Babyface: Takiego Adama nie znacie

Sporty walki
Babyface: Takiego Adama nie znacie
fot. PAP

“To były czasy, kiedy DiBella nie był dużym promotorem, liczyli się “Top Rank” Aruma i “Golden Boy” De La Hoyi. Ich brałem pod uwagę. Pamiętam jak usiedliśmy z rodziną, bracia, kuzyni i zrobiliśmy głosowanie co dalej mam robić. Każdy miał jeden głos. Na końcu się okazało, że to mój miał zdecydować. Postanowiłem, że pójdę sam” - mówi Adam Kownacki (20-0, 16 KO) jakiego nie znacie.

O pierwszych, przegranych od razu w kasynie pieniądzach za walkę, poświęceniu żony, rodziny by Babyface mógł spróbować wielkiej kariery, o pracy na bramce i dachach, pozaringowych decyzjach, które zmieniły jego życie.

 

Adam, dzisiaj jesteś ,w innej roli, opowiadając nie o tym, co będzie, tylko jak to się wszystko dla Ciebie rozpoczęło. Łatwo nie było. Jak to było w czasach, kiedy normalną pracę trzeba było łączyć z boksowaniem?

 

Adam Kownacki: Pierwsze walki to są dzwoniłem do promotorów lokalnych, prosiłem, żeby mi taką walkę dali. Pamiętam, pierwszy to był jakiś Irlandczyk z Yonkers, O’Shea chyba się nazywał. Powiedziałem: “Dajcie mi tą walkę, dużo wam biletów sprzedam”. Bracia, kuzyni mi pomagali sprzedać bilety. Było dobrze: przyszli kibice i piwa zabrakło na gali. Wszystko sprzedali. Dostałem 700 dolarów. Walka była w kasynie, więc od razu wszystko tam przegrałem, w tą samą noc. Miałem już wtedy pierwszego sponsora - “Dunnes Polemost” na Greenpoincie. Kupiłem sobie w sklepie spodenki Everlasta, poszedłem, żeby mi naszyli nazwę sponsora. Tak się zaczęła moja historia.

 

To były czasy pracy i od czasu do czasu boksu.

 

Tak było. Dorabiałem na bramkach, zarabiałem 3-4 stówki, dorabiając na boku, ale mieszkałem wtedy z rodzicami, którzy wierzyli w mój talent, dali dach nad głową i jedzenie. Dla chłopaka, który miał 19 lat, to były jakieś pieniądze. Była opcja podpisania kontraktu z Lou DiBellą, który zaoferował mi kontrakt. Chciał dać managera, który mi będzie płacił dobrą tygodniówkę. Albo była opcja, żeby tą drogą iść samemu. Nie chciałem, żeby od kogoś zależała moja kariera. Niby kontrakt na trzy lata, później jakieś przedłużenia i się robi z trzech lat 15. To były czasy, kiedy DiBella nie był dużym promotorem, liczyli się Top Rank Aruma i Golden Boy De La Hoyi. Ich brałem pod uwagę. Pamiętam jak usiedliśmy z rodziną, bracia, kuzyni, i zrobiliśmy głosowanie co dalej robić. Każdy miał jeden głos. Na końcu się okazało, że to mój miał zdecydować. Postanowiłem, że pójdę sam.

 

- Jaki był etap numer dwa?

 

Wojtek Kubik, fotograf, którego dobrze znasz, zaprowadził mnie do gymu Mariusza Kołodzieja, który budował wtedy Global Boxing. Miałem tam dwie walki, wszystko pięknie, duże nadzieje...ale chyba wszystko za szybko przychodziło, człowiek był młody, głupi. Oficjalnie, to poszedłem sobie grać w kosza pewnej pięknej nocy, bo są lampy. Złamana ręka, dwa lata przerwy, miałem wtedy walczyć na gali Tomka Adamka, kiedy bił się z Michaelem Grantem. Miałem być na Adamka miejsce jako ten, który go zastąpi - młody polski ciężki. Mariusz Kołodziej wierzył we mnie, dał mi dużo szans, ale byłem zagubiony. Czułem się gwiazdą. Ręka nie chciała się goić, musiałem mieć drugą operację. Wtedy też u Kołodzieja zobaczył mnie Ali Bashir, dostałem zaproszenie na obóz Kliczki, który miał walczyć z Mormeckiem. Pracowałem wtedy na budowie, jakoś to musiałem finansowo ogarnąć, ale pojechałem, zupełnie nie przygotowany...i zerwałem biceps. Ale zobaczyłem wielki świat boksu, jak to może wyglądać, jaki ma system. To był ważny moment

 

Wtedy była rozmowa z żoną?

 

Nie, taka była nieco później. Była praca na dachach, na budowie. Wtedy dostałem telefon od Jolene Mizzone z Main Events: “Adam, walczy Tyson Fury ze Stevem Cunninghamem - chcesz tam walkę?”. Oczywiście! Bardzo mi wtedy pomógł Janek z “Johnnys Cafe” - niewielkie sumy, ale coś, co pomogło mi się utrzymać, żona przez pewien okres pracowała nawet na dwie zmiany. Była opcja podpisania kontraktu z “Main Events”, ale też dostałem telefon od Al’a Haymona - akurat byłem na obozie z Big Baby (Millerem), bo on przygotowywał się do walki z Mirko “Cro Copem”. Pojechaliśmy do Las Vegas, walczył Chris Alighieri z Rusłanem Prowodnikowem i tam znowu spotkałem Keitha Trimble, mojego obecnego trenera. Kiedyś już razem trenowaliśmy, ale on akurat miał zajęcia po południu, a ja pracowałem na szkołach, gdzie robota zaczynała się po zajęciach czyli też po południu. Pasował mi charakterem, był blisko - nie było sensu szukać innych po całej Ameryce. Wtedy usiedliśmy do tej rozmowy z żoną.

 

Przełomowa walka, która wpłynęła na Twoją przyszłość?

 

2014, z Charlesem Ellisem w Atlantic City. Ellis (9-1, 8 KO), wygrał Złote Rękawice, miał niezły dorobek amatorski. Wiedziałem, że to być albo nie być, choć nie byłem dobrze przygotowany. W trzeciej rundzie nogi się pode mną ugięły, byłem zmęczony bardziej niż to był efekt jego siły ciosów. Przez wszystkie rundy, do piątej, to on zawsze pierwszy wstawał w narożniku, w piątej to byłem ja. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem od razu - mam cię! I go znokautowałem, głową walnął o ring. Pokazałem charakter. Były ciągle bramki, ale już mniej, choć pieniędzy nie było, wszyscy na mnie pracowali. Tak naprawdę to solidny zarobek był po raz pierwszy za walkę ze Szpilką. Poczułem, że to są jakieś pieniądze, można było zacząć spłacać długi, karty kredytowe. Za Iago Kiladze było OK, ale mniej niż za Szpilę, później kontrakt managerski z Keithem Connolly. Też przełomowa sprawa - nie ma lepszego niż Keith, nikt nie da lepiej o pięściarzy. Do tego nie bierze dużo, bo jak słyszę, ile zabierają kolegom managerowie czy pseudo-managerowie, którzy podają się za promotorów - to okropne, nieuczciwe. Boks jest skomplikowany, charakter trzeba mieć zanim jeszcze wyjdziesz na ring. Wiele razy mogłem machnąć ręką. Nigdy tego nie zrobiłem, choć gwarancji tego, gdzie jestem dziś, nie miałem żadnych. Szkoła życia przed wyjściem na ring.

Przemek Garczarczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze