Sporty walki

Mollo: Zimnoch zachowuje się jak 12-letnia...

Nigdy nie byłem szczególnym zwolennikiem talentu Krzysztofa Zimnocha, i nic się pod tym względem nie zmieniło, ale nie skazywałbym go przedwcześnie na klęskę, jak czynią to ci, którzy nie dają mu w tej konfrontacji żadnych szans. Mam oczywiście świadomość, że prawdopodobieństwo kolejnej porażki jest duże, ale potrafię sobie też wyobrazić inny scenariusz.

 

Byłem rok temu w Legionowie, widziałem z bliska co się z nim stało w starciu z Mollo i jeszcze raz podkreślę, że to była wypadkowa kilku czynników. Nie będę się powtarzał, bo wszyscy wiedzą o co chodzi. Jedno jest pewne, jeśli Zimnoch popełni podobne błędy, to raz jeszcze zostanie znokautowany, nie wykluczam jednak, że znajdzie skuteczną receptę, gdyż boksować potrafi. I nawet jeśli nie robi tego na poziomie mistrzowskim, to przecież 37 letni Mike Mollo też ma swoje ograniczenia, które były mistrz Polski może skutecznie wykorzystać.

 

Bez względu jednak na to co pokaże twardy i bezkompromisowy Amerykanin, walka rozegra się w głowie Zimnocha. Jeśli zachowa spokój i koncentrację, jeśli jego nowy trener stanie na wysokości zadania, a on sam nie da się stłamsić w kilku pierwszych rundach, to wszystko jest możliwe. Nawet wygrana przed czasem. Ale faworytem jest Mollo, takie są fakty. Tyle, że ja nie skreślam Zimnocha, tak jak niektórzy, już przed pierwszym gongiem.

 

Co do Izu Ugonoha, który kilka godzin później zmierzy się w Alabamie z Dominickiem Breazealem, trudno o wiarygodne opinie. Dwumetrowy rywal dostał wprawdzie lanie z rąk Anthony’ego Joshuy, ale to była porażka z mistrzem świata. I trzeba przyznać, że Breazeale pokazał wtedy charakter.

 

A Izu ma za sobą kilka efektownych zwycięstw z przeciętniakami, sylwetkę czempiona i wiarę, że wszystko przed nim. Reszta jest niewiadomą: może wygrać, może przegrać, ale najważniejsze jak się zaprezentuje. Atutów nie można mu odmówić: dobry zasięg, inteligencja, siła, mocny prawy na korpus itd. A więc kto wie?

 

Tydzień po galach w Szczecinie i Birmingham, w Nowym Jorku wyjdzie do ringu Andrzej Fonfara. Jego rywal, Chad Dawson kiedyś, to był ktoś. Ale dziś ma za sobą przegrane przed czasem z Andre Wardem i Adonisem Stevensonem i najlepsze lata za sobą.

 

Tyle że Fonfara też ma niemiłe wspomnienia z ostatniej walki w której został znokautowany przez Joe Smitha Jr. Zmienił po niej trenera, przygotowuje się teraz  z Virgilem Hunterem w San Francisco, więc nic dziwnego, że przed pojedynkiem z Dawsonem namnożyło się pytań. Odpowiedzi poznamy w nocy z 4/5 marca, gdy sędzia w Barclays Center ogłosi werdykt. Stawiam na Fonfarę, który ma szansę wrócić do wielkiej gry. O tym samym zapewne myśli też leworęczny Dawson, który dziesięć lat temu pokonał na Florydzie Tomasza Adamka i odebrał mu pas WBC w wadze półciężkiej. Na szczęście, to już nie ten sam Dawson.

 

Po Mariuszu Wachu, który 18 marca zmierzy się w Lipsku z Erkanem Teperem, Niemcem tureckiego pochodzenia, chyba nikt nie oczekuje wielkich uniesień, wystarczy zwycięstwo. Na niemieckiej ziemi, nie będzie to łatwe, ale gaża jest solidna (55 tysięcy euro), więc „Wiking” uznał, że warto spróbować. Jeśli wygra, czego nie można wykluczyć, bo rywal jest w jego zasięgu, to być może skusi się na walkę o mistrzostwo Europy z Agitem Kabayelem, rodakiem Tepera. Jest oficjalnym pretendentem, więc  nie można takiego rozwoju wypadków wykluczyć. Ale najpierw trzeba wygrać w Lipsku.