Stanley to prawdziwa legenda amerykańskiej siatkówki. W 2008 roku poprowadził drużynę narodową do zwycięstwa w Lidze Światowej, ale też, co ważniejsze, także zdobycia mistrzostwa olimpijskiego. W 2010 i 2011 roku wybierany był najlepszym siatkarzem Stanów Zjednoczonych. Podczas swojej bogatej kariery występował między innymi w Zenicie Kazań. Podczas kariery znany był z atomowego serwisu oraz piekielnie mocnych ataków.

We wrześniu 2016 roku z powodu kłopotów zdrowotnych musiał zakończyć karierę. Stanley udzielił wywiadu portalowi sport.business-gazeta.ru, w którym zdradził czym zajmuje się od półtora roku.

- Wstaję rano, wykonam kilka ćwiczeń i idę do pracy. Pomagam krewnym w ich biznesie. Zajmują się oni instalowaniem wykładzin podłogowych, dywanów oraz drewnianych parkietów. Potem wracam do domu, do żony i dwóch córek. Nic niezwykłego. Mój ojczym oraz moja siostra pracowali w tym interesie. Nie bywałem w domu od 17 lat, więc teraz stwierdziłem, że powinienem pomóc rodzinie - przyznał 39-latek.

Polacy kojarzą go głównie z finału LŚ w 2012 roku. Wtedy USA mierzyły się z Polską, a Stanley przestrzelił swój serwis, czym zapewnił Biało-Czerwonym historyczne zwycięstwo w tej imprezie. Fani siatkówki na pewno zapamiętali charakterystyczny komentarz Tomasza Swędrowskiego.