Człowiek, który nie myślał tylko o sobie

Gdy w piątkowy poranek zadzwonił telefon, że właśnie PZPN podał tragiczną informację, osłupiałem. Nastąpiła pauza, która dłużyła się w nieskończoność, choć pewnie trwała sekundę. Gigantyczny niepokój, burza myśli, a potem usłyszałem nazwisko, które po tym w głowie musiałem sobie powtórzyć kilka razy, dopóki to do mnie nie dotarło. Nigdy nie przeszło by mi przez myśl, że może to być On.

Starszy mężczyzna w białej koszuli i ciemnych spodniach idący w stronę kamery.
Jacek Magiera

Dziennikarz Kamil Głębocki napisał wczoraj na X, żeby nie tworzyć programów dotyczących tej tragedii. Żeby nie bombardować pogrążonej w smutku i żałobie rodziny. Żeby nie rozdrapywać ran. Żeby uszanować bliskich. To nie był pozbawiony sensu apel, ale czy realny? No właśnie nie. Choć jeśli przed każdym pogrzebem otrzymujemy informację: prosimy o nieskładanie kondolencji, jak najbardziej to rozumiem. Bólu to nie ukoi. Mimo że ma przecież na celu okazanie wsparcia połączonego z szacunkiem, często odnosi odwrotny skutek.

 

ZOBACZ TAKŻE: Kołtoń: Nie do ogarnięcia… Jacek Magiera niech spoczywa w pokoju

 

Co mogę napisać więcej, niż zostało już napisane i powiedziane? Może to, że moje losy młodego dziennikarza Telewizji Katowice przez moje pierwsze kroki przeplatały się z Jego grą dla Rakowa Częstochowa. Najpierw gdy ten awansował do Ekstraklasy, a potem gdy grał w niej z zupełnie dobrym skutkiem. Że bardzo często spotykałem też Jego tatę, który opuścił nas kilka lat temu, wcześniej zaangażowanemu w pracę w tym klubie, z którym odbyłem dziesiątki sympatycznych i rzeczowych rozmów. Tak jak zresztą z jego młodszym synem. Starszy, Marek, jest od lat moim redakcyjnym druhem. I kilka miesięcy temu, jako specjalista od siatkówki, z powodzeniem i entuzjazmem rozpoczął komentowanie piłki. Z udziałem Ich Rakowa. Brat na pewno to oglądał. I słuchał. Szkoda, że para Magiera&Magiera nie mogła tego zrobić wspólnie.

Ale tamte wyżej wspomniane czasy były inne. To epoka jednej telewizji, piłkarze nie byli przyzwyczajeni do rozmów przed kamerą, występów w studiu, więc przychodzili na wywiady tylko ci najbardziej inteligentni i rozgarnięci. Nie dziwne, że przy meczach Rakowa był to głównie On. Ale nie dlatego, że miał parcie na szkło. Wiedział zawsze, co i jak chce przekazać. Nie były to wyświechtane slogany czy frazesy.

 

Gdy przeniósł się do Legii Warszawa, w tym samym czasie do stolicy przeprowadziłem się i ja. Ze starej Łazienkowskiej komentowaliśmy nawet jakiś ligowy mecz, gdy był kontuzjowany i prawdopodobnie było to spotkanie z Jego Rakowem. Dziś coś takiego byłoby absolutnie niemożliwe. Wtedy nie był to żaden problem. Jako ekspert byłby od lat w ścisłej czołówce. Nigdy jednak media nadmiernie go nie pochłaniały. Dozował swoją obecność w nich, w wolnych chwilach poświęcał się rodzinie. Dlatego też nigdy nie wykonywał nerwowych ruchów w kontekście pojawiających się ofert prac, które pojawiały się wielokrotnie nie tylko wtedy, gdy nie był wówczas pod kontraktem. Wiele z nich odrzucał, nie brał ich pod uwagę. Szkoła dla dzieci, aby jej nie zmieniać, to, gdzie będzie mieszkać żona, miały kluczowe dla niego kluczowe znaczenie.

 

Nie myślał tylko o sobie. Zarówno w życiu prywatnym, jak i na niwie zawodowej. I to było w Nim najpiękniejsze.

Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie