Inne

Jak rzucić wszystko i wyjechać na koniec...

Ma 28 lat, na koncie 6 kontynentów, 34 kraje, 95 lotów i ponad 210 tysięcy kilometrów w powietrzu. Dziś wspiera go Legia Warszawa, ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, a nawet wielka Barcelona. No dobrze, warszawska szkółka Barcelony. Marcin wpadł bowiem na niebywały pomysł – wyjechał do Ugandy, by przez trzy miesiące prowadzić treningi dla dzieci chorych na AIDS. – Naprawdę, niesamowita jest ta radość na ich twarzach – z najmniejszych rzeczy, z tego, że w ogóle chce się z nimi coś robić – mówi. Ten wywiad to opowieść o człowieku, który poświęcił własny komfort, a nawet bezpieczeństwo tylko po to, by nieść pomoc innym. W kraju, w którym biały człowiek równa się pieniądz i w którym dla pieniędzy ludzie zrobią wszystko…

 

Rafał Hurkowski: Skąd w ogóle taki ekstremalny pomysł?

 

Marcin Kupczak: Wpadłem na to rok temu, gdy podróżowałem autostopem po Ameryce Południowej. Szukałem swojej drogi życiowej, a że kocham podróże i jestem po AWF-ie, pomyślałem właśnie o takim piłkarskim wolontariacie. Gdy wróciłem do Polski, zarejestrowałem się na stronie workaway.info – ona pośredniczy między osobami, które szukają wolontariuszy a wolontariuszami, którzy są chętni na wyjazd za granicę. Zaznaczyłem tam kilka krajów w Afryce, bo to jedyny kontynent, którego jeszcze wtedy nie odwiedziłem i po jakimś czasie odezwał się do mnie człowiek z Ugandy. Wiem, że pomysł może dość niestandardowy, ale to właśnie cała siła podróży – podczas nich myślimy bardziej nieszablonowo i nie tylko o sobie.

Przy okazji tego wyjazdu zorganizował pan akcję, wskutek której największe polskie kluby, a nawet warszawska szkółka Barcelony, przekazały na rzecz dzieci mnóstwo sprzętu. Ile się tych koszulek uzbierało – 50, 100?

Ponad 300 – 65 kilogramów bagażu szczęścia. Tutaj wielkie wyrazy uznania dla Pogoni Szczecin i Piasta Gliwice – dostałem od nich po 80 koszulek, a od „Portowców” jeszcze kilkanaście piłek. Włączyły się w to także Legia Warszawa, Ruch Chorzów, Podbeskidzie Bielsko-Biała, wspomniana FCB Escola Varsovia oraz siatkarze ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Oni też przekazali piłki – takie, jakimi grają w Lidze Mistrzów. W dodatku całą akcję promowali na Facebooku kapitan Piasta Radosław Murawski i reprezentant Polski Dawid Konarski.



Nie ukrywajmy, trzeba było to dobrze rozegrać marketingowo. To nie jest wyjazd turystyczny, tylko akcja charytatywna, w którą włożyłem całe swoje serce i zaangażowanie. Dzięki temu, że sportowcy weszli w ten projekt, pomagać zaczęli także kibice. Z ich datków uzbierało się w sumie 5 tysięcy złotych – mogłem z tego pokryć koszty lotu, wizy, ubezpieczenia i szczepień, bez których do Afryki po prostu nie wjedziesz. Najważniejszy jest jednak sprzęt – osobiście nie znam nikogo, kto zebrałby tyle rzeczy dla dzieci z Trzeciego Świata.

 

Oprócz koszulek i piłek, kluby ufundowały dzieciom także spodenki, dresy, a nawet korki


No dobrze, rozdał pan dzieciom ten sprzęt, uczy je pan gry w piłkę, ale nie zapominajmy, że to dzieci chore na AIDS – żyjące w skrajnej nędzy, często nie mające co jeść. Treningi i koszulki nie rozwiążą ich problemów.

Mam tego świadomość, ale gdybym myślał w ten sposób, doszedłbym w końcu do wniosku, że bez sensu gdziekolwiek jechać, bez sensu cokolwiek robić, skoro i tak się im wszystkim nie pomoże. Ja robię to, co w mojej mocy, to, na co pozwalają mi środki, a wręcz można powiedzieć, że bieduję, żeby tutaj cokolwiek zrobić. Przede wszystkim staram się w tych dzieciach zaszczepić nadzieję, nakreślić drogę, pokazać, że można coś w swoim życiu zmienić albo że można je zmienić całkowicie. I oczywiście chcę im dać przy tym trochę radości. Naprawdę, niesamowita jest ta radość na ich twarzach – z najmniejszych rzeczy, z tego, że w ogóle chce się z nimi coś robić. To buduje i tak na dobrą sprawę jedynie to mnie tutaj trzyma. Tylko że ja za trzy miesiące wyjeżdżam – pytanie, co będzie później. Czy miejscowi będą to w stanie pociągnąć? Takie spotkania, bo my tu nie tylko trenujemy, są tym dzieciom naprawdę bardzo potrzebne…

 

Wiem, że oprócz treningów, uczy pan też w szkole i pomaga prowadzić sierociniec. Może pan opisać taki swój typowy dzień?

Zaczynam w szkole, gdzie mam zajęcia z angielskiego i geografii. Zwykle jednak sprowadza się to do opowiadania o Polsce, o tym, jak wygląda życie w Europie. Bo to ich właśnie najbardziej interesuje. Ostatnio np. mówiłem im o znanych Polakach, jak Jan Paweł II czy Fryderyk Chopin. I nagle jeden 10-latek spytał mnie o Roberta Lewandowskiego. Zdziwiłem się, bo to przecież Uganda – kraj technologicznie nieco odcięty od świata. A jednak, nawet tu go znają.

 

Pogoń i Ruch podarowały dzieciom również przybory szkolne

Później mamy trening. Są cztery grupy wiekowe: 6, 7, 8-latkowie, 9, 10, 11- latkowie, 12, 13, 14- latkowie i 15, 16, 17-latkowie.  Przed wyjazdem śmiałem się, że a nuż odkryję tu nowego Eto’o lub Drogbę. Ale wiecie co? Ci najstarsi naprawdę sporo potrafią. Nie mówię oczywiście o taktyce, ani stałych fragmentach gry (to akurat strasznie kuleje), ale rzeczywiście jest kilka takich nieoszlifowanych perełek. Niestety, żyją w takim miejscu i w takich okolicznościach, że poza mną nikt ich pewnie nigdy nie odkryje… Ponadto organizuję mecze, jakieś turnieje. Raz na jakiś czas przeprowadzam większą odprawę, bo oprócz AWF-u skończyłem także coaching i uważam, że w sporcie kluczową kwestią jest psychika. Tu jednak moje pogadanki przekładają się na całokształt życia.

AIDS objawia się rozmaitymi zaburzeniami, osłabieniem organizmu, czasem nawet zanikiem mięśni. Czy fakt, że to są dzieci chore, wiąże się z jakimiś ograniczeniami na boisku?

Nie dostrzegam żadnych takich ograniczeń. Trenujemy tak, jak trenują dzieci w Polsce – bieganie na rozgrzewkę, sporo ćwiczeń typowo piłkarskich, na koniec tradycyjnie gierka. To, że są chore? Tak wygląda specyfika życia w Afryce. Tutaj AIDS, HIV, a nawet śmierć nie robią na nikim żadnego wrażenia. Dla Europejczyka to może być niepojęte, ale mimo wszystkich tych okoliczności, moi chłopcy byliby w stanie z powodzeniem rywalizować z rówieśnikami w Polsce.

 


Mówi pan: „dla Europejczyka”. Ta cała misja w Afryce jest bardzo szlachetna, chyba każdy to przyzna, ale myślę, że wielu z naszych czytelników nie do końca zdaje sobie sprawę, z czym taki wyjazd się wiąże. Żyjemy w bardzo uprzywilejowanym świecie, wielu z nas nawet nie myśli, że gdzieś, wcale nie tak daleko, istnieje zupełnie inna rzeczywistość...

My Polacy, Europejczycy, ogólnie ludzie z krajów rozwiniętych, mamy ogromną tendencję do narzekania. Narzekamy na wszystko i na wszystkich. Ale po przyjeździe do dzikiego kraju, człowiek naprawdę docenia to, co ma. Docenia to, że wstając rano może sobie wziąć prysznic, który jest prysznicem, a nie wiaderkiem wody wylewanym na siebie na dworze. Docenia to, że ma w domu toaletę, kuchenkę mikrofalową – to już w ogóle szczyt szczytów. Bo tutaj na dobrą sprawę nie ma nic. Normą jest, że przez trzy dni potrafi nie być prądu. Teraz rozmawiamy, ale nie wiem co będzie, gdy rozładuje się telefon. Lepiej też nie wychodzić po zmroku, czyli właściwie po godzinie 19, bo nie dość, że przy drogach nie ma latarni, panuje kompletna ciemność, to nie istnieją też żadne przepisy, a przynajmniej kierowcy ich nie przestrzegają i jeżdżą jak wariaci. Nie mówię już o warunkach, w jakich mieszkam. Nie jest to pięciogwiazdkowy hotel.

 


Oprócz biedy Uganda kojarzy się głównie z AIDS, atakami terrorystycznymi i powszechną korupcją. Pan wcześniej wspomniał, że tylko radość dzieci trzyma pana w tym kraju. Proszę rozwinąć.

Uganda niestety potwierdziła to, czego się spodziewałem. Jest niebezpiecznie. Nie bez powodu na każdym kroku, na każdej ulicy, stoją uzbrojeni żołnierze. Mnie osobiście najbardziej dotknęła jednak korupcja. Tutaj po prostu ręka rękę myje i cokolwiek byś nie zrobił, cokolwiek by się nie stało, oni chcą od ciebie pieniądze. Bo pieniądze są tutaj najważniejsze. Poza tym ty jesteś biały – ty masz pieniądze…

Pan przed chwilą mówił, że bieduje. W jaki sposób dotknęła pana korupcja?

Pierwsze wolne popołudnie przeznaczyłem na zwiedzanie Kampali, stolicy Ugandy. Co jest ciekawego w Kampali? Nie ma zupełnie nic ciekawego, dlatego widząc jakiś nowy wieżowiec, jakich w Warszawie mamy sporo, postanowiłem zrobić sobie zdjęcie, bo na tle slumsów wyglądał jednak dość nietypowo. Nie minęło 15 sekund, dorwał mnie policjant. „Hi, how are you?” – zapytał. Powiedziałem, że wszystko w porządku, że jestem turystą i sobie zwiedzam. Okazało się, że ten budynek, który sfotografowałem, to bank, a banków i budynków administracji publicznej nie można w Ugandzie fotografować. Nie dało się mu wytłumaczyć, że jestem tu dopiero tydzień i nie wiedziałem, bo u nas takiego zakazu nie ma. Z jednego policjanta zrobiło się nagle trzech. Powiedziałem: „Ok, usuwam.”. Nic to nie dało. Doszło do czegoś zupełnie absurdalnego: stwierdzili, że jestem terrorystą i na pewno planuję jakiś zamach. Grozili mi deportacją, chcieli paszport...  Po dwóch godzinach zastraszania, w tym czasie oczywiście mnie aresztowali, okazało się, że chodzi po prostu o pieniądze. Nie miałem wyjścia – musiałem zapłacić im 100 dolarów.

A mógł pan przecież zostać w ciepłym, przytulnym domu w Polsce. Żałował pan wtedy swojej decyzji?

Nie żałowałem – w stosunku do żadnej podróży. Te 100 dolarów znacznie uszczupliło mój budżet, ale byłem już w podobnych sytuacjach i zawsze sobie radziłem. Przyleciałem tutaj mimo tych wszystkich czynników, które normalnej osobie kazałyby siedzieć w domu, miałem świadomość skali zagrożeń, zaakceptowałem ją i ponoszę odpowiedzialność za swoją decyzję. Tutaj nie jest łatwo z niczym – nawet w zwykłym kontakcie z Ugandyjczykami. Umawiam się z nimi na 9, przychodzą o 11 i oczywiście nic się nie stało. Taka mentalność. Los zresztą też mnie nie oszczędza – zaginął mój bagaż. Przez pierwsze cztery dni prowadziłem treningi w tym, w czym przyleciałem. Najbardziej martwiły mnie jednak te wszystkie koszulki, piłki, cały ten z trudem zebrany sprzęt. Okazało się, że przyleciałem z pustymi rękami. Dzieciaki jednak i tak się cieszyły – jak się okazało, koszulki były tylko dodatkiem...

Pierwsze cztery treningi Marcin prowadził w jeansach, w których przyleciał z Polski...

Wiecie dlaczego po prostu stąd nie ucieknę, chociaż myślę o tym każdego dnia? Dlatego, że chcę tym dzieciakom pomóc i pokazać, że komuś w końcu na nich zależy. Zasługują na to, bo nie są w niczym gorsze od dzieci w Europie.

Chcecie być na bieżąco z akcją w Ugandzie? Śledźcie na Facebooku profil Hanys on Tour!