Iwanow: Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

Inne
Iwanow: Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie
fot. Cyfrasport
Bożydar Iwanow.

Gdy kilka miesięcy po mistrzostwach świata we Francji, składałem podpis pod połową etatu na pracę w Telewizji Polskiej sądziłem, że przy Woronicza spędzę resztę zawodowego życia. Moja wyobraźnia nie była tak duża, by przewidzieć, że od tamtego czasu miejsce pracy zmienię jeszcze dwukrotnie.

TVP miała wówczas niemal wszystkie sportowe prawa i nie zanosiło się na to, że wkrótce sytuacja na tym rynku rozwinie się tak dynamicznie. Przecież „Publiczna” mogła pokazywać niemal wszystko co działo się w Polsce i na świecie. Canal Plus był na początku budowania swojej siły, startu Orange Sport czy Eleven nie byli w stanie przewidzieć nawet najwięksi wizjonerzy. Cieszyłem się, że przede mną do skomentowania większa liczba meczów Ligi Mistrzów czy Ekstraklasy, w perspektywie Euro 2000 oraz igrzyska w Sydney. Dla młodego chłopaka, który jeszcze półtora roku wcześniej pracował w ośrodku regionalnym było to jak spełnienie marzeń.

 

Do Warszawy ściągnął mnie latem 1997 roku nowy szef sportu na „Woro” Marian Kmita, który budował nową redakcję i zauważył moją „twórczość” z OTV Katowice dla programów ogólnopolskich. Gdy na towarzyski mecz reprezentacji do Zabrza przyjechali mistrzowie Europy Niemcy zaproponowałem ówczesnemu wydawcy tego spotkania Wojciechowi  Frączkowi, że zrobię wywiad z którymś z gwiazdorów gości. Mimo, że zadanie nie należało do łatwych, nie było jak dziś ani ścianek do rozmów ani oficjalnych zamówień graczy do pomeczowej rozmowy, Thomas Haessler jednak mi nie odmówił. Do dziś Marian Kmita, który zobaczył to na antenie, śmieje się, że byłem w „gustownym” kaszkieciku. Tymczasem z tego co pamiętam, moim nakryciem głowy była wówczas jesienna czapeczka z daszkiem. Ale anegdota o kaszkiecie żyje swoim życiem i niech tak zostanie…

 

W 1999 roku sytuacja w TVP uległa zmianie. Kmita przeniósł się do Polsatu. Przyszedł nowy szef „Jedynki”, a ja mimo że nie narzekałem na brak zajęć w programie drugim, powinienem też liczyć na działalność dla TVP 1. Nie było stałych umów, system płac działał na zasadzie honorariów: za każdy program, mecz, materiał, występ była określona stawka. Im mniej działań, tym mniej pieniędzy. Jeżeli nie było cię w grafiku, od razu było to widać na koncie. Wtedy na horyzoncie pojawiła się wizja Wizji Sport i jej prężny menedżer Marcin Kubacki. Jesienią 1999 zmieniłem barwy i te ponad dwa lata spędzone w dużej mierze także w pod londyńskim Maidstone wspominam bardzo dobrze. Zetknięcie się z angielskim modelem pracy, z ludźmi z przeszłością w Sky Sports czy BBC było przyjemnym doświadczeniem.

 

Przy okazji meczów reprezentacji Polski dość często na swojej drodze spotykałem jednak człowieka, który odnalazł mnie w Katowicach i postawił w telewizji ogólnopolskiej. To samo, co zbudował na Mokotowie starał się robić przy Alei Stanów Zjednoczonych na warszawskiej Pradze. Widział mnie w swoim zespole. Podczas jednej z rozmów przed meczem kadry śp. Janusza Wójcika ze Szwecją w Sztokholmie obiecałem: jeżeli „Wizja” z jakichś przyczyn zakończy kiedyś swoją działalność, a praktycznie od początku jej istnienia na tzw. „mieście” mówiono, że stanie się to szybciej… niż później, będę do dyspozycji.

 

W 2002 roku zgodnie z naszą niepisaną umową byłem już w Polsacie. Mój pierwszy mecz w nowych barwach? Pamiętam doskonale: Bundesliga i Borussia Moenchengladbach – Bayern Monachium. Bramki w debiucie żadnej nie skomentowałem. Latem nieprawdopodobna przygoda z MŚ w Korei Południowej i Japonii. Nigdy nie byłem tak długo poza domem jak wtedy, ponad 50 dni i o dziwo, z każdym następnym czułem się w tym kraju lepiej. Trudno też zapomnieć „newsroom” w starym budynku Polsatu gdzie przygotowując serwisy sportowe razem z Andrzejem Taraską, z którym pracowaliśmy już w TVP, musieliśmy przepychać się z redaktorem Wojciechem Szelągiem z „biznesu”. Wspólnie do dyspozycji mieliśmy bowiem… jeden komputer.

 

A mundial 2006 w Niemczech w naszym nowym studiu już przy Ostrobramskiej, kiedy za niegotową jeszcze reżyserkę „robił” wóz transmisyjny w garażu? To było wyzwanie! Jednego dnia prowadzenie w Warszawie, rano samolot na mecz, następnego dnia powrót do studia, które prowadziliśmy na przemian z Mateuszem Borkiem. Za sterami programów siedział emanujący stoickim spokojem prawdziwy fachowiec, Marcin „Szafa” Serafin, który dziś odpowiada za transmisje Ekstraklasy jako dyrektor operacyjny Live Parku. W tym samym składzie zrealizowaliśmy  też  EURO  2008  spędzając  ponad  miesiąc w austriackim Bad Waltersdorf ze Zbigniewem Bońkiem, Jerzym Brzęczkiem, Michałem Probierzem, Czesławem Michniewiczem, Markiem Koźmińskim czy Tomaszem Iwanem w rolach ekspertów. Trudno zapomnieć długie nocne Polaków rozmowy, a później gromkie powitalne poranne „siema” Wojciecha Kowalczyka, który po przebudzeniu otwierał okno skierowane na basen. Była 13, cały zespół szykował się wtedy już raczej do lunchu, ale Kowal, wiadomo, pracował w innym trybie.

 

Osiem lat później ze względu na problemy zdrowotne ominęła mnie – być może – impreza życia, czyli francuskie mistrzostwa Europy. W styczniu wiedziałem już jakie czekają mnie tam spotkania, nie tylko grupowe. Szykowała się kolejna piękna przygoda i wielkie wyzwanie. Los chciał inaczej i chociaż początkowo żałowałem tej straty, dziś jest inaczej. Dzięki temu po raz kolejny przekonałem się, że w pracy poza fachowością liczy się w równej mierze to, jakim jesteś człowiekiem. Przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” idealnie do tej sytuacji pasuje. Nie sposób wymienić tu wszystkich, którzy na słowa, które za chwilę tu padną, zasługują. Napiszę więc krótko. Dziękuję!

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze