgini na tor prywatny Tomka Dutki. Tak naprawdę to on zainspirował mnie do tego wszystkiego. My - amatorzy, mieliśmy ogromne problemy z treningami na Podkarpaciu i chciałem zrobić prywatną bazę dla siebie. Mój siedmioletni syn, wówczas miał pięć lat - jeździł ze mną, miał swój motorek i jeździł na tym torze. I tak wyszło. W zasadzie to on był takim motorem napędowym do tego.

 

Jak wygląda kadrowo sekcja miniżużlowa oraz w jakim wieku są zawodnicy?

 

Obecnie jest dwunastu chłopaków w wieku od siedmiu do dwunastu lat..

 

Rozumiem, że jak ten najstarszy "wydorośleje", a klub nie będzie jeszcze w stanie stworzyć mu warunków do rozwoju, to wtedy będzie trzeba puścić go w żużlowy świat.

 

W najbliższym czasie zostanie zawiązana sekcja żużlowa Spartana. Powoli mamy w planach skompletować jeden bądź dwa motocykle i zacząć szkolenie na tych większych motorkach - 250cc. Docelowo nie chcielibyśmy pozbywać się chłopaków na tym etapie. Chcielibyśmy, że zostali i dalej kontynuowali karierę.

 

Można spodziewać się mniej więcej kiedy powstanie nowy stadion, na którym będzie można trenować?

 

To jest świeża sprawa, trochę rozwojowa. Byliśmy już w Rzeszowie, gdzie mieliśmy złożyć wstępną dokumentację, kosztorys - jak to miałoby wyglądać. Mamy dostać koordynatora, który będzie nam kierował w jakiś projekt. Na razie czekamy i to są decyzje, które nie zależą od nas.

 

W takim razie zapytam inaczej. Kiedy chciałby pan, aby zaczęły się prace nad nowym stadionem?

 

Chciałbym jak najszybciej (śmiech). Jestem w gorącej wodzie kąpany i od razu wpuściłbym sprzęt i zaczął działać (śmiech).

 

A tak patrząc na realny scenariusz?

 

Działamy dwutorowy. Jedna droga to środki ministralne oraz unijne, a druga droga to rozmowy z prezydentem, który chce zagospodarować dla nas środki. Są jeszcze podmioty prywatne, które nam coś obiecały. Kwestia jest taka gdzie, co i jak zorganizujemy. Myślę jednak, że już na wiosnę pierwsze prace ruszą na stadionie Polonii.

 

A jak wyglądają obecne realia, jeśli chodzi o infrastrukturę?

 

Jeżeli chodzi o stadion Polonii, który nie jest miejskim klubem - jeszcze za poprzedniej władzy mieli projekt za parę milionów i ten projekt przeszedł przez dwie fazy, a trzecia faza była po prostu czystą formalnością. Aczkolwiek ówczesny prezydent miał inwestycję o nazwie "trasa podziemna" i zaprosił do siebie prezesa klubu, porozmawiali i powiedział żeby wycofał swój projekt, a miasto przedstawi swój. Klub wycofał projekt, ale prezydent przegrał wybory i klub został na lodzie. Teraz zaczynają wszystko od nowa. Wie pan, to jest piąta liga piłki nożnej, więc każdy ma ich w nosie. Nikt nie da im miliona czy dwóch na zrobienie obiektu, żeby mogła tam grać piąta liga. Także im jest ten żużel potrzebny, żeby pozyskać jakieś środki. Nie oszukujmy się, że żużel w Polsce to taki motor napędowy.

 

Śmiało można rzec, że to jeden ze sportów narodowych. Czyli odzew z miasta jest?

 

Jak najbardziej. Prezydent jest chętny, aby pozyskać środki. Do tego są podmioty prywatne. Rozmawiamy z firmami budowlanymi, które wykonałyby jakiś zakres prac w ramach "sponsoringu". Cały czas latamy i jesteśmy w obiegu.

 

Jaka jest w ogóle specyfika miasta Przemyśl, jeśli chodzi o sport? Piłka nożna jest najpopularniejszą dyscypliną? Czy żużel ma szansę przebić się jako sport numer jeden?

 

Ja osobiście pochodzę z Jarosławia, czyli miasta oddalonego 35 kilometrów od Przemyśla. I powiem panu, że Przemyśl jest naprawdę specyficznym miastem. Pomijając fakt, że miasto jest zadłużone i mogę panu dać przykład, jeśli chodzi o sport. W Jarosławiu jest czwarta liga piłki nożnej, ale dotacja na klub wyniosła 650 tysięcy. Dodam, że Jarosław ma połowę mniejszy budżet od Przemyśla. Ping-pong miał 150 tysięcy. W zasadzie trzy sekcje dostały w sumie milion złotych. A niech pan zgadnie ile w styczniu było przeznaczonych pieniędzy na sport w Przemyślu - na dwadzieścia sekcji.

 

W Jarosławiu powiedział pan, że milion. W Przemyślu na dwadzieścia sekcji zakładam, że mniej. Niech będzie, że 600-700 tysięcy?

 

120 tysięcy...

 

Naprawdę?

 

Naprawdę. Niech pan teraz wyobrazi sobie skalę…

 

To jest przepaść.

 

Przepaść. W Przemyślu w zasadzie nie ma sportu. Bo jeżeli na piłkę nożną chodzi sto, dwieście osób - jak jest jakiś ważny mecz, to powiedzmy, że sześćset osób. No to co to jest za sport? Tak naprawdę sportem numer jeden jest piłka ręczna, gdzie chodzi siedemset osób. Ale jeżeli mówimy o profesjonalnym sporcie, to wygląda to średnio. Dla odmiany powiem, że w Przemyślu jest futbol amerykański, gdzie przychodzi prawie tysiąc ludzi. To pokazuje, że ludzie są zmęczeni piłką. Miasto, jeśli chodzi o sport, jest strasznie podzielone. Każdy narzeka, jeden drugiemu wydziera "złotówkę". To chyba zniechęca kibiców. Dlatego uważam, że powinno być coś nowego, co mogłoby połączyć społeczeństwo. Być może żużel będzie tym sportem.

 

Jeżeli wspomniał pan, że futbol amerykański przyciąga taką publikę, to myślę, że żużel, który jest bezapelacyjnie bardziej popularnym sportem w Polsce - jest w stanie przyciągnąć naprawdę tłumy kibiców.

 

Tym bardziej, że ludzie przychodzili na mecze futbolu amerykańskiego, a pytali się jakie są zasady, bo nie wiedzieli. Oni po prostu przyszyli, pooglądali. Dochodziło do tego, że nawet nie wiedzieli jaki był wynik, kto wygrał.

 

Po prostu przychodzili, bo są głodni sportowych emocji.

 

Dokładnie.

 

W momencie, gdyby powstał nowy stadion, to na ile miejsc?

 

Ciężko powiedzieć. Myślę, że na dwa, trzy tysiące. To jest realna liczba. Czas pokaże.

 

Na jakim etapie znajduje się teraz Spartan Przemyśl? Jakie są te bliskie plany i jakie są te dalekosiężne? Wiadomo, że na mecie jest start w drugiej lidze, ale co jest po drodze?

 

Mamy aspekt sportowy, ale też rozbudowujemy bazę i infrastrukturę. Jeśli chodzi o plany sportowe na najbliższy sezon, to chcemy odjechać przynajmniej dziesięć turniejów dla chłopaków, którzy są świeżo po licencji. Chcemy, żeby nabrali doświadczenia. Docelowo chcielibyśmy powoli przebijać się do czołówki miniżużla.

 

W sekcji jest dwunastu zawodników. Biorąc pod uwagę, że klub powstaje od zera, to myślę, że niejeden ośrodek żużlowy z wielkimi tradycjami mógłby wam pozazdrościć.

 

To raz. A dwa mogę powiedzieć, że przewinęło się ponad dwadzieścia osób. To też pokazuje, że jest jakiś potencjał.

 

Rozumiem, że PZMot to zauważa i pomaga wam chyba w jakiś stopniu?

 

To źle pan rozumie (śmiech). My jesteśmy zdani sami na siebie.

 

Żużlowe władze nie zauważają, że próbujecie pojawić się na żużlowej mapie?

 

Wydaje mi się, że nie tylko nas.

 

O tyle dziwne, że żyjemy w czasach, kiedy martwimy się o każdy ośrodek żużlowy. Za chwilę kolejne mogą upaść...

 

Mówimy tak dużo o szkoleniu młodzieży, a nic z tym nie robimy.

 

To są na pewno smutne słowa. Wydawałoby się, że władze polskiego żużla powinny zrobić wszystko, aby wam pomóc.

 

W teorii tak powinno być, ale niestety smutna rzeczywistość pokazuje, że jest inaczej. Każdy klub jest zdany sam na siebie. My mamy jeszcze utrudnione zadanie, bo zaczynamy od zera. Żeby dojść do jakiegoś pułapu jak Wawrów, to musimy wykonać katorżniczą pracę.

 

Czy jak chociażby Śląsk Świętochłowice, który od kilku lat próbuje wrócić na żużlową mapę.

 

Oni też są zdani na siebie, nie mają żadnego wsparcia.

 

Wy – jako Spartan Przemyśl, próbujecie coś zdziałać z PZM-ocie? Czy to nie przynosi żadnych efektów?

 

Nie próbowaliśmy nic w tej kwestii robić. Była tak naprawdę jedna rozmowa, ponieważ chcieliśmy w przyszłym roku zorganizować turniej, który byłby przetarciem przed mistrzostwami Polski, które mielibyśmy zorganizować w 2021 roku. Chcielibyśmy sprawdzić się organizacyjnie. Zapytaliśmy się związku czy nie pomogliby nam. Przyszła odpowiedź, żebyśmy wysłali wniosek, a oni to rozpatrzą. Nie mówimy tu o kwotach – dziesięć, dwadzieścia tysięcy. To są kwoty – dwa, trzy tysiące.

 

Czyli PZMot nie jest w stanie nawet wygenerować takich pieniędzy dla ośrodka, który chce mieć klub żużlowy.

 

Może pomogą, nie twierdzę, że nie pomogą. Dostaliśmy odpowiedź, żeby po Nowym Roku złożyć taki wniosek i on zostanie rozpatrzony przez władze.

 

Myślę, że nie macie nic do stracenia i musicie cały czas dążyć do tego, żeby PZMot wam pomógł.

 

Tak, tylko niech pan mi powie czy PZMot komuś pomógł? Jakiemuś klubowi? Podejrzewam, że to działa na zasadzie – pieniądze dostałby Spartan, to ustawiłaby się kolejka – „Ej, ale oni dostali, to dlaczego my nie?”.

 

Z jednej strony ma pan rację, ale z drugiej strony różnica polega na tym, że wy startujecie od zera i nie jesteście spadkobiercą żadnego klubu, który ogłosił upadłość i nie dostał licencji. Dodatkowo autentycznie szkolicie młodzież. W przeciwieństwie do innych klubów, macie czystą kartę i być może to mogłoby spowodować, że PZMot inaczej spojrzałby na was.

 

Jeżeli ufundowaliby powiedzmy dwa motorki, to nic złego by się nie stało.

 

Tym bardziej, że wspomniał pan, że nie chodzi o duże pieniądze, tylko symboliczne kwoty, które dla was będą duże.

 

Zgadza się. My mamy jeszcze o tyle utrudnione zadanie, że jesteśmy na strasznie trudnym terenie, pomijając fakt, że zaczynamy od zera. W Przemyślu nie ma żadnej żużlowej tradycji ani historii. Zbudować coś tutaj wymaga dwa razy większego nakładu sił niż normalnie.

 

PZMot to jedno, ale chciałem dowiedzieć się czy macie plan na współpracę z innymi ośrodkami? W mediach lokalnych czytałem, że być może Marta Półtorak mogłaby wam pomóc.

 

Powiem tak – my nie jesteśmy jeszcze na tyle wiarygodni, żeby ludzie pokroju Marty Półtorak mogli się nami zainteresować. Byłoby to oczywiście fajne. Na razie to są „marzenia ściętej głowy”. My musimy na razie coś pokazać, przebić się, a później to już pójdzie samo.

 

Sam fakt, że szkolicie, że macie tylu zawodników i lada moment oni będą gdzieś na wyższym poziomie – to na pewno zachęci inne kluby do pomocy, solidarnie.

 

Tak myślę, ale wie pan – ja na początku takim romantykiem byłem, ale już jestem w tym ponad rok czasu, to patrzę na to realnie i wiem, że jak my sami sobie nie pomożemy, to nikt nam nie pomoże. W tym wieku, w jakim są ci miniżużlowcy, wszystko dzieje się bardzo dynamicznie. Teraz chłopak jest, za chwilę przestanie chodzić na treningi, coś go zniechęci. To jest taki specyficzny wiek.

 

Ile osób pracuje w klubie?

 

Teraz rodzice zaangażowali się w klub. Pomagają, dostali przypisane funkcje. U nas nie ma stałych etatów. W poprzednim roku byłem w zasadzie ja, gdzie od początku sam działałem. Byłem pracownikiem gospodarczym, „pseudoprezesem”, mechanikiem, instruktorem, kierownikiem drużyny. Powoli to się zmienia, bo rodzice zaczynają dostrzegać, że samemu to wszystko ogarniać jest nierówną walką. Próbują mnie odciągnąć od tego.

 

Rodzice udzielają się w klubie, a kto jest odpowiedzialny za szkolenie?

 

Też ja.

 

Ktoś panu w tym pomaga?

 

Nie, tylko ja.

 

A jest pomysł, żeby kogoś wziąć do pomocy?

 

Wszystko rozwija się o finanse. Jeżeli mielibyśmy budżet na konkretnym poziomie, to ja nie widzę problemu. Mogę nawet wycofać się z tego, siedzieć z boku i przyglądać się. Na ten moment nie jesteśmy w stanie tego zrobić.

 

A jaki jest budżet klubu?

 

Na kolejny sezon zakładamy, walczymy – o sześćdziesiąt tysięcy i to jest granica minimalna. I tak idziemy po najmniejszej linii oporu.

 

Wspomniał pan jednak wcześniej, że są darczyńcy, firmy, które chcą dalej pomagać.

 

Zgadza się, ale nasz problem polega na tym, że my w Polsce jesteśmy rozpoznawalni, a na naszym terenie nie. O nas w Przemyślu i okolicach naprawdę słyszało niewiele osób. I podejrzewam, że to jest nasz główny problem.

 

Czyli w mieście – w sklepie, czy w innych miejscach nie mówi się o żużlu.

 

Dokładnie. Albo padają hasła „Kiedy wy ruszacie?”. Kiedyś słyszałem „Kiedy startujecie z tymi treningami?”. Także musimy uderzyć lokalnie, zareklamować się i wówczas będzie łatwiej w pozyskiwaniu sponsorów.

 

A jest pomysł jak to zrobić? Jak się zareklamować?

 

Pomysły mamy, ale to też wymaga pomocy ze strony miasta. Jesteśmy po słowie i musimy parę kwestii doprecyzować. Myślę, że to pójdzie we właściwym kierunku. Chcielibyśmy umieścić reklamę na autobusach, porozwieszać banery na mieście. Mamy zaplanowaną w tym roku akcję „szkoła”. Sądzę, że to też odbije się szerszych echem.

 

Wspomniał pan, że w Przemyślu nie ma dużego klubu, który mógłby „zjeść” wszystkie konkurencje. Jest szansa, że wy możecie być takim klubem w dalszej perspektywie.

 

Mogę dać panu taki przykład. Ten rok był ciężki. Dopiero w marcu, kwietniu zacząłem latać za pieniędzmi, bo wcześniej nie było czasu, wykonywaliśmy w zimie prace na obiekcie. Zawodnicy wyjechali już na tor, a ja jeszcze latałem po firmach. Teraz wygląda to inaczej, bo jest końcówka roku i jesteśmy w połowie drogi. Część firm zadeklarowało już chęć dalszej współpracy, jest też parę nowych firm. Chcielibyśmy pozyskać realnie trzydzieści tysięcy złotych z podmiotów prywatnych. To na pewno nie jest zły wynik, jeśli chodzi o Przemyśl. A cały czas mówimy o podmiocie, który został zawiązany w 2018 roku. Nie mamy takiego komfortu, jak np. Polonia Przemyśl, która świętuje studziesięciolecie. Oni już są rozpoznawalną marką, a my jesteśmy cały czas na etapie piaskownicy.

 

To tak na koniec naszej rozmowy, zadam takie trochę romantyczne pytanie. Jakie jest marzenie prezesa klubu? Oczami wyobraźni gdzie widzi pan Spartana Przemyśl za pięć, dziesięć lat?

 

Gdzie widzę? Widzę ten klub jako stabilny finansowo, który ma przynajmniej dziesięciu, dwunastu adeptów i który ciągle się rozwija.

 

I oczywiście startuje w rozgrywkach ligowych.

 

Oczywiście, że tak.

 

Najlepiej w ekstralidze…

 

To już pan to powiedział (śmiech).

 

Oczywiście cały czas mówimy o dalszej perspektywie. Marzyć można i trzeba.

 

Żeby w klubie było co najmniej trzech chłopaków na 250cc, żebyśmy zawsze mieli zawodników do miniżużla i wówczas będzie dobrze. Niech startują na bieżąco, osiągają sukcesy, bo to też umacnia.

 

Myślę, że jak z Przemyśla wyjdzie chociaż jeden zawodnik, który zadebiutuje w tym seniorskim żużlu, pojedzie w lidze – czy to będzie druga, pierwsza, może nawet ekstraliga – to już będzie powód do dumy.

 

Wracając do PZMotu, to powiem panu, że jest to dla nas perfekcyjne rozwiązanie – kary finansowe dotyczące braku szkolenia. Kluby mogą się do nas zgłosić po jakiegoś młodego adepta. To dla nas jakaś furtka.

 

Biorąc pod uwagę inne ośrodki, to każdy woli brać zawodnika skądś inąd, a mało klubów szkoli.

 

Tak szczerze szkolenie nie jest opłacalne. Jeżeli sobie przeliczymy koszty ubezpieczenia, motocykli, paliwa, eksploatacji sprzętu, wynajęcia karetki, udostępnienia toru, to wyjdzie nam, że lepiej kupić gotowy „produkt”.

 

Tym bardziej, że nie mamy pewności czy ten zawodnik osiągnie sukces.

 

Zgadza się. A te chyba piętnaście tysięcy rocznego ekwiwalentu w miniżużlu nie jest współmierne. Jest to trochę niewdzięczne.

 

Trzeba jednak optymistycznie zakończyć naszą rozmowę (śmiech). Rozumiem, że satysfakcja jest z tego, co się dzieje w Przemyślu. Patrzycie na to optymistycznie, bo w innym przypadku chyba nie bawiłby się pan w to dalej.

 

No właśnie, bo zaczynamy kolejny projekt pod tytułem „duży żużel”. Jeżeli byłbym tym zmęczony, to nie pchałbym się wyżej, ale to pokazuje, że jeszcze jakieś rezerwy są. Jest koniec sezonu, ładuje akumulatory i od wiosny działamy ostro do przodu.

Krystian Natoński, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze