"Piękni i młodzi". Michał Karbownik: Robię to co kocham

Piłka nożna
"Piękni i młodzi". Michał Karbownik: Robię to co kocham
Fot. Cyfrasport

To bez wątpienia największe odkrycie minionej jesieni w polskiej piłce. Do Ekstraklasy wszedł drzwiami razem z futryną i czuję się w niej jakby był tu od wielu sezonów. Do tego gra w klubie, na którym zawsze ciąży największa presja i występuje nie na swojej nominalnej pozycji. Jest pomocnikiem, a świetnie radzi sobie na lewej obronie. W „świątecznej” części „Pięknych i Młodych” Michał Karbownik.

Bożydar Iwanow: Pochodzisz z małej miejscowości, Kowala…

 

Michał Karbownik: Tak, to dokładanie Kowala-Stępocino. To około piętnastu kilometrów od Radomia.

 

To miasteczko czy bardziej wioska?

 

Raczej wioska mała. Ale bardzo przyjemna. Tam był mój pierwszy klub, Zorza.

 

A wiesz, że dość często się mówi, iż największą karierę robią właśnie piłkarze pochodzący z tego typu miejsc, a nie miast czy metropolii. Że ci, którzy nie mają wszystkiego podanego „na tacy” mają mocniejsze charaktery.

 

Myślę, że coś w tym jest. Pewnych rzeczy musiałem się nauczyć. To na pewno nie było takie proste, gdy sam jeździłem na treningi i po dwie godziny czekałem na autobus. To niewątpliwie kształtuje charakter, odpowiedzialność. Później dzięki temu w życiu jest łatwiej.

 

I w tobie nie widać jakiejś wielkiej presji, kiedy wychodzisz na boisko. Grasz bez kompleksów. A będąc w Legii Warszawa, w tak młodym wieku zrozumiałym byłoby, gdybyś miał stres.

 

Nie….Czuje presję, na pewno. Może faktycznie tego nie widać, ale ona jest. Szczególnie przed meczem. Jak już zaczyna się spotkanie to ona schodzi. Bo robię, to co kocham i nie myślę wtedy co dzieje się wokół. Koncentruje się bardziej na tym co jest do wykonania na boisku. Na co i jak muszę reagować.

 

Zawsze marzyłeś żeby zostać zawodowym piłkarzem?

 

Jako dziecko miałem bardzo blisko z domu na boisko. Całe dnie spędzałem na nim, czy to sam czy z bratem lub z kolegami. To od zawsze była moja pasja. Brat grał w Zorzy Kowala i to on mnie tam zapisał. Choć on kolejnego kroku już nie zrobił. A ja? Nawet jak przyjeżdżałem z Radomia do Warszawy to nie miałem świadomości, że mogę grać na takim poziomie jak obecnie. Dopiero po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że jest na to szansa. I że muszę zrobić wszystko, by móc w to uwierzyć.

 

A pierwszy mecz jaki zobaczyłeś w telewizji, to?

 

Pewnie dokładnie nie pamiętam, ale może Chelsea – Manchester United w finale Ligi Mistrzów? Ten pierwszy przychodzi mi do głowy. Z Moskwy, przy padającym deszczu. Od tamtej pory kibicuje Chelsea.

 

Jest o tobie bardzo głośno. Dużo osób cię chwali, udzielasz sporej liczby wywiadów. Wiesz, jakie są zagrożenia i wielu młodym chłopakom, którzy tak szybko już coś osiągnęli „sodówka” uderzała do głowy. Jak sobie z tym radzisz?

 

Wiem o tym. Zdaje sobie sprawę, że istnieje takie zagrożenie. Jeżeli w ogóle takie myśli pojawiają się w mojej głowie błyskawicznie staram się je wyrzucić. Wiem, że to w niczym mi nie pomoże, a wręcz przeciwnie. Chcę być taki sam jak byłem kiedyś.

 

Warszawa cię nie wchłonęła?

 

(Śmiech) Jestem raczej domatorem. Rzadko wychodzę, ze znajomymi spotykam się głównie w domu. Mieszkałem dotychczas sam, niedawno wprowadził się do mnie mój dobry kolega, więc od pewnego czasu mieszkamy razem.

 

Twój pierwszy idol piłkarski to?

 

Na pewno Ronaldinho. Bardzo go ceniłem, za sposób gry, za radość, którą dawała mu gra piłkę, to było widać gołym okiem. Dziś nie mam jednego konkretnego piłkarza, na którym się wzoruje choć od wielu można podpatrzeć coś co może się przydać w moim rozwoju.

 

Ktoś kiedyś powiedział, że jesteś jak Philipp Lahm. Tylko, że on był najpierw bocznym obrońcą a potem pomocnikiem,  a u ciebie jest na odwrót.

 

(Śmiech) A ja słyszałem o Joshuy Kimichu, śmieją się, że jestem jak on. Ja podchodzę do tego z dużym dystansem.

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze