Zastanawiałem się ostatnio, ile jest w Polsce miejsc, które zapewniają kompleksowe szkolenie piłkarskie dzieci i młodzieży, stając się alternatywą dla zagranicznych klubów, które robią to systemowo od lat. Realnie są to tylko akademie założone przez czołowe polskie kluby, czyli Legia, Zagłębie, Lech, Pogoń, Jagiellonia. Ze względu renomę tych klubów, także skuteczny skauting, pozwalający zebrać najlepszych zawodników z okolicy czy w starszych rocznikach województwa, a nawet kraju, ośrodki te są w stanie rywalizować w międzynarodowych turniejach czy nawet pojedynczych konfrontacjach. To fundament rozwoju, który na Zachodzie przyjęli w swojej filozofii dawno temu. Angielskie szkółki wyjeżdżają regularnie do Niemiec bić się w sparingach z rówieśnikami, Niemcy zapraszają na turnieje czołowe kluby z innych krajów, także Europy Środkowo-Wschodniej, itd. Konfrontacja z innymi rodzi refleksję, weryfikuje, pozwala realnie ocenić stan rzeczy. Pozostawanie we własnym środowisku rozwoju raczej przyspiesza, powoduje jedynie zgubne samozadowolenie lub nic nie wnoszącą frustrację.

 

Wspomniane polskie kluby, choć i tak są w najlepszej sytuacji, także borykają się z codzienną rzeczywistością. Na ich budżety wpływ mają sportowe dokonania pierwszego zespołu, brakuje infrastruktury, narzucone przez szefów akademii są często wytworem ich pomysłowości zamiast optymalnego wykorzystania potencjału. Szczerze, momentami mocno im współczuję.

 

Nie wszystkie dzieci trafią jednak do tych najlepszych ośrodków. Poza kilkoma setkami reszcie pozostaje szukanie i działanie po omacku. W jednym klubie jest sensowny trener, za to brakuje boiska. W innym jest przyzwoita infrastruktura, więc działacze idą w hurt zapraszając dla składek rzesze dzieciaków, dla których piłka jest jednym z wielu hobby. Aspekt społeczny zostaje spełniony, szkoleniowy, niestety, nie. Polska szkoła niby gwarantuje lekcje wychowania fizycznego, ale bywają one często wartością jedynie teoretyczną. Rodzic wyróżniającego się dzieciaka szuka więc fachowców i za własne pieniądze układa klocki, czyniąc proces szkolenia misternie zaplanowanym patchworkiem. Wobec zapomnianej już instytucji „podwórka” nie da się pozostawić rozwoju dziecka jedynie klubowi czy akademii, choćby te miały najszczersze chęci.

 

Minimalizując przypadek sprawy w swoje ręce biorą rodzice i to oni są, zapewne pozostaną jeszcze przez długie lata, głównymi odpowiedzialnymi, czy za kilka lat wyrosną następcy Roberta Lewandowskiego. Wbrew powszechnej opinii dotyczącej ich szaleństwa, determinacja oraz finanse stają się fundamentem wzrastania młodych kandydatów na piłkarzy.

 

Nie zarzucą mi działacze z PZPN, że nie wiem, o czym piszę, tak się akurat składa, że przez ostatnie miesiące oglądałem funkcjonowanie czołowych europejskich akademii, m.in. Tottenham, Fulham Brighton czy Hannover 96. Dyrektor Tottenham Dean Rastrick , który od ośmiu lat zarządza projektem, przez kilka godzin tłumaczył mi, skąd mogą brać się różnice w szkoleniu, dlaczego nasze dzieciaki na początku nie odstają, a później oglądają plecy rówieśników z Zachodu. W innych krajach długo rozmawiałem na temat systemu, m.in. z trenerami Barcelony (Pau Moral) czy Betisu Sewilla (Emilio Fajardo). Ich diagnozy na ogół się zbiegały, stan naszej piłki to konsekwencja braku systemu, postępowania według własnego widzimisię, a nie różnic ekonomiczno-kulturowych.

 

Nie kupuję dewizy prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, że piłkarzami zostaną tylko ci, dla których futbol jest jedyną szansą, by coś w życiu osiągnąć bądź zobaczyć, a już na pewno na przyzwoitym poziomie nie będą grać ci, których na treningi podwożą rodzice. Czasy się zmieniły, problemem nie jest wybrać zajęcia, bo jest ich wiele. Kłopotem jest trafić na właściwego fachowca i poradzić sobie z logistyką (dowozy, korki w mieście, szkolne zajęcia dodatkowe, itd.). Piłkarzami, jeśli mogę postawić śmiałą tezę, zostaną ci, których rodzice wykażą najwięcej determinacji i będą mieć względnie zasobny portfel.

 

Nie da się w krótkim komentarzu zgłębić wszystkich problemów polskiego szkolenia. Empirycznie dotykam tego na co dzień, proces ten to raczej sztuka unikania pułapek niż precyzyjnie zaplanowana  droga, dzięki której wartościowi piłkarze będą rodzić się na kamieniu. Wprowadzenie programu certyfikacji akademii piłkarskich (o jego szczegółach można przeczytać tutaj) nie naprawi od razu zaniedbanego przez lata systemu, ale zdeterminuje kluby i szkółki, by zaprzestać prowizorki i na poważnie zająć się szkoleniem. To pozwoli jedynie na wstępny przesiew, wiadomo – większa konkurencja wzmaga starania. Mam cichą nadzieję, że dzięki certyfikacji, a co za tym idzie prawom rynku, padnie wiele klubów-wydmuszek, które są miejscem pobierania składek przez różnej maści „fachowców”. Że na treningach będzie mniej niewykwalifikowanych krzykaczy i niespełnionych piłkarzy, którzy wiedzą najlepiej, co i jak.

 

Swoją decyzją PZPN robi naprawdę wielki krok ku normalności w szkoleniu, ale nie naprawi to pielęgnowanych latami zaniedbań od razu. Jeszcze raz powtórzę, póki co najważniejsi w tym procesie są rodzice.