Pindera: Między Monte Carlo i Raszynem

Sporty walki
Pindera: Między Monte Carlo i Raszynem
fot. PAP

Rosjanie na zawodowych ringach rozpychają się coraz mocniej. W Monte Carlo kolejny tytuł powędrował do Aleksandra Biesputina, który pokonał pewnie Radżaba Butajewa i został regularnym czempionem WBA w wadze półśredniej. Poprzednio pas ten należał do Manny’ego Pacquiao.

A jeszcze ćwierć wieku temu pięściarz z byłego ZSRR na zawodowym tronie, to było duże wydarzenie. Pierwszym, którego tego dokonał był Jurij Arbaczakow, mistrz wagi muszej, ale aby podpisać zawodowy kontrakt i walczyć za godziwe pieniądze musiał wyjechać do Japonii. Arbaczakow jeszcze w 1989 roku wygrał mistrzostwa świata rozgrywane w Moskwie, a trzy lata później miał już pas WBC w wadze muszej.


Kolejnym radzieckim mistrzem zakazanego tam wtedy boksu, który zdecydował się na emigrację, by spróbować zawodowego chleba, był Kostia Cziu. Wygrał MŚ w Sydney (1991) i został w Australii, tym samym rezygnując z igrzysk w Barcelonie (1992), gdzie byłby mocnym kandydatem do olimpijskiego złota.


Pierwszym rosyjskim kandydatem na mistrza wagi ciężkiej (już po rozpadzie ZSRR) był Aleksander Zołkin, ale walkę o pas WBO z Henrym Akinwande w 1996 roku przegrał przez techniczny nokaut. Zresztą tytuły WBO nie były w USA traktowane poważnie.


Dziś co krok spotykamy rosyjskojęzycznych mistrzów. Pięściarzy z krajów byłego Związku Radzieckiego radzą sobie zdecydowanie lepiej niż Kubańczycy, którzy po pierwsze wciąż muszą uciekać z Gorącej Wyspy, by walczyć zawodowo, a po drugie jeśli już podejmą taką decyzję nie zawsze odnajdują się nowej rzeczywistości.


A Rosjanie, Ukraińcy, Kazachowie czy Uzbecy nie mają z tym większych problemów i ten exodus będzie trwał w najlepsze, bo pieniądze, które oferuje świat zawodowego boksu są bez porównania większe, niż te które można zarobić zdobywając medale olimpijskie dla swych rodzinnych krajów.


Biesputin (14-0, 9 KO) i Butajew (12-1, 9 KO) stoczyli w Monte Carlo dobry pojedynek, zasłużenie wygrał ten pierwszy, wcześniej utytułowany amator, ale nie wiem czy przebije się do ścisłej elity tej kategorii uważanej nie bez racji za jedną z najmocniejszych w zawodowym boksie. Do tego dochodzi jeszcze szalenie ważny czynnik biznesowy, i tu jest kolejny znak zapytania, bo nowy regularny mistrz WBA, Aleksander Biesputin, w USA, gdzie mieszka i trenuje, jest anonimowy.


W Monte Carlo kolejny pojedynek wygrała królowa zawodowego boksu, Norweżka Cecilia Braekhus (36-0, 9 KO), absolutna mistrzyni wagi półśredniej. 38 letnia adoptowana w dzieciństwie przez norweską rodzinę Kolumbijka, pokonała Argentynkę Victorię Noelię Bustos (19-6), ale wiadomo że celem jej nowego promotora, Eddiego Hearna, jest walka z 33 letnią Katie Taylor (15-0, 6 KO). I nie ma znaczenia różnica wagi. Irlandka była mistrzyni wagi lekkiej, i wielka gwiazda olimpijskiego boksu, zrobiła już pierwszy krok w górę, zdobywając kolejny zawodowy pas, tm razem w wadze superlekkiej.


Na starcie z Braekhus już najwyższa pora, bo obie Panie młodsze nie będą, a czas leci szybko. A to jeden z niewielu pojedynków z udziałem kobiet na którym będzie można całkiem nieźle zarobić.


W Raszynie też walczyła polska była wicemistrzyni Europy kadetek i juniorek, 23 letnia Wiktoria Sądej i zaprezentowała się znacznie lepiej niż w debiucie, gdy przegrała z Dorotą Norek.


Teraz w dobrym stylu pokonała dziesięć lat starszą Deni Hodges, czyli „Kieszonkową Rakietę” z Wlk. Brytanii i ciekawe kiedy pojawi się w ringu po raz kolejny.


Na gali w Raszynie organizowanej przez Tomasza Babilońskiego było kilka mniej lub bardziej udanych debiutów (mnie osobiście podobał się kickbokser Jan Lodzik w wadze superlekkiej), była też twarda bokserska wojna pomiędzy Robertem Talarkiem (24-13-3, 16 KO) i Oleksandrem Streckim (9-1-2, 4 KO) w kategorii średniej.


Talarek to postać niecodzienna na polskiej scenie zawodowego boksu, górnik który w sobotę koło północy toczy trudną walkę, a w poniedziałek zjeżdża do pracy w kopalni.


Talarek wrócił na ring po historycznej już, wygranej wojnie, którą w katowickim Spodku stoczył w kwietniu z Patrykiem Szymańskim i znów nie zamierzał bawić się w eleganckie boksowanie. A szkoda, bo zapewne wygrałby, jeśli nie przed czasem, to wysoko na punkty, bo to byłaby najlepsza taktyka w starciu z byłym reprezentantem Ukrainy, olimpijczykiem z Pekinu (2008) i brązowym medalistą mistrzostw Europy.


Talarek postanowił jednak mieszkającemu od kilku lat w Polsce rywalowi urwać głowę, co nie było najlepszym pomysłem, bo Strecki nie zapomniał bokserskiej sztuki. Ostatecznie ogłoszono remis, w sumie szczęśliwy dla Talarka.

 

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze