Jota Gonzalez szczerze po ME: Jestem rozczarowany wynikami, sobą i całą tą sytuacją
Jota Gonzalez, trener reprezentacji Polski w piłce ręcznej, podsumował nieudane dla jego podopiecznych mistrzostwa Europy. Przypomnijmy - Biało-Czerwoni przegrali trzy mecze i zajęli ostatnie miejsce w grupie, odpadając tym samym z turnieju.

Mateusz Stefanik: Trenerze, muszę od tego zacząć. To nie było udane Euro w wykonaniu reprezentacji Polski. Jak pan opisze ten turniej? Jak oceni pan grę swoich zawodników?
Jota Gonzalez, trener reprezentacji Polski: Nie zagraliśmy dobrze. Jestem bardzo rozczarowany wynikami, sobą i całą tą sytuacją, ale nie spodziewałem się łatwego awansu do kolejnej rundy. Wiedziałem, że przyjdzie nam grać z takimi zespołami jak Węgry czy Islandia. To byli faworyci, ale mimo wszystko nie spodziewałem się takiej postawy z naszej strony. Uważam, że była to jedna z najtrudniejszych sytuacji w mojej karierze trenerskiej. Porażka w ostatnim meczu z Włochami była naprawdę bardzo bolesna. Jestem rozczarowany tymi wynikami, ale jednocześnie mam poczucie, że nauczyłem się bardzo dużo podczas tego turnieju.
To było moje pierwsze tego typu doświadczenie jako selekcjonera reprezentacji Polski. Wiem, że musimy pracować nad wieloma elementami, ale patrzę w przyszłość z optymizmem. Zdałem sobie sprawę, że na początku lepiej było uprościć nasz styl gry, zamiast próbować nauczyć zawodników zbyt wielu rzeczy naraz. Myślę, że przez to popełnialiśmy dużo błędów. Nie wykorzystywaliśmy prostych sytuacji rzutowych, traciliśmy sporo piłek, bo zawodnicy zbyt często myśleli o tym, co dokładnie mają zrobić na boisku. Mimo to jestem pozytywnie nastawiony, bo wiem z własnego doświadczenia, że takie procesy wymagają czasu. Pracowałem w Valladolid oraz w Logronio i tam początki też nie były łatwe. Z czasem wszystko zaczęło funkcjonować lepiej. Teraz jest trudno, ale wierzę, że w przyszłości poprawimy naszą grę.
Czy pana zdaniem zawodnicy dobrze rozumieli założenia taktyczne, na przykład grę siedmiu na sześciu oraz inne pana instrukcje?
Tak, myślę, że rozumieli moje instrukcje, ale kiedy jesteś pod presją w meczu, zarządzanie takimi sytuacjami jest dużo trudniejsze. Muszę być szczery: podejmowaliśmy ryzyko, grając siedmiu na sześciu czy w innych wariantach. W niektórych spotkaniach bardzo nam to pomogło, na przykład w meczu z Włochami, kiedy goniliśmy wynik. Czasami jednak to nie działało tak, jak zakładaliśmy. Uważam, że zawodnicy generalnie mi ufali. To nie jest problem jednego czy dwóch zawodników ani kwestia tego, że ktoś nie czuł się komfortowo w danej sytuacji. Takie rozmowy w zespole są normalne, ale trudno zarządzać wszystkimi w ten sam sposób. Większość zawodników była zadowolona z tego, co próbowaliśmy pokazać, ale efekt końcowy nie był taki, jakiego oczekiwaliśmy.
Prezes Sławomir Szmal dużo mówi o przyszłości i młodych zawodnikach, ale wiemy, że nie da się grać wyłącznie młodzieżą. Jak pan to widzi?
Razem z prezesem uważamy, że krok po kroku musimy wprowadzać zmiany z myślą o przyszłości. Jestem optymistą, ale tak jak pan powiedział, nie da się zmienić wszystkiego od razu. To proces, nad którym trzeba pracować stopniowo. Musimy powoływać młodszych zawodników, zaufać im i pracować z nimi pod kątem przyszłości. Najważniejsze jest to, że mamy już świadomość naszej obecnej sytuacji i plan na kolejne lata. Wierzę, że w przyszłości zacznie to przynosić efekty.
Muszę wrócić do meczu z Włochami. Pana zespół był w stanie z nimi rywalizować, ale doszło do bardzo dużego błędu przy zmianie. Czyja to była wina? Michała Daszka?
Kiedy przegrywa się mecz, to zawsze jest to winą całego zespołu. Wyjaśnię jednak tę sytuację, bo nie jest to dla mnie problem. Graliśmy siedmiu na sześciu i wiedziałem, że remis dałby nam trzecie miejsce, dlatego zdecydowałem się powiedzieć bramkarzowi, żeby nie schodził. W tamtym momencie Daszek nie zrozumiał mojej instrukcji i wszedł na boisko. To była bardzo trudna sytuacja, ale nie chcę się na niej skupiać, bo być może wcześniej powinniśmy byli zagrać lepiej. Remis był wystarczający, ale nie uważam, że to nie był błąd Daszka. Doszło po prostu między nami do nieporozumienia.
Czy są zawodnicy, którzy pana zdaniem wyróżnili się na plus w tej drużynie?
To była moja pierwsza okazja, by zobaczyć tych zawodników w tak dużym turnieju i nie chcę wyróżniać nikogo ani w pozytywny, ani w negatywny sposób. Wszyscy są dla mnie ważni i wszyscy starali się dać z siebie maksimum. Muszę być uczciwy: postawiłem bardziej na doświadczonych zawodników, bo oni lepiej wiedzą, jak grać w takich meczach pod dużą presją. Byłem jednak zadowolony ze wszystkich. Każdy próbował zrobić wszystko, co mógł. Naturalne jest też to, że w przyszłości chciałbym bardziej zaufać niektórym zawodnikom. Tak jest w każdej drużynie.
Jakie pana zdaniem są aktualnie największe problemy polskiej piłki ręcznej?
Musimy poprawić przede wszystkim grę w obronie, zwłaszcza w sytuacjach jeden na jednego. Musimy też lepiej funkcjonować na prawym rozegraniu, nie dlatego, że zawodnicy nie potrafią grać, ale dlatego, że w tych fragmentach mamy problemy.
Ogólnie nie ma jednego, konkretnego problemu. To kwestia kolektywu. Najważniejsze jest to, by nie tracić piłek i wykorzystywać klarowne sytuacje bramkowe. Jeśli chcemy osiągać lepsze wyniki, nie możemy ciągle grać w ten sam sposób. Dlatego zdecydowaliśmy się na ryzyko. Potrzebujemy czasu, aby wdrożyć nowy styl gry, który pozwoli nam poprawić rezultaty. Nie możemy grać jak zespoły, które opierają się wyłącznie na pojedynkach jeden na jednego, bo to nie jest nasza największa siła. Mamy zawodników, którzy świetnie rzucają z drugiej linii, innych, którzy dobrze grają jeden na jednego, i takich, którzy potrafią prowadzić zespół. Najważniejsze jest, żeby pracować razem i nauczyć się rozgrywać konkretne schematy w przyszłości.



