Rzeczywiście tak było, ale do września ubiegłego roku. Wtedy przegraliśmy w Kopenhadze z solidną Danią 0:4 i czar tej drużyny, która dzielnie walczyła podczas Euro 2016, prysł. Owszem wygraliśmy jeszcze wysoko ostatnie trzy mecze w końcówce eliminacji rosyjskiego mundialu, ale z kim? Kazachstanem, Armenią i Czarnogórą.

 

Jesienią zaliczyliśmy beznadziejne mecze z Urugwajem (0:0) i Meksykiem (0:1), wiosną z Nigerią (0:1) oraz tuż przed mundialem niewiele lepsze z Koreą Południową (3:2) i Chile (2:2). O 4:0 z rezerwami Litwy nie ma co wspominać. Później był blamaż na mundialu i obiecujący debiut Jerzego Brzęczka z Włochami (1:1), by za chwilę wszystko wróciło do normy, czyli słabości z Irlandią (1:1), Portugalią (2:3) i Włochami (0:1).

 

Od wspomnianego meczu z Danią rozegraliśmy 17 spotkań i o żadnym z nich nie możemy powiedzieć, że było bardzo dobre. Delikatnie zbliżył się do takiego określenia ewentualnie pierwszy mecz z Włochami w Lidze Narodów. Forma naszej drużyny jest stała. Niewiele się w niej klei. Idę o zakład, że gdyby w tych spotkaniach w Lidze Narodów z bardzo silnymi rywalami w roli trenera był Gianni de Biasi czy kandydat przymierzany przez PZPN, wyglądałyby one podobnie.

 

Brzęczek został wrzucony do głębokiej wody, na mecze z drużynami, z którymi za poprzednika rywalizowaliśmy od wielkiego dzwonu. Bo z iloma zespołami z Top 20 rankingu FIFA grał Nawałka przez pięć lat pracy? Z Niemcami cztery razy, z Kolumbią, Szwajcarią, Holandią, Portugalią, Urugwajem, Danią, Meksykiem... Udało się wygrać raz z Niemcami, raz z Danią i raz ze Szwajcarią po rzutach karnych. Sukces budowaliśmy głównie tłukąc słabeuszy i średniaków. I w eliminacjach, i w meczach towarzyskich. Nic w tym złego, takich rywali też trzeba umieć pokonać, budując pozycję w rankingu i jakąś bazę do ataku na tych najlepszych. Przynajmniej raz na jakiś czas. Tyle, że przy okazji zakłamaliśmy rzeczywistość.

 

Zwyczajnie daliśmy się nabrać. Samym sobie, ale także rankingowi FIFA, w którym wdrapaliśmy się prawie na sam szczyt, iluzji, że to nie genialna forma w jakiej utrzymywał się przez lata Robert Lewandowski, nam w tym pomogła. Że pozostali gracze doszlusowali do niego w kwestii poziomu sportowego, że Grzegorz Krychowiak, Michał Pazdan, Piotr Zieliński czy Arkadiusz Milik są prawie tacy sami. Dlatego tak duże jest rozczarowanie przeżywamy obecnie. Rwiemy włosy z głowy, żądamy głowy Brzęczka, znęcamy się, drwiny.

 

To nawet zrozumiałe po takim meczu, jak ten ostatni z Włochami, w Chorzowie. Biorąc sprawę na chłodno, po kilku dniach, gdy emocje opadły, dochodzę do wniosku, że nie ma żadnych powodów, aby histeryzować. W eliminacjach, większość naszych rywali będzie po prostu słabszych. Może się okazać, że po trzech meczach, powiedzmy z Mołdawią, Gibraltarem czy Gruzją będziemy mieli 9 zdobytych punktów i bilans bramkowy 10:1, a Brzęczek zacznie pracować na legendę, jaką może się pochwalić jego poprzednik. Dajmy po prostu selekcjonerowi pograć ze słabszymi.