20 lat Polsatu Sport - Przemysław Iwańczyk: Numer 10 naszych serc…

Inne
20 lat Polsatu Sport - Przemysław Iwańczyk: Numer 10 naszych serc…
Fot. Polsat Sport
Przemysław Iwańczyk

Przechodzisz przez dwupasmową jezdnię, wpadasz na całkiem przyjemne blokowisko, pośród którego, zaraz przy jednostce straży pożarnej, ni stąd ni zowąd wyrasta stary, acz bardzo klimatyczny stadionik. Wejście jest od niepozornej ulico-osiedla Elsterweg, ale szedłem od strony Berliner Ring, więc natknąłem się na świetne, malowane przed laty graffiti dwóch goniących po boisku wilków. Naszych Wilków było trzech.

Od kilku lat mieszkańców niewielkiego, niby 120-tysięcznego Wolfsburga (niby, bo wygląda na to, że to populacja liczona wraz z przyjezdnymi pracownikami fabryki samochodów) cieszy bardzo kompaktowa Volkswagen Arena. Ale to z obiektem na Elsterweg wiąże się historia, która wówczas nie miała precedensu w polskim futbolu, a została powtórzona dopiero po ponad siedmiu latach, kiedy w żółto-czarnych barwach Borussii Dortmund oglądaliśmy rewelacyjną reprezentacyjną trójkę Łukasz Piszczek, Jakub Błaszczykowski, Robert Lewandowski.

 

Ci z Wolfsburga byli w grupie siłą klubu przez mniej więcej cztery lata, ale nie byli jak wspominany tercet z Dortmundu fundamentem reprezentacji. Choć każdy z nich miał występy w kadrze, razem nie wystąpili w żadnym meczu. Poza Andrzejem Juskowiakiem, który swoją snajperską karierę pisał już od igrzysk w Barcelonie, dwaj pozostali odnotowali incydentalne występy w biało-czerwonych barwach. Waldemar Kryger dostał tylko pięć szans, a Krzysztof Nowak nie wypełnił reprezentacyjnego rozdziału na miarę swoich możliwości tylko dlatego, że dopadła go historia, której nie spodziewał się absolutnie nikt. Jej tragiczny finisz wspominaliśmy przed tygodniem w 15. rocznicę śmierci urodzonego w Warszawie pomocnika.


ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport. Robert Małolepszy: Niespodziewany telefon od prezesa

 

Umówiłem się z Beatą, wdową po Krzysztofie, nieopodal Autostadt, które jest dla Wolfsburga tym, czym dla Warszawy Złote Tarasy, a dla Łodzi Manufaktura. Przyszła z założoną po śmierci Krzysztofa nową rodziną – mężem i dwójką małych dzieci. Zgodziła się na spotkanie tylko dlatego, że rekomendował mnie Juskowiak. Podarowałem jej pomarańczową koszulkę Ursusa Warszawa, klubu, w którym Krzysztof zaczynał przygodę z piłką. Oczywiście z numerem 10 na plecach, tak jak na stadionie Ursusa wciąż wisi tablica poświęcona wychowankowi z symbolicznym epitafium „Numer 10 naszych serc”. Zresztą w ten sam sposób kibice VfL Wolfsburg na każdym spotkaniu wspominają Polaka, wywieszając okazjonalną flagę czy skandując jego nazwisko przy wyczytywaniu listy aktualnych uczestników meczu. Numer 10 nie został zastrzeżony tylko dlatego, że nie zgodził się na to Krzysztof. Zawsze twierdził, że każda drużyna musi mieć grajka z dychą na plecach.

 

Miałem wrażenie, że powrót do przeszłości kosztuje Beatę bardzo wiele. Oczywiście nie wspomnienia samego Krzysztofa, ile choroba, która stała się życiową gehenną całej rodziny. Dała sobie kilka dni na przemyślenie, czy chce opowiadać, umówiliśmy się w końcu na dłuższe spotkanie. Wtedy to w Beatę wstąpiła nieprawdopodobna siła. Była przekonana, że o ile tam w Niemczech pamiętać o Krzysztofie będą zawsze, o tyle w Polsce został zapomniany zupełnie. A to nieprawda.

 

Najpierw było wspomnienie Elsterweg, miejsca pięknego rozdziału całej trójki Polaków, co dla Krzysztofa było na tyle inspirujące, że zainteresował się nim sam Bayern Monachium. Właściwie to były już konkretne plany, by przenieść się do Bawarii, ale wtedy zaczęło się dziać z Krzysztofem coś bardzo dziwnego. Najpierw dłonie, ich coraz większy niedowład, jeszcze jako piłkarz miał problemy nawet z zawiązaniem butów, co do dziś wspominają jego koledzy z drużyny. Diagnoza, choć na początku niepotwierdzona w stu procentach, była złowieszcza – ALS, czyli stwardnienie zanikowe boczne, z którego nie ma odwrotu.

 

Pojechaliśmy na cmentarz – niezwykle kameralny, położony w lesie. Właśnie wtedy dowiedziałem się, że rodzice Krzysztofa byli przeciwni, by tam spoczął ich syn, byli pewni, że po latach nikt nie będzie o nim pamiętał. Nie spodziewali się, że ludzie z VfL po dziś dzień będzie opiekować się wdową, zaproponują jej pracę w klubowym sklepie, a fani i koledzy z drużyny będą każdego 26 maja przychodzić na grób Krzysztofa w rocznicę jego śmierci.

 

ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport - Paulina Chylewska: Kamień z serca

 

Stojąc nad grobem Beata powiedziała mi o jednej z najważniejszych rozmów i decyzji w ich życiu. Kiedy u Krzysztofa stwierdzono ALS, a w konsekwencji on zdrowy jak koń sportowiec musiał usiąść na wózku, zaczęli szczerze mówić o przyszłości. Wiedząc, że pewne rzeczy są nieuchronne, postanowili traktować jego śmiertelną chorobę jak piątego członka rodziny. „To był niechciany i nieproszony gość, ale musieliśmy go pokochać. Gdybyśmy tego nie zrobili, po pewnym czasie wykończylibyśmy się psychicznie wszyscy razem. Ta próba akceptacji choroby z dnia na dzień wszystkim nam pomogła, było łatwiej. Każdy dzień stał się walką o przetrwanie” – mówiła Beata.

Przejechaliśmy jeszcze kilka miejsc, rozstaliśmy się po kilku godzinach. Właściwie była to kolejna lekcja, że futbol to nie tylko gole, buzujące emocje, to także ludzka strona, bardzo często dramaty, które dotykają ludzi ze środowiska piłkarskiego, choć ci wydają się być niezniszczalnymi herosami.

 

Bundesligą interesowałem się od zawsze, to jedyny powiew zachodniego piłkarskiego świata, jakiego mogliśmy zaznać z kumplami najpierw poprzez satelitarny SAT1, a później dzięki Polsatowi Sport, który pozyskał prawa do ligi niemieckiej na lata 2000-2006. To właśnie na początku XXI wieku tercet Kryger – Nowak – Juskowiak zachwycał najbardziej, to właśnie ich historia rozpaliła we mnie jeszcze większą miłość do Bundesligi, to także dzięki transmisjom w Polsacie Sport poznałem później od podszewki niewielkie miasto w Dolnej Saksonii, przemierzając je kilkukrotnie wzdłuż i wszerz. Kiedy dzięki siostrzanej Eleven Sports zaczęliśmy od kilku tygodni pokazywać skróty meczów ligi niemieckiej, nie miałem wątpliwości, że chcę wziąć w tym udział już jako twórca, nie tylko jako widz. Historia zatoczyła koło, a marzenia się spełniają.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze