Teodorczyk: Jestem zrażony do mediów, bo dziennikarz oszukał mnie i moją mamę

Piłka nożna
Teodorczyk: Jestem zrażony do mediów, bo dziennikarz oszukał mnie i moją mamę
fot.Cyfrasport

To jest sezon Łukasza Teodorczyka – dla Anderlechtu strzelił już 28 goli! „Teo” to również kapitalna zmiana z Rumunią w Bukareszcie oraz... medialna nagonka jesienią.

Roman Kołtoń: Uchodzisz za „dziennikożercę”...

 

Łukasz Teodorczyk: Aż tak?!? Nie żartuj!

 

Nie sposób przeczytać z Tobą wywiadu...

 

Bo ja niechętnie udzielam wywiadów... Nawet bardzo niechętnie. Wychodzę z założenia, że jak będę strzelał bramki, to dziennikarze i tak o mnie napiszą. A jak nie będę strzelał, to i tak będą o mnie pisać – że nie strzelam (śmiech)...

 

Jednak jesień była niezwykła – konferencja przed meczem z Danią, na której nie odpowiadałeś na pytania...

 

Na jedno pytanie...

 

Na pytanie Polaka nie odpowiedziałeś, na pytanie Duńczyka też nie bardzo...

 

Nie odpowiedziałem tylko na pytanie polskiego dziennikarze, ale dziwię się, że miał czelność je zadać. Nie jestem mściwy, ale pamiętliwy (śmiech)...

 

Gdy wybuchała afera alkoholowa w kadrze, w mediach znalazły się nazwiska tylko dwóch piłkarzy – Artura Boruca i Twoje...

 

Właśnie, może ktoś miał satysfakcję, że mógł się posłużyć nazwiskiem Artura i moim? Przecież każdy zdaje sobie sprawę, że stanowimy drużynę, naprawdę zgraną...

 

I zagrać w wojnę nie sposób we dwóch, jak to ujął Wojciech Kowalczyk w „Cafe Futbol”.

 

Dokładnie, ale... to mi wymierzono medialnego pstryczka. Cóż, nie przejmuję się tym. Robię swoje i ostatnio wychodzi mi to naprawdę dobrze. Z tego się cieszę i z tego, że kibice radują się z moich goli...

 

Trochę nie sposób rozmawiać o Tobie bez poruszenia kwestii mediów...

 

Nie mam z tym problemu – wszyscy wiedzą, że jeden z dziennikarzy opisał rzeczy z mojego życia rodzinnego, z mojego dzieciństwa, gdy miałem 19 lat. Zupełnie nie byłem na to gotowy. Pojechał do rodzinnej miejscowości i namawiał ludzi na zwierzenia. Oszukał moją mamę – stąd takie moje nastawienie do mediów czy do dziennikarzy. Gdy wtedy na Konwiktorskiej rozmawialiśmy o autoryzacji materiału, powiedziałem, że się nie zgadzam. Nie chcę, żeby to się ukazało – powiedziałem głośno i wyraźnie. Dziennikarz odparł jednak, że skoro nie autoryzuję, to... i tak się ukaże. I poszło, a ja nie byłem na to gotowy... To było dla mnie naprawdę złe doświadczenie z mediami...

 

Niewątpliwie na różne historie z życia wzięte trzeba być gotowy... Kamil Glik wyznał o relacjach z ojcem bodaj rok temu, gdy miał 27 lat. Jakub Błaszczykowski o swojej rodzinnej tragedii opowiedział Krzysztofowi Ziemcowi, gdy liczył 24, czy 25 lat, a tak naprawdę wyjawił wszystko ze szczegółami dopiero w autobiografii napisanej z Małgorzatą Domagalik, gdy miał prawie 30 lat...

 

Właśnie - sami wiedzieli, kiedy mogą się na coś takiego zdecydować. A mi takiej szansy nikt nie dał. To było dla mnie bardzo złe doświadczenie z mediami. Trudno - muszę z tym żyć.

 

Znamy się kilka lat i zawsze jesteś sympatyczny – żartujesz, śmiejesz się, potrafisz opowiadać prawdziwe, a zarazem ze swadą...

 

I taki jestem, ale... nie dla wszystkich. Muszę mieć zaufanie do człowieka – elementarne zaufanie. Do Ciebie przez lata nabrałem zaufania, dlatego usiedliśmy do tej rozmowy. Bo relacje ludzkie opierają się na zaufaniu...

 

Jeśli chodzi o atmosferę w kadrze, potrafisz wieść prym, choć Twój wizerunek medialny jest inny. Mruk myślą ludzie, a to bzdura...

 

Z samego siebie również się śmieję – zresztą nasz stolik „fusów”, to wyjątkowo wesoły stolik. „Ciśniemy” na maksa, jeśli chodzi o żarty...

 

Czym dla Ciebie jest reprezentacja Polski?

 

Spełnieniem marzeń z dzieciństwa. Gdzieś skrytych marzeń, ale myślę, że każdy kto gra w piłkę jako dziecko i piłka go fascynuje, myśli o tym, żeby zagrać z Białym Orłem. Nielicznym jest to dane. I jestem szczęśliwy, że tego dostąpiłem...

 

Bolało, że nie pojechałeś na finały EURO 2016...

 

Realistycznie do tego podchodziłem...

 

Wiosną przyjechałeś jednak na towarzyskie spotkania – z Serbią i Finlandią. Jednak już w Juracie i Arłamowie, gdy Nawałka powołał szerszą kadrę – przygotowującą się do francuskich finałów - zabrakło Cię...

 

Tyle, że rozmawiałem z selekcjonerem. I poniekąd rozumiałem jego spojrzenie. Byłem po kontuzji – w klubie grałem mało. Grałem na tyle mało, że byłem przekonany, iż muszę poszukać innego klubu. Trener Serhij Rebrow praktycznie nie dawał mi szansy. A ja naprawdę zawsze wierzę, że jestem w stanie strzelić bramkę. Nawet gdy ktoś mnie wpuszcza na zmianę taktyczną, to wychodzę się na boisku z zamiarem trafienia...

 

Żartujesz?

 

Ależ skąd! Był taki mecz w Lidze Europy, że trener Dynama Kijów wprowadził mnie na zmianę taktyczną. Byłem na boisku trzy minuty, a strzeliłem gola ze Steauą Bukareszt. Wygraliśmy 3:1! Pytanie, czy trener chce na mnie postawić, czy nie. Dlatego tak ważne było nastawienie szkoleniowca Anderlechtu Bruksela, Rene Weilera. Przyjechałem do klubu po raz pierwszy w czwartek – jakoś rano, więc po południu wziąłem udział w zajęciach. W piątek był rozruch. W sobotę wyszedłem na boisku Anderlechtu z Kortrijk – dograłem gola na 1:1, strzeliłem bramkę na 2:1, ostatecznie wygraliśmy 5:1... To był mój debiut w zespole „Fiołków” – 7 sierpnia 2016 roku.

 

I zaczął się show „Teo” w Belgii...

 

Kilka brameczek się strzeliło...

 

Kilka? 28 goli we wszystkich rozgrywkach! Miałeś serię 7 meczów z co najmniej jedną bramką z rzędu – licząc ligę belgijską i Ligę Europy. Łącznie w 28 spotkaniach ligi belgijskiej uzyskałeś 20 bramek. Trafiłeś w obu meczach ze Slavią Praga w eliminacjach Ligi Europy. W rozgrywkach grupowych Ligi Europy strzeliłeś 5 bramek, w tym w obu spotkaniach z klubem Bundesligi, Mainz. Trochę przyhamowałeś w fazie pucharowej Ligi Europy - z Zenitem i APOEL-em Nikozja. Jednak i tak Anderlecht znalazł się w ćwierćfinale...

 

I w tym ćwierćfinale zmierzymy się z wymarzonym przez nas wszystkich Manchesterem United.

 

Można sobie wyobrazić tytuł: „Teo 2, Ibra 0”?

 

A dlaczego nie? Futbol niesie niesamowite historie. Dlatego i taką mogę sobie wyobrazić. Choć muszę przyznać, że Zlatan Ibrahimović to fascynujący snajper. Naprawdę podziwiam jego umiejętności. Podobnie jak Fernandro Torresa. Jednak w dzieciństwie byłem fanem Raula Gonzaleza Blanco...

 

Naprawdę?

 

Zawsze byłem za Realem i cieszyły mnie gole Raula. Z okazji Świętej Komunii dostałem strój Raula – koszulkę z jego numerem i nazwiskiem, spodenki i getry. I ubierałem się w ten strój z ogromną ochotą, aby kopać piłkę z kolegami...

 

Dałeś kapitalną zmianę w Bukareszcie z Rumunią, mając udział w obu bramkach Roberta Lewandowskiego...

 

Czułem się mocny po meczach w Anderlechcie – przyjechałem wtedy na kadrę z bagażem już bodaj 9 bramek w lidze, a także 2 golami w eliminacjach Ligi Europy i 4 trafieniami w Lidze Europy. Gdy napastnikowi idzie, to stać go na jeszcze więcej. Trafisz raz, budujesz się. Trafiasz seryjnie, to decydujesz się na jeszcze trudniejsze zagrania, strzelasz z jeszcze trudniejszych pozycji. I często wychodzi! W Bukareszcie wszedłem na murawę, aby zrobić dobrą robotę. Mam strzelać gole, ale i chętnie dogrywam.

 

Po tym spotkaniu rozmawialiśmy w ekipie Polsatu Sport o teorii duetów w reprezentacji Polski. Wyszło nam, że Kamil Glik potrzebuje Michała Pazdana, Grzegorz Krychowiak Krzysztofa Mączyńskiego, a „Lewy” potrzebuje drugiego napastnika – czy w osobie Arkadiusza Milika, czy Łukasza Teodorczyka...

 

(Śmiech) – podoba mi się ta teoria, ale... Nie wiem, co na to trener Nawałka. Nie ma dwóch zdań – jeśli wystawia dwóch napastników w danym meczu, to moje szanse na występ rosną.

 

W wielu reprezentacjach Starego Kontynentu miałbyś szansę na miano napastnika numer jeden. W Polsce jest niesamowita konkurencja, poczynając od Lewandowskiego, przez Milika, Ciebie, są też młodzi...

 

Z konkurencją trzeba żyć. Futbol potrafi być bezwzględny. Jeńców nie bierze. Dlatego trzeba o swoje walczyć. Nie ma co ukrywać, że wielka jest rola trenera – jego pomysłu na to, jak chce grać i kim chce grać. Ja praktycznie od każdego trenera coś się nauczyłem. Jednak niesamowite znaczenie miała współpraca z Liborem Palą, który wierzył, że najważniejszy jest charakter. I za każdym razem namawiał mnie na... walkę o swoje. Naprawdę potrafił sprawdzić, czy ktoś ma charakter, czy nie. Wiele zawdzięczam też Piotrowi Stokowcowi, który wtedy w „Czarnych Koszulach” był młodym trenerem, ale potrafił z przekonaniem postawić na mnie i na Pawła Wszołka. A wiadomo, jak to było z innymi trenerami Polonii i ich stawianiem na młodych. Inny młody trener, Mariusz Rumak też we mnie wierzył, mimo że pierwszej rundzie w „Kolejorzu” strzeliłem tylko jednego gola. W kolejnym sezonie już trafiałem regularnie – na koniec zdobyłem 20 goli w jednym sezonie Ekstraklasy. Zacząłem kolejny sezon z trzema bramkami w czterech meczach i... zostałem sprzedany do Dynama Kijów.

 

Mało kto wie, że jesteś – pod względem odstępnego – drugim transferem w historii Ekstraklasy. Kosztowałeś 5 milionów euro. Tylko Adrian Mierzejewski kosztowałem więcej – 5,2 miliona. Robert Lewandowski – faktem jest, że kilka lat wcześniej – odszedł do Niemiec za 4,75 miliona euro. Teraz dorówna Ci Bartosz Kapustka, za którego Leicester już zapłacił 2,5 miliona euro, ale latem dopłaci 2,5 miliona.

 

Wcześniej podawano, że kosztowałem 4 miliony euro. Zawsze mnie to dziwiło, skąd ta suma, skoro  „w papierach” jest inna... Może to nie ma jakiegoś wielkiego znaczenia, ale... Dynamo Kijów nie wykłada na kogoś przypadkowego 5 „baniek”. Mają skautów i wszystko dokładnie analizują. Choć też trzeba przyznać, że wówczas byli „pod ścianą”. Dieumerci Mbokani z Konga doznał kontuzji, a w poprzednim sezonie strzelił kilkanaście bramek dla Dynama. Wiadomo było, że Mbokani wypadł na pół roku i ktoś go musi zastąpić. Jednak Rebrow tak naprawdę nigdy nie dał mi prawdziwej szansy. I człowiek zastanawia się, dlaczego tak się dzieje...

 

Rebrow jako zawodnik był innym typem napastnika niż Ty jesteś...

 

To fakt i też mam taki wniosek, że bardziej odpowiada mu zawodnik o innych parametrach. Zresztą wkrótce sprowadził do Kijowa napastnika, podobnego do siebie z lat kariery zawodniczej... Dziś to już nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Liczy się Anderlecht...

 

Czy może Chiny?

 

Chiny?

 

Media piszą o Chinach...

 

Spokojnie, spokojnie – najważniejszy jest play-off o mistrzostwo Belgii. Wydaje mi się, że jesteśmy już bliscy, aby porozumieć się z Anderlechtem w kwestii definitywnego wykupienia mnie z Kijowa.

 

Za 4,7 miliona euro...

 

Anderlecht dał mi prawdziwą szansę – trener Weiler mi zaufał...

 

Stąd pomysł, aby na dłużej się związać z Anderlechtem?

 

W futbolu wszystko dzieje się bardzo szybko...

 

Skoro nie Chiny, to Anglia – ileż już nazw klubów z Premier League słyszałem w kontekście Twojego nazwiska...

 

Chciałbym kiedyś zagrać w Premier League albo Bundeslidze. Jednak nie wybiegam w przyszłość. Na dniach zobaczymy, co dalej z Anderlechtem. A dopiero latem będę myślał co dalej. Teraz nie ma co planować. W futbolu o to strasznie ciężko, przekonałem się o tym, choćby łamiąc dwa razy nogę. Zebrał sporo różnych doświadczeń - już mam swoje lata...

 

Swoje lata? Liczysz dopiero 25 lat...

 

Niedługo 26 urodziny... Ok, nie jestem jeszcze stary, ale... nie jestem już młody. Przyjmijmy, że jestem w sile wieku (śmiech)...  Kilka lat grania przede mną, ale żyję tu i teraz...

 

Szczególnie, że przeżywasz gwiezdny czas w karierze.

 

W piłce nic nie jest wieczne i mam świadomość, że naprawdę dobre dni za mną. Chcę to kontynuować. A tylko ja sam wiem, ile litrów potu wylałem, aby znaleźć się tu, gdzie jestem teraz...

Roman Kołtoń, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze