20 lat Polsatu Sport. Nie mamy białej flagi

Inne
20 lat Polsatu Sport. Nie mamy białej flagi
fot. Konrad Konstantynowicz
Paweł Wójcik (z lewej), Marian Kmita (w środku) i Jakub Radecki (z prawej) opowiedzieli o teraźniejszości i przyszłości mediów sportowych i telewizji.

O teraźniejszości i przyszłości mediów sportowych i telewizji w roku jubileuszu 20-lecia Polsat Sport rozmawiamy z Marianem Kmitą, dyrektorem ds. sportu w Polsacie, Jakubem Radeckim, zastępcą dyrektora ds. produkcyjnych Polsat Sport i Pawłem Wójcikiem, zastępcą dyrektora ds. programowych Polsat Sport.

MMP: Opowiadał mi kiedyś pan, że osoby, które chciały pracować w Polsat Sport pytał pan na pierwszym spotkaniu, od której strony zaczynały czytać gazety, gdy miały kilka, kilkanaście, maksymalnie dwanaście lat. Jeśli deklarowały, że od strony ze sportem pojawiała się nadzieja na dalszy ciąg rekrutacji. Czy to pytanie zadaje pan nadal?

 

Marian Kmita: Tak jest do dziś, choć oczywiście doskonale wiem, że świat wokół się zmienia i mało kto czyta prasę codzienną tak jak przed laty. Ten test to oczywiście pochodna mojego życiorysu. Ja taki byłem. Gdy tylko nauczyłem się czytać lekturę prasy zaczynałem od ostatnich stron ze sportem. Wtedy istniała instytucja teczki – prenumeraty prasy w kioskach Ruchu. Uprosiłem rodziców o katowicki „Sport”, „Tempo” krakowskie i warszawski „Przegląd Sportowy”. I „Piłkę Nożną”. Każdy, kto chce uprawiać wymarzony zawód musi zaczynać formację w dzieciństwie. Dlatego jak taka współrzędna czytelnicza pojawia się na pierwszej rozmowie, przychodziły kolejne etapy. Oczywiście nikt nie zna całej historii sportu, ale – choć rzecz jasna nie przyjmowałem każdego, kto czytał o sporcie w dzieciństwie – moje wybory przy kompletowaniu zespołu okazywały się trafne. Potem zresztą przychodził czas błyskawicznej weryfikacji umiejętności i charakteru przez sam zespół. Doprecyzuję: nie przyjmowaliśmy samych pasjonatów sportu. A i wiedza sportowa to nie wszystko. Rafał Szafran, był dziennikarzem „cywilnym” z Radia Eska we Wrocławiu, potem menedżerem w RMF FM w Krakowie a w naszym sportowym teamie sprawdził się świetnie.

 

ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport - Marcin Lepa: 5-5-5, czyli karuzela dla samotnych

 

Czy przez dwie dekady coś ewoluowało w sposobie rekrutacji i w samej formule pracy w Polsat Sport?

 

Marian Kmita: Kryteria przyjęć nie zmieniły się od lipca 1999 r., gdy dołączyłem do Polsatu. Od zawsze pracujemy w bardzo charakterystycznej atmosferze. Po pierwsze: nigdy nie wywieszamy białej flagi. Nawet jej nie mamy. Nigdy się nie poddajemy, nawet najbardziej karkołomnym zadaniom podołaliśmy. Po drugie: tu jest jak w izraelskiej armii – każdy zostanie wysłuchany i jeśli zaproponuje sensowne rozwiązania to je wprowadzimy. To daje poczucie podmiotowego uczestnictwa w kreacji. Namawiam do tego nie tylko dziennikarzy, ale i operatorów, realizatorów, producentów. To są przecież zawody twórcze. Owszem takie podejście rozwala dyscyplinę na planie, ale zwiększa kreatywność i przekłada się na efekt końcowy. Uważam, że to była i jest nasza olbrzymia przewaga nad konkurencją.

Niektórzy nadawcy wolą jak ich zespoły pracują na zasadzie przyjeżdżam – realizuję - wyjeżdżam – zapominam. My nie. Teraz pracujemy na przykład nad dużym cyklem dokumentalnym na temat strzelectwa. I przy tej okazji jeszcze późno w nocy wymieniamy się na WhatsAppie pomysłami. Ustalamy, które ujęcie jest lepsze dla pokazania specyfiki tematu. Cały czas bawimy się jak bracia Marx swoimi filmami – gramy w nich, ale jednocześnie jest to zabawa i dobrze się w tym wszystkim czujemy.

 

Jakub Radecki: Odpowiadam za produkcję, więc mogę poświadczyć, że rzeczywiście nasze światy telewizyjne przenikają się, a zespoły nie są hermetyczne. Z jednej strony są to rozmowy bieżące z realizatorami na planie, dotyczące bieżącej produkcji, a z drugiej z działem techniki na temat tego, w którą stronę powinniśmy pójść w niedalekiej przyszłości, w którą stronę skręca telewizja. To już wiedza powszechna, że widz odchodzi od oglądania linearnego na rzecz urządzeń mobilnych. Dziś ogląda kontent TV na dwóch, trzech ekranach równocześnie. Musimy nadążać za widzem.

 

Paweł Wójcik: Podkreśliłbym, że źródłem wszystkiego jest zespół. Tu pracują ludzie, którzy mają do siebie 100% zaufania.

 

Marian Kmita: A jak nie mają to szybko znikają.

 

Paweł Wójcik: Zaufanie to więź. Wiem to doskonale po ponad 20 latach wspólnej pracy. Jeszcze a propos rekrutacji do naszego teamu, wspomnieć musimy legendarny test flagi. Test był dla wybranych. Zazwyczaj szef testował tych, którzy bez cienia skromności uważali się za ekspertów w dziedzinie piłki nożnej. Test związany był z flagą, która wisiała w gabinecie dyrektora Kmity, a była to zdobyczna flaga pierwszego mistrza świata z 1930 r. czyli Urugwaju. W najlepszym wypadku „eksperci” mówili, że to flaga Argentyny. Tylko kontynent się zgadzał.

 

Marian Kmita: To było klasyczne sito. W końcu chodziło o dołączenie do dream-teamu, któremu praca daje radość, który pochylał się nad materią, o której marzył od dziecka. Od początku stawialiśmy też na interdyscyplinarność działów i ścisłą współpracę z różnymi komórkami grupy Polsat.

 

MMP: Z biurem reklamy Polsat Media również?

 

Marian Kmita: Również. Ostatnio byliśmy razem w... fabryce broni w poszukiwaniu sponsora do wspomnianego serialu o strzelectwie. Polsat Media ma bardzo skuteczny zespół. Uczymy się od nich m.in. elastyczności w programowaniu , jak budować dynamikę pod względem wizyjnym tak, by wszyscy byli zadowoleni. Nie mówię tu jedynie o finansowaniu projektu, ale o szerokim zaangażowaniu pozytywnym. Na każdy nasz pomysł odpowiedź z Polsat Media mamy w ciągu pół godziny, godziny. Nikt nam nie powie: „Jestem zajęty. Poczekaj tydzień”. Śmiało mogę to uznać za fenomen Polsatu: wszystkie działy poszukują szybkiego korzystnego rozwiązania. Taka formuła ścisłej współpracy działów, upodmiotowienie poszczególnych teamów istnieje od początku. Pamiętam jak zarażał mnie nią nieodżałowany Piotr Nurowski, którego poznałem w 1999 r. Zygmunt Solorz też nie jest złotym cielcem. Nie jest nam pokazywany raz w roku. On zna każdego z nas. Rozmawiał z nami setki, jeśli nie tysiące razy.

 

MMP: Czy w przypadku waszej współpracy z Polsat Media można mówić o ewolucji? Jak powstają wspólne produkty?

 

Marian Kmita: Są różne poziomy produktów. Jak zaczynaliśmy zajmować się siatkówką to Polkomtel był firmą państwową, a teraz jest częścią naszego imperium. Zatem relacja marketingowa w sposób naturalny musiała się zmienić. Mamy projekty za 300 tys. zł i wielomilionowe, oba dopieszczamy. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że sposób komunikowania się tych dwóch subinstytucji w firmie jest modelowy. Niczego nie odkładamy na później. Jeśli handlowiec ma dobry pomysł dla nas to go zrealizujemy. Zdarza się też, że my podsuwamy osobom z Polsat Media kontakty do branż, które ze względu na związek ze sportem mamy dobrze rozpoznane. Wspólnie realizujemy cel nadrzędny w firmie prywatnej tj. zarabianie dla właściciela. Ale mamy też cel społeczny. Misję. Tak jest w przypadku wspomnianego już cyklu o strzelectwie. Aż trudno uwierzyć, że ta dyscyplina to terra incognita, tu żadna koparka nie wbiła tu jeszcze swojej łyżki.

 

Jakub Radecki: Podstawa prac z Polsat Media – to zrozumienie, że produkt komercyjny musi się pojawić. Ale nie robimy okna wystawowego. Najważniejsze jest wypracowanie balansu. Dziś rozumiemy się bez słów.

 

MMP: Polsat Sport ma jedno z najlepszych i najnowocześniejszych studiów w Europie. Macie bogaty pakiet praw do pokazywania rozgrywek sportowych. Co jeszcze można rozwijać? Projekty na styku telewizji i internetu, Polsatu i Ipli?

 

Marian Kmita: Ani za naszego życia, ani później nie zmieni się kluczowa zasada: content is king. Ta prawda była, jest i będzie aktualna. I to kontent będziemy rozwijać. Dystrybucja to ważny punkt, ale dopiero drugi. Jeśli wideo przeniesie się do urządzeń mobilnych to tradycyjna telewizja umrze, ale ona będzie umierać tak jak książka. Przez lata gazetom i książkom wróżono śmierć. A tu proszę - nadal istnieją. Zawsze będą konserwatyści konsumujący treści w tradycyjny sposób. Dbanie o nich będzie się kalkulować dostawcom kontentu. Latamy na Księżyc, planujemy lot na Marsa, ale dwupłatowce i ultralekkie samoloty ciągle też latają nad naszymi łąkami. Jedno nie niszczy drugiego.

 

MMP: Zainwestowaliście jednak nie w dwupłatowiec, ale nowoczesne studio. Domyślam się, że to nie jest jedyny technologiczny powód do dumy.

 

Co najmniej od mundialu w Korei i Japonii jesteśmy w awangardzie technologicznej. A studio na Łubinowej w Warszawie to rzeczywiście kosmos. Rzeczywiście dumni jesteśmy z tego studia. Na niedawnych warsztatach UEFA pochwalono nas  za nie. Federacja podkreślała, że jest to najlepsze studio w Europie i jedno z najlepszych na świecie. Pod względem pomysłowości i połączenia z virtual reality. Ale studio to tylko okładka książki. A książka przede wszystkim powinna zawierać dobrą treść i dobre ilustracje. Okładka to tylko wabik. Studio to też wabik. Powtórzę: content is king. Z kolei w 2008 r. przy okazji piłkarskich Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii zorganizowaliśmy niezwykłą wyprawę do Bad Waltersdorf . To była baza polskiej reprezentacji i nasza baza. Użyję metafory: to była wyprawa Hannibala na słoniach przez Alpy. O pracy ekipy Polsatu podczas tego turnieju piłkarskiego można napisać książkę, nawet kilka. Kolejny powód do dumy to rok 2014 i Mistrzostwa Świata w siatkówce organizowane w Polsce. Polsat był współorganizatorem tej imprezy. Od tamtej pory jesteśmy ważnym partnerem dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej.

 

Dobra i unikatowa treść oraz dobre ilustracje w przypadku stacji sportowej to dziś na przykład MMA.

 

Marian Kmita: Byliśmy akuszerami MMA. Przed nami nikt nie chciał z tym środowiskiem rozmawiać. Nikt nie chciał pokazywać brutalnych ciosów zadawanych dłońmi w małych rękawicach lub łokciami. A dziś? Nie ma już tabu. Ta dyscyplina wpisała się w codzienność.

 

Jakub Radecki: Idziemy w stronę coraz głębszej eksploatacji kontentu. Pamiętamy czasy dwóch kanałów TV. Teraz w każdym domu mamy ich setki a technologia dosyłu tylko poszerza możliwości. Nam jest łatwiej niż innym, bo częścią grupy jest Polkomtel, jeden z największych graczy telekomunikacyjnych i największa platforma internetowa Ipla. To stwarza nowe możliwości eksploatacji kontentu. Nie jeden mecz siatkówki a pięć meczów. Szukamy złotego balansu kosztów, jakości i możliwości. I nie robimy niczego ponad miarę. Dajemy widzowi wybór, mamy 10 kanałów sportowych. Telewizory na ścianach w domach pozostaną.

 

Marian Kmita: Być może pozostaną a być może będzie na przykład zwijany hologram a nie tradycyjny telewizor, jakieś urządzenie, które będzie stanowilo trzon domowego centrum rozrywki. Nie wiemy jak  w przyszłości będzie wyglądać dystrybucja – czy nadal używać będziemy dekoderów i internetu. Być może pojawi się zupełnie nowe rozwiązanie. Dlatego kluczowy będzie kontent. Dystrybucję zbudować może każdy, no prawie każdy. Kluczowy jest kontent. Teraz mamy czas pomnażania kontentu. Poszukiwania non stop. Gigantycznej wiedzy dostarcza dziś YouTube – co ludzie robią, czego chcą, co oglądają.

 

Wspominaliście panowie o dziesięciu kanałach sportowych Polsatu. Czy będzie ich więcej?

 

Marian Kmita: Dziś – gdy obserwujemy symbiozę telewizji i internetu – nie ma już bariery co do liczby kanałów dostarczających wideo. Widz przyzwyczaił się już do korzystania z trzech urządzeń równocześnie. Ta liczba dziesięciu kanałów jest w pewnym sensie umowna. Kanałów przybywa stale – szczególnie widać to w Ipli: wszystkie mecze koszykówki i siatkówki, do tego 1. liga piłki nożnej itd. Dostosowujemy możliwości Ipli tak, by tworzyć komplementarną ofertę. Naciskają na to też  federacje sportowe. Mamy bardzo eklektyczną ofertę. Pracujemy nad kolejnymi projektami, najbliższy związany jest z siatkówką.

 

Polsat Sport to dziś nie tylko transmisje.

 

Marian Kmita: Zgadza się. Przygotowujemy coraz więcej reportaży. Postawiliśmy na reportaż 22-minutowy, ale nie trzymamy się tego ortodoksyjnie. Cieszy mnie, że coraz częściej te produkcje przygotowują młodzi dziennikarze. Tematy dotyczą sportów ważnych dla Polaków, ale też subniszowych, amatorskich, które chcemy kreować. To na przykład biegi sublokalne czy mistrzostwa Polski w siatkówce plażowej służb mundurowych.

 

Paweł Wójcik: Następnego dnia po finale Ligi Mistrzów UEFA ta sama kamera pojawia się na przykład  w szkole walki Tomasza Drwala i pokazuje zwykłych ludzi w sali treningowej – lekarzy, nauczycieli, aktorów podczas… „ćpania” sportu. Lubię to określenie, choć jego źródła zapewne były dość mroczne. Jesteśmy już nie tylko dla kibiców, fanów sportu, ale też dla tych, którzy „ćpają” sport i to dla swojego zdrowia.

 

Jakub Radecki: Jesteśmy nie tylko po to, by pokazywać areny sportowe, ale też sport jako zjawisko socjologiczne, społeczne. Ostatecznie nie chodzi przecież o to, by zgromadzić przed telewizorem osoby ze sobą spokrewnione, z jednego gospodarstwa domowego, ale o to by widzowie odkryli sport, jako ważną formę aktywności całej rodziny.

 

Marian Kmita: Spontanicznie zajęliśmy się 30-leciem jednostki GROM. Pretekst był sportowy, bo każdy członek GROM-u uprawia sport. Nawet jak już jest na wojskowej emeryturze. Nikt nie chciał pochylić się nad jubileuszem tej unikatowej w skali światowej jednostki. A dla nas to swoista misja. Interesują nas przestrzenie sportów dotąd nieodkrytych.

 

Jubileusz Polsatu Sport przypada na czas pandemii. Czy w tym trudnym czasie realizujecie specjalną strategię programową?

 

Marian Kmita: Uparłem się na pasmo poranne „Poranek z Polsatem Sport”. Od dawna myślałem o stworzeniu takiego pasma. Szybko uświadomiliśmy sobie, że koronawirus powoduje szybkie „pustoszenie zawodowe” w nas i jeśli nie zmusimy się do systematycznej pracy to szable nam zardzewieją. Z porannym pasmem startowaliśmy o siódmej, w niesprzyjających okolicznościach, bo przecież wszystkie eventy sportowe zawieszono. Takie pasmo to było wyzwaniem, szczególnie dla młodych dziennikarzy. Ale udało się. Po drodze powstawało mnóstwo patentów. Okazało się, że widz nie zawsze czeka na obraz 8K, a zwykły Skype lub inny komunikator można z powodzeniem implementować w poważnych audycjach. Nawet jeśli na chwilę stracimy obraz lub dźwięk, widz się nie zniechęci. Przeciwnie – doceni wiarygodność przekazu.

 

Jakub Radecki: Pojawiła się też konieczność przeszukiwania archiwów. Kwarantanna sprawiła, że pierwszy raz od lat mieliśmy czas się nad tym pochylić i przypomnieć sobie jak na przykład wyglądała inauguracja siatkarskich mistrzostw świata w 2014 r., jak brzmiała mundialowa piosenka Margaret i na spokojnie obejrzeć mecz Polska – Serbia na Stadionie Narodowym. Wtedy to nam umknęło, bo zwyczajnie byliśmy w pracy.

 

Marian Kmita: Przy okazji okazło się, że nie mamy w archiwum materiałów ze studia z mundialu w Korei i Japonii, z niezwykłymi analizami Jacka Gmocha. A były przecież świetnie przyjmowane przez widzów. Nawiązania do nich mieliśmy potem w wielu reklamach i memach.

 

MMP: Czy pandemia trwale zmieni świat sportu i mediów sportowych?

 

Marian Kmita: Zmieni. Ale na każdą kolejną pandemię będziemy w pewnym sensie przygotowani. Będziemy korzystać z patentów, które powstały przy okazji pandemii koronawirusa: gra przy pustych trybunach, preparowanie reakcji kibiców, uzupełnianie wideo o dźwięk. I organizacje sportowe, i nadawcy telewizyjni i wydawcy internetowi mają dziś całą gamę rozwiązań, dzięki którym można zminimalizować dyskomfort audytorium. Poza tym świat nie może sobie już pozwolić na zastopowanie gospodarki, a sport jest ważnym elementem prawie każdego kraju. Im bardziej na zachód od Bugu, tym bardziej istotnym elementem. Nie będzie już takiej katastrofy.

 

Paweł Wójcik: Podpisuję się pod tym, co powiedział szef. Zaakcentowałbym jeszcze tylko, że w trudnych warunkach pandemii wykreowano nowe możliwości przekazu. W telewizji pojawia się kontent dzięki Skype, czy WhatsApp, wydawać by się mogło, że jest to jakość łącza nieakceptowalna dla widza i producenta, tymczasem okazało się, że widzom nie przeszkadza nawet zmrożony obraz, czy zanikający dźwięk. Plus eksperymenty typu zawody lekkoatletyczne na czterech stadionach i na każdym zawodnik w zasadzie konkuruje z samym sobą. Pandemia pandemią, ale sport – jak cały showbusiness – musi oddychać pełniej.

 

Jakub Radecki: Wirtualni kibice na stadionach w wersji audio przyjęli się. Nie zniknęły reklamy ze stadionów – mimo pustych trybun. Na te wszystkie wymienione wcześniej przez kolegów zmiany warto spojrzeć szerzej. Zauważmy, że targi telewizyjne z Amsterdamu i Cannes przeniosły się do rzeczywistości wirtualnej. Tak jak wojna – niestety – często napędza rozwój, tak pandemia przyspieszyła pojawienie się sztucznej inteligencji w produkcji telewizyjnej. Obecność realizatorów w różnych miejscach świata, niekoniecznie tylko na stadionie, skąd transmitowane jest wydarzenie, sieci neuronowe, systemy samouczące – to wszystko już jest wdrażane. Oczywiście nie wszędzie da się zastąpić człowieka, ale ekipa na arenie sportowej się skurczy, zapewne w wielu przypadkach zostanie ograniczona do operatorów kamer i realizatorów dźwięku, reszta może pracować na przykład z Warszawy. Wirus przyspieszył zmiany. Trwałe.

 

Marian Kmita: Są nadawcy, którzy zaklinają rzeczywistość. My wybraliśmy asekurację rzeczywistości. 

 

Tekst pochodzi z Media&Marketing Polska.

Piotr Machul

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze