20 lat Polsatu Sport - Marcin Feddek: Tajemnica pewnego transferu

Inne
20 lat Polsatu Sport - Marcin Feddek: Tajemnica pewnego transferu
fot. Cyfrasport
Marcin Feddek.

20 lat Polsatu Sport! W moim przypadku ten jubileusz jest nieco skromniejszy, bo równe 15 lat pracy. Do redakcji dowodzonej przez Mariana Kmitę dołączyłem w marcu 2005 roku.

Z racji wcześniej zdobytego doświadczenia w redakcji sportowej TVP, zostałem z marszu rzucony na pierwszą linię ognia. W czerwcu pojechałem do Lubina. Miałem poprowadzić studio do półfinałowego meczu Pucharu Polski pomiędzy Zagłębiem a Wisłą Kraków. W roli ekspertów postanowiłem wykorzystać dwóch członków złotej drużyny Zagłębia, mistrzów Polski z 1991 roku Janusza Kudybę i Zdzisława Pietrzykowskiego. Janusz od lat związany z regionem, dziś nasz ekspert i komentator meczów Fortuna 1 Ligi, na stadion miał niedaleko. Pietrzykowskiego z Bydgoszczy, skąd pochodził, przywiózł mój świętej pamięci tata Andrzej. W barwach bydgoskiej Polonii stawiał przy moim ojcu pierwsze kroki w dorosłej piłce. A że nadal mieli dobry kontakt, chętnie z zaproszenia skorzystali. Pojawili się w Lubinie w letnich, jasnych garniturach i ciemnych przeciwsłonecznych okularach na nosach. Wyglądali bardziej jak „Policjanci z Miami” niż byli piłkarze. Ich wygląd nie był bez znaczenia w tej historii.

 

Po zakończeniu przedmeczowego studia, na czas spotkania mieliśmy udać się do słynnego „gniazda” na starym lubińskim gigancie. Dla Pietrzykowskiego to była długa sentymentalna podróż w czasie, który na tym obiekcie ewidentnie się wówczas zatrzymał.

 

Zobacz także: Jerzy Mielewski: Mój drugi dom

 

– Tu się absolutnie nic nie zmieniło! Nawet recepcjonistka w przystadionowym hotelu była ta sama. Tylko nieco starsza – mówił rozbawiony. Zdzisław znał każdy zakamarek stadionu. Każdą wnękę. Kiedy w końcu dotarliśmy windą na górę – trwało to wieki – oprócz kapitalnego widoku na boisko zaskoczyła nas obecność dobrze znanego piłkarza, wówczas już menedżera Celticu Glasgow Gordona Strachana. Opiekun The Bhoys przyjechał w towarzystwie współpracowników obejrzeć w akcji Macieja Żurawskiego. Szkot miał zamiar kupić gwiazdę Wisły i reprezentacji Polski. Kiedy zobaczył rozsiadających się tuż obok w fotelach moich ekspertów i tatę, dyskretnie w trakcie meczu im się przyglądał. W przerwie nie wytrzymał, zaczął dopytywać kim są. Długo się nie namyślając, śmiertelnie poważny poinformowałem Gordona, że to wysłannicy jednego z hiszpańskich klubów, którzy również obserwują Żurawskiego. Na pytanie z jakiego są klubu, odpowiedziałem wymijająco, że nie mogę tego zdradzić. Na szczęście sympatyczny Szkot nie zagaił Zdzisława i mojego taty, bo żaden ni w ząb nie znał języka angielskiego, a co dopiero hiszpańskiego. Za to w 74. minucie meczu po wyrównującej bramce Maćka Żurawskiego (Zagłębie ostatecznie wygrało mecz 3:1) zerwał się z fotela, skinął w naszą stronę głową i pospiesznie opuścił stadion.

 

Nie wiem czy nasze przypadkowe spotkanie miało jakikolwiek wpływ na błyskawiczną decyzję opiekuna Celticu. Na pewno my mieliśmy niezły ubaw. Ale fakty są takie, że następnego dnia do siedziby Wisły wpłynęła konkretna, opiewająca na 3 miliony euro oferta od The Bhoys. Cztery dni później, 21 czerwca, Żuraw leciał już do Glasgow. O tajemniczych menedżerach z Hiszpanii chyba nigdy mu nie mówiłem.

 

Rok później los ponownie skrzyżował moje drogi z „Madżikiem” – jak ochrzczono Maćka w Glasgow. Wisła w ramach obchodów 100-lecia istnienia klubu miała rozegrać towarzyski mecz z Celtikiem.

 

Zobacz także: Karolina Szostak: Przed Tomem był Zibi

 

To był efekt porozumienia między klubami przy transferze Żurawia. Mecz miałem skomentować w Krakowie z byłym piłkarzem Białej Gwiazdy i reprezentacji, w tym czasie trenerem Jagiellonii Białystok Adamem Nawałką. Tym razem dzięki Maćkowi, oczywiście nie dosłownie, poznałem człowieka, który osiem lat później, dokładnie 26 października 2013 roku, obejmując stery pierwszego szkoleniowca reprezentacji Polski, obdarzył mnie niesamowitym zaufaniem. Jak to zgrabnie ujął redaktor Stefan Szczepłek – nawiązałem z Adamem niezwykłą relację, której na linii selekcjoner – dziennikarz w historii naszej piłki nigdy nie było. Przez pięć lat byłem z drużyną Nawałki najbliżej jak się dało. Widziałem niemal każdy zamknięty trening. Widziałem jak reprezentacja się tworzy, rozwija, idzie w górę. Jak selekcjoner buduje relacje z zawodnikami. Miałem nieograniczony dostęp do najważniejszego szkoleniowca w kraju. To był bardzo intensywny zawodowo czas. I nie byłoby to możliwe, gdyby Polsat nie nabył wcześniej praw do dwóch cykli eliminacyjnych i – przede wszystkim – turnieju finałowego Euro we Francji. Efektem tej współpracy była książka „Dekalog Nawałki”.

 

Dziś przyglądam się kadrze Jerzego Brzęczka. Kolejny selekcjoner otworzył przede mną treningi. Pozwolił być blisko. Pozwolił analizować jak krok po kroku drużyna zaczyna realizować pomysły nowego opiekuna, przenosić na warunki meczowe schematy wypracowane na poszczególnych treningach. Dokładnie tak, jak miało to miejsce za kadencji Adama Nawałki.

 

Wracając do mojego bohatera Maćka Żurawskiego, nasze zawodowe drogi przecięły się jeszcze dwukrotnie. Najpierw na Euro 2008, kiedy doznał kontuzji w meczu grupowym, a ja musiałem przeprowadzić z nim trudny dla nas obu wywiad. Ostatnio los połączył nas i to dosłownie w budynku Polsatu przy ulicy Ostrobramskiej 77. W tak zwanej dziupli komentatorskiej. Bo były piłkarz Gordona Strachana jest ekspertem Polsatu Sport. I mam przyjemność komentować z Żurawiem mecze Ligi Mistrzów i Ligi Europy. W tym między innymi Celticu Glasgow. Choć The Bhoys z tych drugich rozgrywek już odpadli.

Marcin Feddek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze