Nie wiem co takiego jest w tej dyscyplinie, że wywołuje takie emocje. Kiedyś porównałem je z walkami Andrzeja Gołoty, które komentowałem i opisywałem zarówno w czasach amatorskich, jak i wtedy gdy bił się z Riddickiem Bowe czy Mikiem Tysonem.
 
Moja miłość do siatkówki sięga czasów złotej drużyny Huberta Wagnera, gdy wygrywała MŚ w Meksyku (1974) oraz IO w Montrealu (1976). Ich droga do olimpijskiego złota, to było coś niesamowitego, o naszych siatkarzach i ich trenerze mówili wtedy wszyscy. Podobnie jak o zwycięskich  horrorach z ich udziałem. 
 
Pierwsze mistrzostwa świata, które oglądałem na żywo (Francja – 1986)  sukcesu Polakom jednak nie przyniosły. Drużyna prowadzona przez genialnego polskiego rozgrywającego Stanisława Gościniaka, MVP mistrzostw w Meksyku, zajęła dopiero 9 miejsce.
 
Finał w paryskiej Bercy wygrali Amerykanie po znakomitym meczu ze Związkiem Radzieckim. Karch Kiraly i spółka byli bohaterami tamtego turnieju, ale tytuł MVP dostał się w ręce Francuza, Philippe Blaina, który w 2014 roku pomoże Stephane’owi Antidze poprowadzić Polaków do zwycięstwa w MŚ rozgrywanych w naszym kraju.
 
Początek XXI wieku jest wyjątkowo łaskawy dla polskiej siatkówki. Sygnał do ataku dały kobiety pod wodzą niezapomnianego Andrzeja Niemczyka. Złote medale mistrzostw Europy w Turcji (2003) i Chorwacji (2005) pokazały, że wszystko jest możliwe. „Złotka” wygrywały w wielkim stylu, Małgorzata Glinka i Dorota Świeniewicz były wtedy gwiazdami wielkiego formatu, najlepszymi siatkarkami na Starym Kontynencie. 
 
A Niemczyk udzielał wywiadów o które biły się największe tytuły prasowe. Coś o tym wiem, bo wielokrotnie z Niemczykiem rozmawiałem. I były to rozmowy bardzo ciekawe, nie tylko o siatkówce, ale też o życiu, które miał wyjątkowo barwne.
 
To był też czas, gdy do wielkiego skoku budziła się polska, męska siatkówka. Spory zastrzyk energii dali jej zagraniczni trenerzy: najpierw Raul Lozano, później Daniel Castellani, Andrea Anastasi, Stephane Antiga, Ferdinando De Giorgi i Vital Heynen.
 
Nie udało się tylko De Giorgiemu. „Fefe” przegrał w słabym stylu rozgrywane w Polsce mistrzostwa Europy 2017 i stracił pracę. Lozano, Castellani, Anastasi i Antiga też przegrywali, ale wcześniej przechodzili do historii spektakularnymi zwycięstwami.
 
Srebrny medal MŚ w Japonii (2006), który wywalczyła drużyna Raula Lozano  opisywałem leżąc w szpitalnym łóżku w Warszawie, choć miałem być w Tokio. Trzy lata później, już z naszymi siatkarzami i Castellanim, cieszyłem się w Izmirze w pierwszego w historii mistrzostwa Europy dla Polaków. Z tym samym Castellanim, kilkanaście miesięcy później przeżywałem gorycz porażki podczas MŚ we Włoszech. Argentyńczyk liczył po cichu na złoty medal, a skończyło się utratą pracy.
 
Rok 2011 był łaskawy dla Andrei Anastasiego. Trzecie miejsce w finałowym turnieju Ligi Światowej i brązowy medal ME wywalczony w Wiedniu był jego sukcesem. W 2012 Polacy wygrali po raz pierwszy Ligę Światową, by przegrać igrzyska w Londynie. Po kolejnej porażce, tym razem w ME, Anastasiemu też podziękowano.
 
Pamiętam prywatna rozmowę z ówczesnym prezesem, Mirosławem Przedpełskim, i co mi odpowiedział,  gdy go zapytałem, kto będzie następcą Włocha. Wydawało mi, że się przejęzyczył. Stephane Antiga był przecież podstawowym zawodnikiem Skry Bełchatów, która ostatecznie zdobyła  mistrzowski tytuł, nie miał żadnych doświadczeń trenerskich. A jednak najpierw dokończył ze Skrą sezon, a cztery miesiące później świętował z reprezentacją Polski tytuł mistrzów świata jako jej trener.
 
Ale on też zaznał gorycz porażki, nie dotrwał do kolejnych MŚ, które jak widać były pisane Heynenowi.
 
Ten ostatni, wielki sukces wciąż mamy przed oczami, wciąż czujemy jego smak. Decydujące mecze w Turynie Polacy grali na kosmicznym poziomie prowadzenie przez swego kapitana Michała Kubiaka. A Bartosz Kurek, kiedyś pominięty przez Antigę (a dziś zawodnik drużyny ONICO Warszawa, który Francuz prowadzi) wspiął się na wyżyny swych możliwości i został uznany MVP turnieju, tak jak cztery lata wcześniej Mariusz Wlazły. Na naszych siatkarzy nie był silnych, w decydującej fazie mistrzostw nie dali im rady Serbowie, Włosi, Amerykanie i na koniec, w finale, tak w 2014 roku w katowickim Spodku, Brazylijczycy. Nietuzinkowy Belg, Vital Heynen, znalazł właściwą receptę na sukces. Stworzył zespół, który zadziwił świat. I obiecuje, że to dopiero początek, na igrzyskach w Tokio (2020) ma być podobnie.
 
O niesłychanych emocjach, które zawsze towarzyszyły występom naszych siatkarzy ( chociażby przegrany w tie breaku ćwierćfinałowy mecz z Włochami na igrzyskach w Pekinie – 2008) wspominałem w kontekście dramatycznych walk Gołoty. 
 
Napięcie było podobne, i dotyczyło również występów naszych siatkarek. W styczniu 2008 roku zrezygnowałem z komentowania w nowojorskiej Madison Square Garden walki Gołota – Mike Mollo, by towarzyszyć „Złotkom” w eliminacyjnym turnieju do igrzysk w Halle. Gołota wtedy wygrał, a one przegrały w finale w pięciu setach z Rosjankami po prawdziwym thrillerze. Do Pekinu jednak poleciały, bo kwalifikację wywalczyły kilka miesięcy później w Tokio.
 
Gołota już dawno zakończył karierę, niestety bez mistrzostwa świata, choć był dwukrotnie bardzo bliski zdobycia tytułu. Polskiej siatkówce powiodło się znacznie lepiej i myślę, że to nie koniec jej wielkich sukcesów. Oby tych tłustych lat było jak najwięcej.