Przesunięte Euro da też wielkiej piłce czas na… otrzeźwienie

Piłka nożna

Piłkarskie mistrzostwa Europy zaplanowane na czerwiec zostały przeniesione na 2021 rok. UEFA, która długo upierała się, aby nic nie zmieniać, wzięła pod uwagę prośby poszczególnych federacji, a także zagrożenie epidemiologiczne związane z pandemią koronawirusa. Szacuje się, że straty z tym związane sięgną 800 mln euro.

- Ludzie umierają, a my mamy grać? – pytał trener angielskiej drużyny Wolverhampton Nuno Espirito Santo. Głos Portugalczyka jeszcze w tygodniu poprzedzającym masowe zamykanie granic i odwoływanie rozgrywek wywołał poruszenie. Parę dni później jego opinia w świecie sportu stała się niemal powszechna. UEFA najpierw nie chciała słyszeć o żadnych przesunięciach. Szef europejskiej federacji Aleksander Ceferin oświadczał, że nie ma żadnych powodów, aby zmieniać termin Euro 2020, by kilka dni później jednak ogłosić, że nie ma możliwości, aby odbyła się w wyznaczonym czasie. Gdyby nie okoliczności i dynamika zdarzeń, można by powiedzieć, że to wręcz kliniczny przypadek krótkowzroczności i braku umiejętności przewidywania. Czyli czegoś co wydaje się absolutnie konieczną zdolnością dla ludzi na takich stanowiskach.

 

Maksymalnie długo zwlekano też z przerwaniem rozgrywek Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Wirus szalał już w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, kiedy przy pełnych trybunach i kilku tysiącach kibiców z Madrytu rozgrywano w Liverpoolu szlagier z Atletico Madryt. Co prawa przy pustych trybunach odbył się rewanż Valencii z Atalantą Bergamo, ale można było już wtedy przypuszczać, że to groźne dla uczestników zdarzeń, skoro właśnie w Bergamo znalazło się europejskiej centrum epidemii. Efekt jest taki, że 35 procent pracowników klubu Valencia (w tym piłkarze) zostało zarażonych. Czy można było to przewidzieć i czy w jakimś stopniu odpowiada za to pęd UEFA do tego, aby grać za wszelką cenę?

 

Zobacz także: Optymistyczna decyzja UEFA. Jak wygląda kalendarz na najbliższe miesiące?

 

Właśnie ta cena wydaje się tutaj odgrywać najistotniejszą rolę. Bo UEFA przewidywać, zwłaszcza kwestie liczb, zysków i wydatków to akurat potrafi bardzo dobrze, a ekonomię ma swoim DNA. I o to, co od lat nie jest żadną tajemnicą, o ten aspekt dba najbardziej. To jest bowiem przede wszystkim organizacja biznesowa. W szwajcarskiej siedzibie UEFA w Nyonie doskonale wiedzą, że odłożenie turnieju to strata minimum 800 mln euro. Wśród hipotez pojawiły się nawet informacje, że federacje poszczególnych krajów zostaną poproszone przez UEFA o 300 mln euro rekompensaty. Na razie podczas dzisiejszego wideo konklawe federacji tematu nie poruszono.

 

O ile UEFA sama sobie porazi, czy jak mówił klasyk: „sama się wyżywi”, to wiele wskazuje na to, że będzie trzeba finansowo przedefiniować cały zawodowy europejski futbol, jaki dotąd znaliśmy. Zapewne w klubach z najbogatszych piłkarsko krajów jakaś solidna poduszka bezpieczeństwa istnieje i nie będzie tragedii, jeśli kryzys potrwa trzy miesiące. Śmiało już jednak można zakładać, że nie będzie to tak krótko.

 

W najbardziej poukładanej finansowo Bundeslidze już trwa dyskusja, czy najbogatsze kluby nie powinny wykazać się solidarnością i nie złożyć na te biedniejsze, utworzyć jakiegoś funduszu ratunkowego. Wpływowy działacz, także UEFA, Hans-Joachim Watzke z Borussii Dortmund stwierdził jednak jednoznacznie, ze nie po to stawiał klub na nogi i budował jego potęgę, żeby pomagać innym. To była odpowiedź na słowa Karl-Heinza Rummenigge z Bayernu, przypominającego, że futbol jest częścią niemieckiej gospodarki i ratowanie go leży w interesie wszystkich.

 

Tak czy inaczej europejską piłkę czekają masowe renegocjacje kontraktów i wielkie obniżki. W Niemczech kontrakt telewizyjny i sponsorski warty 2 miliardy euro (każda kolejka przynosi 40 mln euro!) zakłada rozegranie 34 kolejek i nie ma w nim zapisu, że może być ich mniej. Najprawdopodobniej dojdzie do renegocjacji jego długości. Aby nie stracić sponsorów, jak twierdza niemieckie media, Bundesliga zaoferuje go kontrahentom na kolejne lata. Nad podobnymi rozwiązaniami pracuje się już w Anglii. Włosi, którzy znaleźli się w najbardziej dramatycznej sytuacji epidemiologicznej, zaczynają zastanawiać się (za „La Gazetta dello Sport”), czy nie należałoby spróbować badać zawodników poszczególnych klubów, koszarować ich na czas rozgrywek i jednak grać bez udziału publiczności. Bo tylko to zapewniłoby jako taką płynność. Futbol bez publiczności istnieje, bez transmisji telewizyjnych już nie.

 

Zobacz także. Kołtoń: EURO 2020 przełożone! Wirus rozbił bank...

 

Trudno też liczyć zawodowej piłce na jakąś wyjątkową pomoc ze strony władz państwowych (choć we Włoszech mówi się o zawieszeniu terminów wymagalnych składek ubezpieczeniowych i podatkowych). Z prostego powodu. Jeśli jakaś dziedzina życia była „przepompowana” finansowo to właśnie piłka nożna. Pieniądze z kontraktów telewizyjnych sprawiły, że futbol stał się oazą luksusu i olbrzymiego bogactwa, prawdziwym targowiskiem próżności i wydawania (często wirtualnych pieniędzy) nie ponad stan, ale wręcz szaleńczego. Zawodnicy, wcale nie zawsze najwybitniejsi, transferowani są za ponad sto milionów euro, zarabiają, po 20, 30 mln euro rocznie. Można było nawet odnosić wrażenie, że najważniejsze kluby europejskie po prostu nie wiedziały co z takimi pieniędzmi robić i hamował ich często tylko przepis o tzw. Finansowym Fair Play.

 

Nie ma wątpliwości, że rynek transferowy w dotychczasowej formule właśnie upada. Teraz powinno przyjść otrzeźwienie i to wydaje się jedyny pozytywny aspekt dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazł się europejski futbol z najwyższej półki.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze