Szymon Zaworski: Ma Pan odpowiedź na pytanie dlaczego 2019 rok był tak słaby dla polskiej piłki?

 

Marian Kmita: Bardzo kibicowałem w zeszłym roku Adamowi Nawałce i jego piłkarzom. Dla większości z nich mundial to była być może ostatnia wielka impreza w karierze. Byłem w Rosji na wszystkich meczach Polaków, widziałem je na żywo z trybun. To było trudne przeżycie. Gdybym miał jednak odpowiedzieć jednym zdaniem dlaczego się tak stało, to nie wiem. Wiem na pewno, że zarówno tego trenera, jak i tę drużynę stać było na wiele, wiele więcej. Tak to już jest w sporcie. Nikt nie przypuszczał, że trener Heynen przywiezie z siatkarzami złoto. I też nikt w najczarniejszych snach nie sądził, że w Rosji będzie tak smutno.

 

Na 2019 rok zerka Pan z optymizmem?

Myślę, że będzie lepszy. Wszyscy chyba w to wierzymy. Dużo zależy od Jerzego Brzęczka. Jak poradzi sobie z trudnym problemem pełnego wykorzystania naszego potencjału ofensywnego. Mieć takich trzech piłkarzy jak Lewandowski, Piątek, Milik i jeszcze Zielińskiego do pomocy - wielu selekcjonerów chciałoby mieć taki problem. Trener musi w tej kwestii coś wymyśleć. To są równania rozwiązywalne. Jak mu się to uda, rok 2019 może być bardzo dobry.

 

Kłopot bogactwa mamy też z bramkarzami, ale to dzieje się już od kilku lat. Dla Pana dużym zaskoczeniem jest zwycięstwo Łukasza Fabiańskiego w Plebiscycie "Piłki Nożnej”?

 

Przede wszystkim bardzo się cieszę, że on wygrał. Łukasz Fabiański to jest uroczy chłopak. Kiedyś razem z nim wracałem pociągiem z Chorzowa. Siedzieliśmy w Pendolino ze Zbigniewem Bońkiem i Januszem Basałajem. Przyszedł do nas na chwilę Fabiański – przykucnął i przed dobre pół godziny z nami rozmawiał. W pozycji, która świadczyła, jak wiele ma szacunku i pokory do majestatu prezesa Bońka, ale też jak bardzo jest otwarty. Ja nie miałem wcześniej okazji rozmawiać z nim tak długo i na tak różne tematy. Bardzo mnie wtedy zbudował jako człowiek. To bardzo ciepła, otwarta postać. No i bardzo, bardzo solidny piłkarz. To dzięki niemu m.in. osiągnęliśmy sukces we Francji w 2016 roku. Myślę też, że był jednym z jaśniejszych punktów w Rosji.

 

Jak się Panu podobała gala, prowadzący, a szczególnie kreacja Aleksandry Szutenberg?

Mnie się wszystko podobało. Nie mogło być inaczej, przecież my jako Polsat mieliśmy wpływ na to, jak ta gala wyglądała. Wiem na co stać naszych dziennikarzy, oni nigdy nie zawodzą. Nawet gdyby byli ubrani w lniane, konopne wory, też dali by radę. A już serio – to przyjemne pracować z takim zespołem. Naszym potężnym atutem, w porównaniu z innymi redakcjami, jest fakt, że my nie mamy jednej dwójki prowadzących, że to musi być zawsze Jurek Mielewski i Paulina Chylewska. To może być Ola Szutenberg, to może być Karolina Szostak. Mamy jeszcze inne obiecujące dziennikarki. To samo dotyczy dziennikarzy. Mamy przecież Mateusza Borka czy Bożydara Iwanowa. To jest nasza potężna siła.

 

Nie możemy też zapomnieć o naszej ekipie technicznej. Jest to potężny zespół...

O Robercie Szegdzie, który teraz stoi z drugiej strony kamery, nie mówimy, bo to jest oczywiste, że ekipa techniczna to nasza sól ziemi. Mówiłem o tym podczas gali "Siatkarskie Plusy". Nie byłoby polskiej siatkówki w tym miejscu, w którym jest, dotyczy to też innych dyscyplin, przy których pracujemy, gdyby nie liczne zastępy często bezimiennych fachowców – dźwiękowców, oświetleniowców, realizatorów, operatorów, inżynierów wozu, czy tych, którzy rozciągają kable. To jest cała armia ludzi, którzy nigdy nie doczekają się nagrody na tego typu imprezie, bo też nikt szybko nie przeczyta tzw. tyłówki i nie zapamięta ich nazwisk. Ale to oni tworzą to widowisko. Chwała im za to. Jest mi bardzo miło, że mogę z nimi prawie od 20 lat pracować.