20 lat Polsatu Sport - Cezary Kowalski: Zmęczyć się w robocie, którą się kocha

Inne
20 lat Polsatu Sport - Cezary Kowalski: Zmęczyć się w robocie, którą się kocha
Fot. Polsat Sport

Polskiej piłce z bliska zacząłem się przyglądać jako reporter prasowy. Warszawski oddział katowickiego „Sportu”, „Życie Warszawy”, „Super Express”, „Fakt”, „Dziennik”, „Przegląd Sportowy”, „Dziennik Gazeta Prawna” i kilka innych tytułów nie tylko pozwoliło mi rozwijać się dziennikarsko u wielu mistrzów zawodu, którzy już powoli schodzi ze sceny, ale przede wszystkim cały czas byłem blisko piłkarskich wydarzeń.

No i zwiedzałem świat. Mistrzostwa świata, Europy, mecze Ligi Mistrzów, reprezentacji, setki wyjazdów, ludzi, przygód. Nawet przez chwile nie pomyślałem, że nie radzić sobie w czasach młodości jako piłkarz (próbowałem w kilku warszawskich klubach) i na scenie muzycznej (byłem wokalistą osiedlowego zespołu rockowego), wybrałem źle, stawiając w końcu na dziennikarstwo sportowe. Jeszcze dwie dekady temu, kiedy media papierowe były nie mniej mocne niż te elektroniczne wydawało się, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać. A jednak.

 

Jesienią 1999 roku Andrzej Janisz, jeden z moich zawodowych guru i serdeczny przyjaciel, zaproponował: „Młody, masz ciekawy głos, może skomentujesz ze mną jakiś mecz?”. Przed komputerem, w trakcie wywiadu, czy w piłkarskim towarzystwie za kulisami czułem się świetnie, ale przed mikrofonem? Na żywo? U boku, jak już wówczas nazywaliśmy Andrzeja, Nestora? Szef sportu Marian Kmita miał zaufanie do Janisza, więc odważnie zgodzić się. Mało tego. Pozwolić na to podczas meczu eliminacji Ligi Mistrzów na... otwartej antenie Polsatu (Polsatu Sport jeszcze nie było).

 

Juventus grał z Lewskim Sofia. Zinedine Zidane kręcił swoje piruety, a mnie zżerała trema. Przygotowywałem się do debiutu tydzień, ale nie wiem czy zdołałem sprzedać choćby jedną dziesiątą wiedzy. Coś tam próbowałem Andrzejowi pomagać, ale nie chciałbym dziś tego słuchać. Byłem przekonany, że nic z tego nie będzie, że jednak lepiej skupić się na pisaniu. O dziwo, Kmita dawał mi jednak kolejne szanse. Mecze młodzieżowych mistrzostw świata w Argentynie, na których szalał Javier Saviola, komentowaliśmy z Leszkiem Orłowskim. Później systematycznie mecze Bundesligi, Ligi Mistrzów, ligi greckiej, portugalskiej czy holenderskiej. Wreszcie rzucał mnie na głęboką wodę, powierzając relacjonowanie w pojedynkę. Hartował mnie choćby meczami eliminacji mistrzostw świata w strefie CONMEBOL. Do dziś uważam, że o wiele trudniej w ciekawy sposób opowiedzieć o czwartej nad ranem o meczu Boliwia – Peru w La Paz na w połowie wypełnionym archaicznym stadionie niż o takim banalnym jak Real – Barcelona. Choć pewnie najbardziej pamiętny ze względów emocjonalnych będzie dla mnie towarzyski mecz Francja – Niemcy (w duecie z Jackiem Zioberem) przed Euro 2016, kiedy w Paryżu, także przed stadionem, doszło do zamachów terrorystycznych. Połączenie relacjonowania wydarzeń boiskowych z dopływającymi w trakcie newsami z ulic było wyzwaniem. I te tłumy ludzi, którzy po zakończonym spotkaniu w obawie przed strzelaniną i bombami nie wychodziły ze Stade de France tylko zeszły na murawę, dzwonić w panice do bliskich, a realizator pokazywać ich twarze... Nie wypadało natychmiast kończyć transmisji, trzeba było coś powiedzieć... Zdarzały się też i wpadki – podczas jakiegoś turnieju towarzyskiego w Stanach Zjednoczonych pożegnałem się z widzami, informując na koniec, że mecz zakończył się wynikiem 1:1. A była jeszcze... dogrywka.

 

Zobacz także: Polsat Sport kończy 20 lat

 

Gdzie mi tam było do Bożydara Iwanowa, Mateusza Borka, Romana Kołtonia czy Pawła Wójcika, którzy od urodzenia byli „bestiami telewizyjnymi”, ale komentowanie zaczynało mi sprawiać nie mniejszą frajdę niż pisanie i pełnienie różnych funkcji menedżerskich w gazetach. W nich wciąż byłem zatrudniony, z Polsatem współpracowałem, ale ciągnęło mnie do niego. Cały czas byłem blisko także towarzysko. Pracowali w nim moi kumple, rówieśnicy, o podobnej jak moja naturze, ludzie, dla których robota była przede wszystkim pasją. A szef przy wielu okazjach, tłumacząc ducha zespołu, cytował słowa przeboju Dire Straits „Brothers in arms”. Nie byłem już sztubakiem, ale przyglądając się nieco z boku, imponowała mi ta atmosfera i styl łączący fachowość z luzem. Bo Polsat zawsze podawał sport inaczej niż wszyscy. I traktował ludzi, jak rodzinę. le brzmiący ład korporacyjny, tak charakterystyczny dla wielu innych
redakcji, akurat tutaj nie występował.

 

W 2006 roku skomentowałem swój pierwszy mecz ze stadionu. Razem z Pawłem Wójcikiem. Od razu na mistrzostwach świata. I to jeszcze w ćwierćfinale – w Berlinie gospodarze w rzutach karnych pokonali moją ukochaną Argentynę. Dwa lata później na Euro pojechałem już jako pełnoprawny członek ekipy Polsatu, choć równocześnie korespondent „Dziennika” i „Przeglądu Sportowego”. Naszymi ekspertami skoszarowanymi w górskim hotelu byli: Zbigniew Boniek, Jerzy Brzęczek, Wojciech Kowalczyk, Michał Probierz, Tomasz Hajto, Adam Ledwoń, Marcin Adamski, Piotr Świerczewski, Marek Koźmiński czy Czesław Michniewicz.
Z dwoma ostatnimi komentowałem mecze, ale jeszcze większym przeżyciem były dyskusje w tym gronie o piłce do białego rana. Pod różnymi względami bardzo pouczające...

 

Bez dwóch zdań najbardziej higieniczny tryb życia prowadził wówczas dzisiejszy trener Cracovii, który o godzinie 22. był już ubrany w elegancką piżamę ze spodniami w kancik, grzecznie przepraszam i szedł do pokoju analizował notatki z meczów, które robił podczas dnia. Wtedy stawiałbym, że on zostanie szybciej selekcjonerem niż Jerzy Brzęczek. Wartość płynąca z mieszkania i pracy przez kilka tygodni z takimi oryginałami polskiej piłki, z punktu widzenia sportowego reportera, była nie do przecenienia.

 

To wtedy usłyszałem od Mariana Kmity, że jak mi się znudzi praca w gazecie, to mnie po prostu zatrudni u siebie. Dwa lata później zakończył się mój jedenastoletni „okres próbny”. I to pomyślnie.

 

W 2016 roku podczas Euro we Francji w ciągu pierwszych 12 dni turnieju skomentowałem 11 meczów. Każdy w innym mieście, wiele z nich w pojedynkę, bo Jacek Zieliński, który był zaplanowany jako drugi komentator, dostał akurat pracę w Ekstraklasie, podobnie jak Czesław Michniewicz, który spieszył się do Termaliki.

 

Połączenie satysfakcji zawodowej, przyjemności czysto kibicowskiej i ogromnego zmęczenia było czymś ekstra. Wartością dodaną, którą dał mi Polsat Sport. Bo nie ma nic piękniejszego niż zmęczyć się w robocie, którą się kocha. 

 

TEKST POCHODZI Z TYGODNIKA PIŁKA NOŻNA I POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z TĄ REDAKCJĄ

 

W załączonym materiale wideo Cezary Kowalski podsumował ćwierćfinałową fazę Ligi Europy oraz wskazał faworyta do końcowe triumfu.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze