Gdyby żył, miałby 80 lat. Najskromniejszy pośród mistrzów
Jego spokój ducha, niezależnie do życiowych sytuacji, które nie oszczędzały go w ostatnich latach życia, skłaniał innych do refleksji i podziwu. Że oto on, mistrz nad mistrzami w swoim fachu, potrafił być do bólu skromny i opowiadać, jak mierzy się ze swoją słabością do kabanosów.

Ciekawe, ilu z Państwa trafiło, że chodzi o Ryszarda Szurkowskiego, który w latach 70. i 80., był ikoną polskiego sportu. Jego osiągnięcia, a także prezentowana poza rowerowymi wyścigami klasa, nie pozostawiają wątpliwości, że należy on do panteonu sław polskiego sportu bez podziału na kategorie. Dziś w poniedziałek 12 stycznia Szurkowski skończyłby 80 lat. Odszedł gwałtownie i burzliwie – najpierw fatalny wypadek na rowerze, później choroba nowotworowa. I nawet jeśli ktoś uzna, że przegrał swój ostatni bój - choć przeciwny jestem stwierdzeniu, że w relacji z chorobą człowiek może pozostać przegrany - zrobił to na własnych zasadach. Z bliskimi, bez zbędnego medialnego szumu, z klasą godną prawdziwego mistrza.
Poznałem Pana Ryszarda kilkanaście lat temu. Zawsze cierpliwie przystępował do rozmów nawet z nieznajomymi sobie, nie dawał odczuć swojej kolarskiej wyższość także tym, którzy dopiero zaczynali interesować się tym sportem. Można było porwać go do niesamowitej rozmowy, mimo że jego wyraz twarzy nie zdradzał większego zainteresowania taką dyskusją, nie mówiąc już o euforii. Miało się wrażenie, że w takie stany emocjonalne Pan Ryszard nigdy nie popadał. Ani kiedy sięgał po olimpijskie medale w Monachium czy Montrealu, ani kiedy zostawał mistrzem świata, ani kiedy nokautował swoich rywali w legendarnych Wyścigach Pokoju. A jednak z dużą uważnością i cierpliwością traktował każdego swojego rozmówcę.
Do dziś zapamiętam rozmowę, jaką odbyliśmy prawie 15 lat temu. Miała być o życiu, a nie o sukcesach sportowych. Chciałem się dowiedzieć, jak wygląda życie na sportowej emeryturze kogoś, komu należy składać hołd w każdej sytuacji. Szybko przekonałem się, że nie jest to żywot wielkiej gwiazdy, ale codziennie przyjemności i słabości. Choćby jak ta do kabanosów, które Pan Ryszard miał wyciągać wieczorem z lodówki, kiedy żołądek dawał znać o sobie. Burczało mu w brzuchu, bo cały czas zachowując sportowy reżim starał się jeść ostatni posiłek już koło 17. Największą radość sprawiały Panu Ryszardowi wypady do jego wiejskiej posiadłości na Dolnym Śląsku, skąd pochodził. Kupił tam siedlisko, zaadaptował na mieszkanie, w którym nie tylko można żyć, ale można się również spotkać z kumplami w zaimprowizowanej świetlicy.
Rozmowę z Panem Ryszardem, trwającą wiele godzin, zatytułowałem „Rysiek, ale Ty się trzymasz”. Tak mieli mu mówić znajomi, którzy podziwiali jego sportową sylwetkę i niebywały hart mimo upływu lat. Nasz bohater miał wówczas 65 lat, a odstawiał na rowerze wielu młokosów, którzy usiłowali utrzymać mu koło. Pan Ryszard zwierzył się także, że nie umie współczuć. - Nie rozumiem, kiedy ktoś narzeka, że boli go noga czy kręgosłup. Jak boli, to tak musi być – mówił wówczas, co trochę tłumaczyło, skąd brały się jego sukcesy. Po prostu. Jeśli ktoś kazał mu wykonać jakiś trening czy sportowe zadanie, to trzeba było to zrobić niezależnie od tego, czy nogi od tego bolały lub czy miało to po przemyśleniu jakiś większy sens.
Pan Ryszard w tej rozmowie odkrywał się z każdą wypowiedzią. Było np. o alkoholu, którego jako sportowiec konsekwentnie unikał. - Odmawiałem, kiedy wyczynowo uprawiałem sport. Pierwszego wysokoprocentowego alkoholu spróbowałem, gdy miałem 41 lat. Wcześniej sięgałem najwyżej po lampkę wina, latem po piwo, które nie przeszkadza w sporcie, bo pobudza organizm i daje siłę, by po dużym wysiłku wziąć prysznic. Taki pozytywny doping. Nigdy nie pozwalam sobie, by cokolwiek zwaliło mnie z nóg. Wypijam tyle, by było fajnie. A jak wchodzę w stan lekkiego humoru, bastuję – tłumaczył mi podczas wielogodzinnego spotkania. Sam zresztą zaciągnął mnie dwukrotnie do barku po coś mocniejszego, raz było to na Balu Mistrzów Sportu. Ponieważ miał wątrobę po byku, a to cechuje sportowców wytrzymałościowych, wyglądał jakby niczego mocnego nie brał do ust. Ja, niestety, wyglądałem…
Było też wiele o treningu sportowym, bo człowiek może wyjść z wyczynowego sportu, a sport wyczynowy z człowieka nie wyjdzie nigdy. Pan Ryszard trenował konsekwentnie, chcąc zachować formę. Trzy, cztery razy w tygodniu, z reguły w godzinach południowych. Dopiero wtedy pozwalał sobie na większy posiłek. Z wieloma przyjaciółmi grywał również w tenisa. Kiedy przyjeżdżał do Polsatu, by podzielić się podczas wyścigów swoją kolarską wiedzą, z reguły przybywał na rowerze, miał też ze sobą tenisową rakietę, bo zawsze gdzieś był z kimś umówiony.
Na koniec zapytałem wprost: Widzi pan sens życia poza sportem?
Pan Ryszard ze spokojem odpowiedział: - Widzę sens w tym, że trzeba być zdrowym. Nie można całego czasu spędzać w przychodniach i aptekach. Nie wiem, na czym polega spór między Ministerstwem Zdrowia, lekarzami i farmaceutami. Wiem za to, ile pieniędzy zabierano mi na składkę zdrowotną. Zastanawiam się po co, skoro w ogóle z niej nie korzystam. Sport to zdrowie, dlatego będę go uprawiał. Nie wyobrażam sobie też, że nie mogę spotykać się z ludźmi - z młodymi, rówieśnikami albo starszymi ode mnie.
Szkoda, że nie mógł Pan nam towarzyszyć dłużej. Był Pan mistrzem nie tylko na rowerze, w życiu prywatnym też. Zawsze można było z Panem świetnie pogadać.
Przejdź na Polsatsport.pl