Z Poznania bez przerwy dobiegały czasem także sprzeczne informacje o niesamowitych jak na naszą ligę wymaganiach Nawałki. Nie chodziło tylko o pieniądze, ale długość kontraktu, liczbę współpracowników, zakres decyzji, możliwość dokonywania transferów itd. I nie ma żadnych wątpliwości, że wymagania pana Adama to w naszych warunkach, gdzie poniewiera się trenerami, zwalnia po kilku porażkach, nie dotrzymuje umów, były naprawdę kosmiczne. Istnieje zresztą do takiego traktowania szkoleniowców podatny grunt, bo najczęściej to bezrobotni trenerzy zabiegają o zainteresowanie klubów, a nie odwrotnie. W tym przypadku rozgrywka była inna. Co prawda obiekt westchnień Lecha pozostawał bez pracy od pół roku, ale wcześniej odmówił najbogatszemu polskiemu klubowi, czyli Legii i jak ujawnił Zbigniew Boniek, nie skorzystał z propozycji przedłużenia kontraktu na pracę z reprezentacją Polski.

 

Czyli już samo zatrudnienie takiego trenera można uważać za bezdyskusyjny sukces Lecha w wymiarze prestiżowym. A teraz można się zastanawiać czy pójdzie za tym sukces sportowy. Śmiem twierdzić, że tak. Ale będzie to sporo kosztować. Dużo drożej niż kwestie związane z kontraktem trenera. Mówi się o 150 tysiącach złotych miesięcznie, co czyni go drugim najlepiej zarabiającym trenerem w historii polskiej ekstraklasy (były trener Legii Besnik Hasi zarabiał 200 tysięcy). Drugie tyle trzeba będzie wydać na jego sztab. I być może to nie jest żadna przesada. Być może tyle właśnie powinien dostawać autor największego sukcesu polskiej piłki w XXI wieku. Jakby na to nie patrzeć to jest doskonały ruch generalnie dla całych rozgrywek polskiej Ekstraklasy, która przecież wymaga jakości, poważnych trenerów, rozpoznawalnych nazwisk, które będą w stanie przyciągać, ludzi autentycznie szanowanych przez kibiców. Lepiej wydać takie pieniądze na polskiego uznanego trenera niż na przeciętnych zagranicznych piłkarzy, którzy kompletnie nic nie wnoszą.

 

To nie podlega dyskusji. Analizując jednak pracę Adama Nawałki i jego decyzje choćby w Górniku Zabrze trzeba zakładać, że kasjer Lecha musi się szykować na kolejne wielkie wydatki. Jego rozmach, także w kwestii zatrudniania i pozbywania się zawodników zawsze sporo kosztuje. A o wymaganiach dotyczących jego "fanaberii”, takich jak loty na krótką odległość, podstawiania autokarów tylko trzyosiowych, hoteli ze specjalnym ustawieniem stołów itp. wciąż krążą w PZPN opowieści. Oczywiście są to standardy europejskie w profesjonalnej piłce i prędzej czy później właściciele klubów, którzy roszczą sobie pretensje, aby znaleźć się w elicie będą się musieli do tego przyzwyczaić. Tyle, że pewnie trudno będzie im przełknąć to wszystko, kiedy się okaże, że np. taka Jagiellonia Białystok bez tych bajerów, rozmachu i wydatków znajdzie się kolejny raz wyżej od Lecha.

 

Można się spodziewać, że inwestując w Nawałkę, działacze Lecha liczą po prostu na mistrzostwo Polski i dobrą grę w europejskich pucharach. Może nawet Ligę Mistrzów. I to nie w odległej przyszłości. Ale możliwie jak najszybciej. Uważam, że jest na to szansa. Lech ma obecnie 10 punktów straty do lidera – Lechii Gdańsk. To nie jest strata nie do odrobienia. Zwłaszcza w naszej lidze, gdzie nie ma żadnej drużyny, która się zdecydowanie wybija. Za chwilę na dzień dobry, aby oczyścić szatnię Nawałka odsunie pewnie z trzech, czterech zawodników. I mniej więcej tylu swoich wprowadzi.

 

Zespół zacznie szybciej biegać, bo nie ma możliwości, aby u Nawałki i jego podejściu do treningów było inaczej. Efekt nowej miotły zacznie działać, kibice pobudzeni dawką optymizmu będą nieść drużynę i ta lokomotywa wreszcie ruszy.