"Spodek" zwariował ze szczęścia! Tak Polska pobiła największą potęgę świata! "Zrobili z nas maszyny"
- W wygranym 6:4 starciu z ZSRR, w "Spodku", po raz pierwszy graliśmy przy tak olbrzymiej publiczności. Doping tych ludzi zrobił z nas maszyny. Myśmy nie czuli w ogóle zmęczenia – powiedział nam Wiesław Jobczyk, autor hat-tricka w jednej z największych sensacji polskiego sportu i światowego hokeja, od której minęło pół wieku.

Michał Białoński, Polsat Sport: 8 kwietnia minęło dokładnie 50 lat od jednej z największych sensacji w historii światowego hokeja. Na otwarcie MŚ gr. A w "Spodku" pokonaliście 6:4 ZSRR, który rok wcześniej zdobył mistrzowski tytuł, a dwa miesiące wcześniej pobił wszystkich na IO w Innsbrucku, z imponującym stosunkiem bramek 40-11 w pięciu meczach. Pan strzelił "Sbornej" hat-tricka. Co było kluczem do tego sukcesu?
Wiesław Jobczyk, napastnik ówczesnej reprezentacji Polski: To było wspaniałe przeżycie z tego względu, że myśmy bardzo poważnie podeszli do tego meczu. Nie chcieliśmy się zbłaźnić, tak jak dwa miesiące wcześniej na IO w Innsbrucku.
ZOBACZ TAKŻE: Koniec kłopotów z bramkarzami reprezentacji Polski?! Na urodziny bronił jak w transie!
Przegraliśmy wtedy z ZSRR 1:14. Na początek meczu "Sborna" mogła nas zlekceważyć, ale gdy po 15 minutach prowadziliśmy 2:0, nie mogło być chyba o tym mowy?
Od początku zaczęliśmy grać bardzo poważnie. Nasze założenia były proste: stracić pierwszą bramkę jak najpóźniej i przegrać w jak najniższych rozmiarach. Nawet w luźnych przedmeczowych rozważaniach nikomu nie przyszło do głowy, że my będziemy w stanie wygrać to spotkanie.
Tym bardziej, że przegraliśmy wszystkie wcześniejszych dziewięć starć z tym rywalem, na ogół sromotnie.
Ale w "Spodku" po raz pierwszy graliśmy przy tak olbrzymiej publiczności. Źródła podają różne liczby – osiem i pół tysiąca, inni twierdzą, że wspierało nas ponad dziewięć tysięcy. Nieważne, która z tych wersji jest prawdziwa. Najistotniejsze, że ci ludzie zrobili z nas maszyny. Myśmy nie czuli w ogóle zmęczenia! Rozmawiałem o tym z kolegami po meczu i każdy miał takie odczucie. Ja również się czułem wręcz doskonale, grając trzy tercje na pełnych obrotach.
Na dodatek wszystko nam wychodziło. Nawet trener radziecki Borys Kułagin powiedział, że wygraliśmy zasłużenie. To znaczy, że faktycznie musieliśmy grać koncertowo.
W reprezentacji zadebiutował pan na IO w Innsbrucku, zatem MŚ w Katowicach były dla pana drugim poważnym turniejem. Reprezentował pan wówczas nieistniejący już Baildon Katowice. Miał pan zaledwie 22 lata i strzelił trzy bramki największej potędze światowego hokeja. Z którego trafienia jest pan najbardziej dumny? Ja nie mogłem wyjść z podziwu po lekturze pierwszego. Mimo asysty obrońców i dość ostrego kąta oddał pan mocny strzał z bekhendu. Godny pozazdroszczenia przez wszystkich współczesnych reprezentantów Polski!
Bekhend jest najgorszym strzałem dla bramkarza, bo nie są w stanie odgadnąć, w którą stronę poleci krążek. Przy uderzeniu z forhendu bramkarze są w stanie przewidzieć, w którą stronę pójdzie strzał. Trzeba przyznać, że wyszła mi wtedy "bomba". Oddana z pełnego najazdu. Myśmy umieli razić takimi strzałami. Uczyliśmy się tego od najlepszych, cały czas uczyliśmy się tego głównie od Rosjan.
Ważną rolę odegrał pochodzący z Krynicy-Zdroju trener Józef Kurek. Pierwszą formację oparł o rutyniarzy z Podhala Nowy Targ, które wówczas seryjnie sięgało po mistrzostwo Polski. W ataku grali: Walenty Ziętara, Mieczysław Jaskierski i Stefan Chowaniec.
To prawda, tak samo jak druga "piątka", która w całości rekrutowała się z zawodników ŁKS-u Łódź. Ja uważam, że to był klucz do sukcesu. Trener Kurek odkurzył na te MŚ środkowego Józefa Stefaniaka, który miał wtedy 35 lat. On był mózgiem całej formacji, jego wszyscy słuchali. To był zadziora, harcisko. W starciach na pięści z nim zęby przeciwników fruwały! Józiu był strasznie twardy, wręcz chamski, a to było również potrzebne w hokeju. Dzięki Stefaniakowi mieliśmy mocną również drugą piątkę z Nowińskim i Włodarczykiem, a w trzeciej, my małolaci, staraliśmy się nie odstawać. Grałem w niej z Andrzejem Zabawą i Leszkiem Kokoszką. Tak powstał piękny zespół! W odróżnieniu od rozegranych w lutym 1976 r. igrzysk w Innsbrucku, gdzie nie było zespołu, nie było także wyników.
Dlaczego?
Za długo byliśmy skoszarowani razem. Przed IO graliśmy kupę sparingów i jak wszyscy przyjechali do wioski olimpijskiej, to tak jak przyjeżdżasz do pięciogwiazdkowego hotelu "all inclusive", to osiadasz na laurach, bo jest fajnie.
Dzisiaj mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że w 1976 r. rzeczywistość w Polsce była szara i biedna. Wyjeżdżając na imprezy zagraniczne dostawaliście zaledwie po dwa dolary diety dziennie. Ciężko było za to nie tylko podbić świat, ale cokolwiek kupić za żelazną kurtyną.
To prawda. Byliśmy biedni, dzisiaj ludziom jest ciężko sobie to wyobrazić. W latach 70. XX wieku telewizja alarmowała, że brakuje sznurka do snopowiązałek, a myśmy nie mieli nawet sznurówek do łyżew. Jedna para kosztowała dolara, czyli wówczas masę pieniędzy.
Według czarnorynkowego kursu, przeciętny Polak zarabiał wówczas 30-35 dolarów miesięcznie.
Z punktu widzenia materialnego lepiej radziliśmy sobie podczas wypraw za wschodnią granicę. Przyhandlowaliśmy sobie, to było naszym musem. Czuliśmy się lepiej w ZSRR niż Amerykanie, Niemcy, czy Szwajcarzy, którzy za dolara dostawali bodaj 62 kopiejki. A myśmy lepiej wychodzili na małym handelku. Taka była rzeczywistość, musieliśmy to robić, żeby spokojnie przeżyć.
Ale przed startem MŚ w Katowicach nie brakowało przykrych przygód poza lodem. Wracający po egzaminie na AWF bramkarz Andrzej Tkacz, dzień przed meczem z ZSRR, został potraktowany przez tajniaków gazem łzawiącym i zatrzymany w nieoznakowanym radiowozie. Niewiele brakło, a nie byłby w stanie zagrać jeden z największych bohaterów meczu!
To prawda, bo takie głupki pilnowały sosnowieckiego Novotelu, w którym mieszkaliśmy podczas MŚ w Katowicach. Żeby nie znać Andrzeja w tamtych czasach, to ci ludzie musieli być faktycznie zamknięci w jakiejś budzie! Bo gdyby chociaż od czasu do czasu włączyli telewizję, to by wiedzieli, kto to jest Andrzej Tkacz.
Niebiańską drużynę hokejową zasilili już: zmarły w 1984 r. Robert Góralczyk, Jerzy Potz (zmarł w 2000 r.), Stanisław Szewczyk (świętej pamięci od 2010 r.), Henryk Pytel i Konrad Jajszczok, którzy odeszli w 2024 r. Całe szczęście, lwia drużyny z MŚ 1976 r., łącznie z 85-letnim Józefem Stefaniakiem, nadal może dzielić się doświadczeniem z młodym pokoleniem.
I oby trwało to jak najdłużej. To dowodzi, że prowadziliśmy sportowy tryb życia nie tylko podczas kariery. Do dzisiaj nieźle funkcjonujemy.
Jak pan skomentuje finałowe rozstrzygnięcia w Tauron Hokej Lidze. W cuglach mistrzostwo Polski zdobył GKS Tychy, wygrywając serię 4:0 z GKS-em Katowice.
To była dosyć smutna rywalizacja. Szkoda, że katowiczanie nie postawili się do tego stopnia, żeby wygrać chociaż jedno czy dwa spotkania. Ale ja zawsze mówię, że tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Drużyna GKS-u Katowice była zdecydowanie słabsza. I tak chwała trenerowi Jackowi Płachcie, że zdołał awansować z tym składem do finału.
I to po raz piąty z rzędu.
A prawie nikt im tego nie wróżył. Widać, że trener Płachta ma właściwe podejście. Jeżeli dostanie ciut lepszych zawodników, to zdoła powalczyć o najwyższe cele również w kolejnych sezonach.
Wiesław Jobczyk o szansach reprezentacji Polski na MŚ Dywizji 1 A w Sosnowcu
Reprezentacja Polski prowadzi już przygotowania do MŚ Dywizji 1 A w Sosnowcu, które rozpoczną się 2 maja. Jest pan optymistą przed starciami z Ukrainą i spadkowiczami z elity – Francją i Kazachstanem? Początek turnieju mamy naprawdę piorunujący.
Będę z trybun gorąco dopingował naszą reprezentację. Prawdę mówiąc, walka o powrót do elity MŚ nie będzie łatwym zadaniem. My nie mamy przeciwnika, którego na luzie możemy pokonać. Stawka jest tak wyrównana, że każdy z każdym może wygrać i przegrać. Nawet Litwini, którzy będą beniaminkiem na tym poziomie grają coraz lepiej.
Ukraina pokonała nas nie tylko na ostatnich MŚ Dywizji 1A w Rumunii, ale także w Sosnowcu, w lutym 2024 r., podczas kwalifikacji do ostatnich IO.
I to jeszcze Ukraińcy nie byli wówczas w optymalnym składzie. Teraz również nie będzie z nimi łatwo. Celem nadrzędnym jest awans do elity MŚ, ale to nie będzie bułka z masłem.
Całe szczęście, że od półfinałów play-offów znakomitą formę osiągnął Tomasz Fucik, który jest jedynym regularnie grającym polskim bramkarzem.
Cieszymy się z tego, że go mamy. Tomasz wychował się wprawdzie w Czechach, ale od dwóch lat jest już Polakiem, ma nasz paszport. Takie naturalizacje robi niemal cały świat. Wcześniej do bramki spolonizowaliśmy Jasia Murraya i Jasiu przez lata współtworzył wspaniały zespół, który awansował do elity. Budowę mocnego zespołu zaczyna się właśnie od bramkarza.
8 maja 1976 r., sensacja na MŚ w Katowicach: Polska – ZSRR 6-4 (2-0, 3-2, 1-2)
Bramki: 1-0 Jaskierski (10:27), 2-0 Nowiński (14:33), 2-1 Michajłow (20:38), 3-1 Jobczyk (22:45), 4-1 Jaskierski (23:06), 4-2 Jakuszew (25:16), 5-2 Jobczyk (26:48), 5-3 Charłamow (53:50), 6-3 Jobczyk (58:57), 6-4 Michajłow (59:09).
Polska: Andrzej Tkacz – Robert Góralczyk (śp), Andrzej Szczepaniec, Walenty Ziętara, Mieczysław Jaskierski, Stefan Chowaniec – Stanisław Szewczyk (śp), Jerzy Potz (śp), Zdzisław Włodarczyk, Józef Stefaniak, Stanisław Nowiński – Kordian Jajszczok (śp), Marek Marcińczak, Wiesław Jobczyk, Leszek Kokoszka, Andrzej Zabawa – Henryk Pytel (śp), Karol Żurek, Henryk Gruth (rezerwa).
Trener: Józef Kurek
ZSRR: Aleksander Sidolnikow (24. Władisław Tretiak) – Władimir Łutczenko, Walerij Wasiliew, Walerij Charłamow, Aleksander Malcew, Borys Michajłow- Siergiej Korotkow, Jurij Łapkin, Wiktor Szalimow Władimir Szadrin, Aleksander Jakuszew – Siergiej Babinow, Gienadij Cyganow, Aleksander Golikow, Władimir Golikow, Siergiej Kapustin - Witalij Filippow (Kazach, rez.) Helmut Balderis (Łotysz) Wiktor Żłutkow (Ukrainiec).
Trener: Borys Kułagin
Przejdź na Polsatsport.pl
