Syn nieżyjącego Roba Woffindena to wręcz wyśniony champion dla nękanego kryzysem speedwaya. Jego nieustająca plątanina myśli i głód tworzenia sprawiają, że Taia nie sposób zaszufladkować. Wiecznie fascynuje ludzkość błyszcząc rozlicznymi talentami. Gra wybornie na didgeridoo (a niewiele bladych twarzy potrafi to czynić z taką gracją jak „Woffy”). Sam mistrz gry na didgeridoo – Australijczyk David Hudson jest pod wrażeniem kunsztu „Woffy’ego”.

 

Jeśli Tai ma ochotę pobrzdąkać w klawisze jak kompozytor Jacques Offenbach – dziewiąte dziecko niemieckich Żydów, to do odegrania słynnej „Barcarole” wystarczy mu foyer opętańczo luksusowego hotelu Andorra Park w Pirenejach… Gdy zechce, zjeżdża niczym Alberto Tomba z diabelnie przerażających francuskich stoków i wprawia w osłupienie swojego byłego szefa – Lena Silvera, ex-promotora Rye House Rockets. A kiedy mimo to, mało mu wrażeń, wykona backflipa równie dostojnie jak Hiszpan Maikel Melero – pięciokrotny mistrz świata we freestyle motocrossie i wyląduje uradowany w basenie z gąbeczkami. Przy Woffindenie nie sposób się nudzić. Gdyby w przestronnej hali przeważnie wykorzystywanej do gry w koszykówkę – Poliesportiu d’Andorra, ktoś wręczył mu piłkę, niechybnie okazałoby się, że dziurawi kosz niezgorzej niż Nikos Galis. Akcja w stylu pick & roll nie jest mu obca. Jak „Basket Case” – znakomity numer punk rockowej kapeli Green Day. Na jeden grudniowy wieczór Tai zamienił kosz sprzęgłowy na halę do koszykówki w stolicy Andory, w której odebrał trzeci złoty krążek za indywidualne mistrzostwo świata. Młody człowiek urodzony w brytyjskim Scunthorpe rozpoczął przygodę z cyklem Speedway Grand Prix w 2010 roku. Zwyciężył w 172 wyścigach, 35 razy awansował do finału zawodów GP. Ogółem zdobył 886 punktów w mistrzowskim cyklu…

 

 

 

Śniadanie w BBC

 

Wypoczęty, uśmiechnięty, kreatywny – ni stąd ni zowąd wpadł na pomysł, aby w elegancko wydanym programie zagościły autografy wszystkich 43 mistrzów świata w sporcie motocyklowym. Po latach będzie to wspaniała pamiątka. Tai łaknie powiewu odmienności. Rozmawia swobodnie z czterokrotnym mistrzem świata w wyścigach superbikes – Jonathanem Rea i nie ma dla niego znaczenia, że demon prędkości urodził się w Irlandii Północnej i porusza się po kubkach smakowych z osobliwym akcentem. „Woffy” szanuje swoją rodaczkę Emmę Bristow za niezliczone tytuły mistrzyni świata w trialu i uśmiecha się dobrotliwie, gdy słyszy, że Emma nie potrafi odpoczywać bez motocykli, a jedynym relaksem jest lektura szekspirowskich dzieł i spacer z psami po smaganych przenikliwym wiatrem liściach…


Toby Price, Australijczyk urodzony w Hillston, człowiek, który nie truchleje widząc marokańską pustynię, wyznał, że czekał aż 3 lata na narodziny Taia. Toby, aktualny mistrz świata w cross-country, przyszedł na świat w 1987 roku, a Tai w 1990. „Musiałem czekać długie 3 lata, aby poznać prawdziwą bratnią duszę – rechotał Toby Price. Jesteśmy najbardziej odklejeni od realiów, my Australijczycy” – śmiał się Toby wesoło podrygując z Taiem. Jonathan Rea jest zaprzyjaźniony z „Woffym” co czuć w każdym geście… Z kolei mieszkający na stałe w księstwie Andory Australijczyk Josh Hook, mistrz świata w wyścigach długodystansowych (endurance), pochodzi z Taree i zna każdą skałę w Pirenejach. Hook jest o 3 lata młodszy od „Woffy’ego”, ale wystarczy, że obaj skierują wzrok w kierunku masywu z kulminacją Comapedrosa i już wiadomo, że wystarczyłby im nędzny namiot, aby wybrać się na wyprawę w wysokie góry. Na szczycie niewątpliwie ugasiliby pragnienie herbatą wypitą z buta… Jak Kiara Fontanesi, zwariowana mistrzyni świata z włoskiej Parmy, która frunie ponad podwójną sekcją na torze w Assen i wyobraża sobie, że maluje pędzlem niczym Donato Bramante… Piękną teatralną trupę zebrał Tai Woffinden…

 

Tai potrafi po ekscytującym weekendzie w Toruniu, gdzie przypieczętował trzeci tytuł mistrza świata, przemieścić się do Bydgoszczy, aby wziąć udział w turnieju „Asy dla Tomka Golloba”. Chwila oddechu, kąpiel, zabawa z córeczką, lekki posiłek i przygotowania do wizyty w programie BBC Breakfast. „Tai to wulkan energii. Chodzi jakby był wiecznie nakręcony” – twierdzi Michael Lee, indywidualny mistrz świata na żużlu z 1980 roku. „Mike The Bike” przyswoił szczyptę wiedzy o popularności. Wszak wstąpił na żużlowy tron w dobie prosperity speedwaya w Anglii…

 

Wyspy Brytyjskie nie cierpią na brak gwiazd sportu. Futbol wiedzie prym, ale inne dyscypliny też szczycą się wybitnymi jednostkami. Lewis Hamilton wyrównał osiągnięcie Argentyńczyka Juana Manuela Fangio i posiada pięć tytułów mistrza świata w Formule 1. Krykiet, rugby, lekka atletyka, tenis, golf, boks, wioślarstwo, kolarstwo szosowe i torowe – w Anglii wprost głowa boli od kolorytu sportowych osobowości. Zresztą, wystarczy zerknąć na źdźbło statystyki medalowej podczas FIM Awards w Andorra la Vella… Istne bogactwo i zatrzęsienie gwiazd dwóch kółek na Wyspach. Wielka Brytania była najliczniej reprezentowaną nacją podczas gali FIM: aż ośmiu mistrzów świata w sezonie 2018 w sporcie motocyklowym legitymuje się brytyjskim paszportem. Hiszpania mogła pochwalić się siódemką reprezentantów, a Włochy czterema (w tym kosmiczną, sześciokrotną mistrzynią świata w motocrossie Kiarą Fontanesi).

 

 

 

Jaką charyzmą musi odznaczać się Tai, skoro tak prestiżowa stacja telewizyjna jak BBC, zaprosiła go do porannego programu! Na Wyspach Tai jest jednym z wielu, a mimo to dostrzeżono jego arcyciekawą osobowość, wokół której nie sposób przejść obojętnie. W Anglii kochają myśli nieuczesane… W Polsce żużel jest ponoć jedną z mainstreamowych (tudzież wiodących) dyscyplin, a próżno szukać Patryka Dudka, Bartosza Zmarzlika i Macieja Janowskiego w popularnych kanałach telewizyjnych i w programach nie skierowanych do obłąkańczo zakochanego w sporcie widza. A Tai pokazuje, że magnetyzm w oczach, otwarta czaszka, rozległe zainteresowania i pozytywne, niesztampowe zachowanie może sprawić, że w telewizji BBC przy ogromnej widowni opowie w zarysie o żużlu, zaprezentuje mistrzowskie trofeum i zaprosi ludzi, aby złożyli wizytę w Cardiff podczas wrześniowej rundy Speedway GP.

 

 

 

Wspinaczka na szczyt

 

Przebył trudną drogę. W debiutanckim sezonie w Grand Prix w 2010 roku zajął 14 miejsce, wziął udział w 56 wyścigach i wygrał zaledwie 5 spośród nich, zdobył 49 punktów, ale Tai Woffinden jest niczym Jerzy Kukuczka: nie interesują go łatwe szlaki na Manaslu czy Cho Oyu. To nie Reinhold Messner, tylko entuzjasta, który podąża przez świat z własnym strumieniem świadomości. Jeśli wytyka błąd, robi to uroczo, z nutką sarkazmu i elegancji. Wierzy w dobro tego świata, a przy tym perfekcyjnie nakreśla plan działania. Może mieć spuchniętą prawą łydkę, może nie ruszać palcami u prawej stopy, ale w turnieju dla Tomka Golloba wystartował. Wie kiedy odpoczywać, a kiedy bawić się jak wódz plemienia Kalkadoon w Australii. Szanuje ludzi, kocha osobników oderwanych od oślego zaprzęgu. Lubi robić rzeczy ocierające się o obłęd szaleństwa, ale pochyli się z troską nad okaleczonymi ludźmi. I ma odwagę marzyć. A następnie uszyć dla tych marzeń zgrabne szaty. I wie czego chce. Profesjonalizm, ale nie zimny i wyuczony, lecz przyjazny światu. Radosny, po części nieokiełznany, ale tylko ludzie wykraczający poza ramy swojej profesji są uwodzicielsko zaprogramowani na sukces. A warto pamiętać czasy, gdy Tai na częstochowskim stadionie robił „Szkocję” jako nieopierzony młokos w barwach Włókniarza, a tata Rob Woffinden filmował zjawisko z błyskiem w oku. Wtedy „Woffy” chłonął wiedzę od ojczulka, byłego żużlowca, który przegrał walkę z rakiem trzustki. Słuchał Grega Hancocka i Mariana Maślanki, a następnie umiejętnie potrafił wykroić z tego tortu mądrych rad, skrawek słodkości dla siebie. Tai potrafił za młodu leniuchować, bawić się i tańczyć, ale teraz wie, że jest odpowiedzialnym ojcem, który zatrzaskuje temat dyskusji o żużlu, gdy przekracza próg domu. Jest mężem i tatą, wciąż optymistycznie spogląda na planetę, ale potrafi dostrzec wady bytowania na kuli ziemskiej. „Woffy” to bystry obserwator, który rozsiewa pozytywne fluidy. Za to kochają go wrocławscy fani, którzy od czasów Duńczyka Tommy’ego Knudsena, brązowego medalisty IMŚ’1981, żadnego obcokrajowca nie obdarowali taką skalą uwielbienia. Za to kochają go jego przemarznięci rodacy ze Scunthorpe, którzy w październiku podróżowali podmiejskim pociągiem z Bydgoszczy do Torunia i trąbili współpasażerom, że Tai to taki „twardziel o miękkim sercu”. Charyzmatyczny, nieodgadniony, mądrzejszy w życiowe doświadczenie, sięgający wzrokiem daleko poza żużlowy horyzont…

 

 

 

Pinjar Park dla taty

 

Tylko jeden raz w historii mistrzostw zachodniej Australii na żużlu doszło do sytuacji, w której syn skopiował osiągnięcie taty. Edwin „Chum” Taylor, finalista indywidualnych mistrzostw świata na Wembley Stadium w 1960 roku, wygrywał zawody o tytuł mistrza zachodniej Australii w latach: 1958, 1962, 1963, 1968, 1970. Jego syn – Glyn Clifford Taylor miał podobne marzenia jak tata, więc sięgnął po tytuł najlepszego żużlowca Perth i okolic w 1982 oraz 1983 roku. Glyn przyszedł na świat w walijskim Cardiff w 1953 roku, gdyż jego tata Edwin „Chum” ścigał się wówczas dla klubu Cardiff Dragons… Glyn zaczynał przygodę z jednośladami od motocrossu, następnie liznął wyścigów na torach trawiastych, aż w końcu bez umiaru zakochał się w żużlu. I „latał” na sławetnym torze Claremont Showground, jak onegdaj Rob Woffinden, tata Taia…

 

Claremont Showground to wspaniała karta w historii australijskiego speedwaya. Pierwsze wyścigi na torze położonym nieopodal Perth odbyły się w 1927 roku… Rob Woffinden wygrał indywidualne mistrzostwa zachodniej Australii po dwakroć: w 1987 i 1988 roku. Kiedy Claremont zatrzasnął swoje drzwi przed żużlem, grupa entuzjastów (wśród nich był Rob Woffinden i Steve Johnston) zbudowała tor żużlowy Pinjar Park.

 

5 stycznia 2019 roku Tai Woffinden, nieludzki pracuś, stanął w szranki zawodów o indywidualne mistrzostwo zachodniej Australii. Tai uczył się speedwaya w Perth, więc za wszelką cenę chciał uczcić pamięć o ojcu i zorganizował kapitalne zawody, na które przybyło tylu chętnych, że przed pierwszym wyścigiem zabrakło programów i… piwa!

 

Ponad 2000 widzów przybyło na turniej o indywidualne mistrzostwo zachodniej Australii. Na liście startowej, oprócz trzykrotnego indywidualnego championa globu Taia Woffindena, pojawił się niedoceniany, acz świetnie trzymający klapę Cameron Heeps – uznana Wiedźma z Ipswich. „Gdyby dyrektor GP – Phil Morris zobaczył stan nawierzchni, odwołałby zawody. Na tym torze nie rozegrano by australijskiej rundy Speedway GP. Jednak wszyscy zawodnicy zakasali rękawy i wspólnym wysiłkiem udało się rozegrać turniej. Zabawa była przednia!” – śmieje się Tai.

 

Nowy tor ma 330 metrów długości. Nawierzchnia bardzo przyczepna, więc niektórym zawodnikom wprost wyrywało rączki. Trzeci wyścig był dwukrotnie przerywany, gdyż żużlowcy upadali na tor. Zawodnicy zażądali przerwy, aby wyrównać nawierzchnię. Uprzednio tor był zbytnio nawodniony, a wiatr nie zdołał przesuszyć szlaki. Do akcji wkroczył „Woffy”, który nie zdejmując kevlaru, nadzorował prace torowe. Tai rysował wewnętrzną linię (z kredą był za pan brat), obsługiwał równiarkę i instruował traktorzystę co robić, aby tor wytrzymał kolejne wyścigi.

 

„Woffy” wygrał trzy wyścigi w serii zasadniczej, a w wielkim finale wystrzelił niczym z katapulty z zewnętrznego pola. Za plecami Taia uplasował się Cameron Heeps, trzeci był Kane Lawrence (Nowa Południowa Walia), a czwarty Daniel Winchester. „To wyjątkowy moment w moim życiu. Tytuł mistrza zachodniej Australii wiele dla mnie znaczy, gdyż mój tata Rob dwukrotnie triumfował w tych zawodach” – rzekł wzruszony Tai.

 

Czuły rewolucjonista. Jeszcze zbyt wcześnie, aby „Woffy” powrócił na Monmore Green, ale być może fani ze środkowej części Anglii jeszcze nacieszą oczy widokiem Taia w barwach „Wilków” w niedalekiej przyszłości… Póki co, Tai odpoczywa z familią, spotyka się z kibicami w Scunthorpe (salki na spotkaniach z mistrzem świata są wyprzedane do ostatniego miejsca, choć cena biletu wynosi 12 funtów). A w zaciszu koszykarskiej hali w Andorra la Vella był moment, gdy Tai mógł zatopić się w zakamarki swojej duszy i porozmawiać szerzej o życiu najlepszego żużlowca globu. Myślami przefrunął niechybnie nad Comapedrosą…

- Przekraczasz próg muzeum „Champions by 99” i nie sposób nie zauważyć słynnej sentencji Barry’ego Sheene’a. „Nie czekaj aż statek podpłynie do brzegu. Wskocz do wody i zmierz się z bestią” – zwykł mawiać znakomity brytyjski motocyklista, dwukrotny mistrz świata w wyścigach szosowych (1976, 1977). Czy motto Sheene’a współgra z filozofią Taia Woffindena? Nie warto marnować szansy na mistrzowski tytuł i lepiej zmierzyć się z przeznaczeniem aniżeli unikać trudnych decyzji?


- W kulturze anglosaskiej zakorzenione jest porzekadło: nie pozwól, aby statek odpłynął od brzegu bez ciebie. Nie przegap łódeczki…

 

- Choćby miała cię porwać na środek oceanu…

 

- Tak. Dopiero wtedy będzie intrygująco. Barry chciał przekazać poprzez swoje motto, że nie warto się ani przez moment zawahać, tylko pora wskoczyć do wody i zabrać się na pokład statku, którym popłyniesz w stronę sukcesu… Tak jakby Barry Sheene sugerował każdemu, kto uprawia profesjonalnie sport, żeby dał z siebie maksimum, aby osiągnąć to co pragnie zdobyć. Wedle mojej opinii każdy sportowiec, który odnosi sukcesy, powinien podążać za sentencją Barry’ego. Może niekoniecznie kopiować życie Barry’ego, ale w głębi serca każdy ambitny sportowiec powinien pielęgnować pragnienie zwycięstwa. Paradoks sytuacji polega na tym, że nie zawsze im bardziej pragniesz triumfu, tym łatwiej sięgnąć po zwycięstwo. Czasami maniakalne pragnienie nie pomaga w realizacji planów… Im dłużej żyję, tym lepiej rozumiem, że jest coś, co tkwi bardzo głęboko we wnętrzu człowieka, który zostaje mistrzem świata w swojej dyscyplinie. To coś pozwala nam zrealizować marzenia. Wiem jedno: jeżeli nie posiadasz tego magicznego czegoś w duszy i w sercu, jeśli nie pielęgnujesz pragnienia, że chcesz osiągnąć perfekcję, wówczas nie zostaniesz mistrzem świata.

 

- W muzeum poświęconym dwóm królewskim dyscyplinom sportów motorowych: wyścigom Formuły 1 i Moto GP, nie sposób przeoczyć gigantycznego zdjęcia zamyślonego Ayrtona Senny. Trzykrotny mistrz świata w F1, genialny brazylijski kierowca wyścigowy, twierdził, że najtrudniejsze chwile pomagają nam odkryć samych siebie. Gdy jesteśmy w tarapatach, poznajemy prawdę o sobie. Jeśli przetrwamy trudne chwile, rośniemy w siłę. Zgadzasz się z opinią Ayrtona?

 

- O, tak. Senna miał 100% racji. Nic dodać, nic ująć.

 

Ayrton Senna, trzykrotny mistrz świata Formuły 1 (fot. PAP)

 

- Jesteś człowiekiem, który łaknie nowych doznań. Nie zamykasz się w kokonie speedwaya. Czy śledzisz inne dyscypliny motocyklowe, bo fascynuje cię rywalizacja na dwóch kółkach czy robisz to, aby odpocząć mentalnie i uchwycić właściwy dystans do świata? Czy twój umysł odpoczywa podczas pokazów freestyle motocrossu?

 

- Niezupełnie. Oglądam mistrzostwa świata w wyścigach superbikes, śledzę Moto 3, Moto 2, Moto GP, ale szczerze przyznam, że mam sporo obowiązków jako żużlowiec, mąż i tata, więc... Nie jestem maniakalnie uzależniony od oglądania dwóch kółek na ekranie… Moje życie osobiste i zawodowe uległo poważnym przeobrażeniom na przestrzeni ostatnich dwóch, trzech lat. Pragnę podkreślić, że zmieniło się na lepsze. Moje życie toczy się w zawrotnym tempie. Moje cele są inne niż przed laty. Inaczej korzystam z wolnego czasu. Kiedy mam możliwość, aby dobrze się pobawić, też czynię to w innym stylu niż we wczesnej młodości. Nie ukrywam, że dobrze czuję się w obecnym wcieleniu.

 

- Niewielu brytyjskich motocyklistów miało przywilej gościć w Buckingham Palace w Londynie, aby odebrać z rąk królowej odznaczenie MBE za wybitne osiągnięcia. Tego zaszczytu dostąpili: Barry Sheene, Joey Dunlop, Carl Fogarty i Jonathan Rea. Na ile znam twoją duszę, nie ścigasz się na żużlu, aby być uhonorowanym przez królową Elżbietę II?

 

- To prawda. Nie jeżdżę na żużlu dlatego, aby być podjętym w Buckingham Palace przez królową. To ogromny zaszczyt… (Tai przerwał rozmowę i uśmiechnął się w kierunku Jonathana Rea i jego żony! Cóż za zbieg okoliczności). Właśnie porozumiewam się wzrokiem ponad stolikami z Jonathanem Rea i jego małżonką. Ścigam się na żużlu, bo czerpię radość z jazdy na motocyklu. Kocham swoją pracę. Czasami irytuje mnie otoczka i wszystko to, co dzieje się wokół speedwaya. Im częściej spotykam sportowców uprawiających inne dyscypliny sportu, tym bardziej uświadamiam sobie…

 

- … jak daleko żużlowi do normalności?

 

- Zgadza się. Układy, polityka, przedziwne zagrywki – to mnie obrzydza i stronię od tego, ale cóż… Jest jak jest. Taki urok żużla. Moi rodacy zostali wyróżnieni MBE i należy traktować to z należnym szacunkiem, bo to wyjątkowe odznaczenie, ale nie zabiegam o to, aby otrzymać zaproszenie do Buckingham Palace. Pragnę wieść szczęśliwe życie. Koncentruję się na stabilizacji. Zarówno w wymiarze finansowym jak i w życiu osobistym. Pragnę, aby moja rodzina była ze mną szczęśliwa i sam chcę czerpać radość z przebywania z najbliższymi. Zależy mi na tym, aby uczucie rozkwitało… Chcę cieszyć się życiem. Myślę, że najistotniejsze jest to, aby dobrze przeżyć czas jaki nam dano, a warto pamiętać, że nie jesteśmy tu zbyt długo, więc korzystajmy z życia póki mamy taką możliwość.

 

- Znakomity serbski tenisista Novak Djoković wyznał swego czasu, że za każdym razem, gdy wygrywa finał gry pojedynczej na turnieju wielkoszlemowym, rozmawia z pierwszą trenerką – Jeleną Gencić, która ogląda go z wysokości niebiańskiej sofy. Rozmawiasz ze swoim tatą Robem ilekroć stajesz na najwyższym stopniu podium?

 

- Tak. Zawsze rozmawiam z tatą po zwycięstwie w turnieju GP. Czasami potrzebuję jego wskazówek i fachowej porady… Nigdy nie dowiem się czy tata mnie słyszy, ale nawet nie posiadając tej wiedzy, wciąż miło mi się robi na sercu kiedy mówię do taty. Gdzieś w głębi duszy wierzę, że jest iskierka szansy, że tata mnie usłyszy…

 

- Ojcostwo jest wyjątkowym okresem w życiu mężczyzny. Czy miewasz czasami momenty olśnienia, gdy zmieniasz pieluchy swojej córeczce Rylee-Cru i świta ci myśl jaką zębatkę założyć albo którą ścieżkę obrać na wyjściu z pierwszego wirażu?

 

- Co masz na myśli?

 

- Odpływasz przy zmianie pieluchy i dostrzegasz coś czego wcześniej nie widziałeś?

 

- Nie. Kiedy przekraczam próg domu, przenoszę się w inny wymiar. Przestrzegamy żelaznej zasady: w domu nie rozmawiamy o speedwayu. Nie chcę konwersować z małżonką o motocyklach. Gdy jestem w domu, wyłączam się i odpoczywam od profesji. Dom to oaza relaksu. Z kolei, gdy ruszam w drogę na stadion, nie rozmyślam o mojej małżonce. Kiedy spaceruję po torze, nie skupiam swoich myśli wokół córeczki. Na stadionie wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię.

 

- Perfekcyjne wychwycenie proporcji pomiędzy sferą zawodową a intymnością domu. Podziwiam i gratuluję. Nie zasklepiasz się w jednej dziedzinie. Fascynuje cię świat dźwięków. David Hudson to mistrz gry na didgeridoo, instrumencie prawowitych właścicieli australijskiej ziemi – Aborygenów. Wsłuchujesz się w kompozycje Hudsona czy sięgasz po inny gatunek muzyczny, aby odpowiednio nastroić się przed zawodami?

 

- Nie mieszkam w świecie muzyki, gdy wyruszam na zawody żużlowe. Jeśli muzyka płynie ze stadionowych głośników, słucham tego co proponuje miejscowy didżej. Uwielbiam wsłuchiwać się w konwersację mechaników. Z rozkoszą i z zainteresowaniem przysłuchuję się odgłosom płynącym z motocykla. Lubię być w transie. Kocham łowić chwile i żyć tym co dzieje się tu i teraz. Jeżeli masz założone słuchawki i zatapiasz się w muzyce, uważam, że wychodzisz poza strefę przygotowań i gubisz bezcenne chwile. A w momencie, w którym przestajesz słuchać muzyki, wracasz do świata transu i znów karmisz się tym co widzisz.

 

- Sugerujesz, że zdejmowanie słuchawek i przerywanie muzycznej sjesty kosztuje ciebie jako zawodnika sporo energii?

 

- Tak sądzę. Niektórzy sportowcy uważają, że inaczej się nie da, że bez muzyki nie będą w stanie wejść w rytm zawodów, ale ja mam odmienną opinię. Myślę, że byłoby to fascynujące z punktu widzenia badacza, gdyby zapytać każdego z obecnych w Andorze mistrzów świata czy dobra nuta pomaga im w koncentracji i uzyskaniu lepszych wyników sportowych. Śmiem twierdzić, wręcz zaryzykuję stwierdzenie, że większość wybitnych sportowców, a tacy zostają mistrzami świata powiedziałaby, że nie słucha muzyki przed zawodami czy w trakcie ich trwania.

 

- Podczas sesji autografowej siedziałeś obok Amerykanina Jasona Andersona, aktualnego mistrza świata w supercrossie. Jason zwany El Hombre, bo poprzez sukces przemienił się z chłopca w mężczyznę, wyznał mi, że w drugim życiu chciałby być jednym z muzyków formacji The Beatles: Johnem Lennonem lub Ringo Starrem. Czy w drugim życiu Tai pragnąłby być częścią żużlowego motocykla czy drzewem pod warunkiem, że wierzysz w reinkarnację?

 

- Czerpię radość z mojego pierwszego życia. Ani przez moment nie myślę o tym co czeka mnie w drugim życiu (śmiech).

 

- Były gwiazdor Wolverhampton Wolves – Adam Skórnicki, wspaniały człowiek, przyznał swego czasu, że Peter Adams jest jedynym znanym mu człowiekiem z branży, który nie jeżdżąc na motocyklu, ma niezwykłe wyczucie odnośnie menedżerowania zawodnikowi. Zgadzasz się z opinią Skóry?

 

- Cóż, Peter był mentorem dla kilku zawodników, z którymi łącznie zdobył 10 złotych medali indywidualnych mistrzostw świata na żużlu…

 

- Pomiędzy wami jest zdrowa i napędzająca was rywalizacja: kto zdobędzie więcej skalpów w speedwayu, nieprawdaż? Ty wygrałeś 11 turniejów z cyklu Speedway GP, a on ma 10 tytułów mistrzowskich…

 

- Nie. Peter Adams swego czasu wyznał, że pragnie zdobyć z różnymi żużlowcami 10 tytułów indywidualnego mistrza świata i 10 razy sięgnąć po tytuł drużynowego mistrza w lidze angielskiej. Teraz Peter może poszczycić się 9 tytułami mistrza w lidze na Wyspach. Pomogłem mu sięgnąć po dziewiąty tytuł w 2016 roku. Kiedyś obiecałem mu, że pomogę mu zdobyć brakujący, dziesiąty tytuł.

 

- Czyżbyś zmienił zdanie i planował wrócić do ligowego ścigania w Anglii?

 

- Cóż, tu napotykamy nielichy problem. Nie chcę wracać do jazdy w lidze angielskiej. W tym sezonie odbyłem rozmowę z Peterem i powiedziałem: spójrz, może będzie lepiej jeżeli wspólnie wygramy więcej tytułów indywidualnego mistrza świata zamiast dziesiątego złota w Premiership? A on nie powiedział tak, ale też nie powiedział nie… Bazując na moim przeczuciu, myślę, że będzie dobrze i zawrzemy kompromis.

 

- Cieszysz się, że w swoim teamie posiadasz tak znakomitych mechaników z Polski? Wygląda na to, że zebrałeś sam kwiat spośród pierwszych kluczy.

 

- Nie wynika to z faktu, że moi mechanicy są Polakami, lecz z ich profesjonalizmu. Ludzie, którzy pracują w moim teamie są najlepszymi specami w swoim fachu. Przespaceruj się wzdłuż boksów podczas zawodów GP. Zaręczam cię, że nikt nie ma tak dobrych motocykli jak ja. Nikt. Polecieliśmy do Melbourne w 2017 roku, aby ścigać się na Etihad Stadium podczas GP Australii. Leigh Adams przyprowadził trzydzieścioro wychowanków, kandydatów na przyszłych żużlowców do mojego boksu w Melbourne. Zatrzymał się na wysokości moich motocykli i powiedział do swoich podopiecznych: „chłopcy, tak mają wyglądać wasze motocykle jeżeli poważnie myślicie o godnym wyniku w speedwayu. Tak wyglądają najlepiej przygotowane żużlowe motocykle na świecie”. Leigh Adams był znakomitym zawodnikiem…

 

Leigh Adams, wicemistrz świata 2007 (fot. PAP)

 

- W rzeczy samej, był wicemistrzem świata w 2007 roku…

 

- … Zgadza się. Aktualnie Leigh szkoli młodych zawodników w Australii. I tej klasy żużlowiec przyprowadził swoich adeptów do mojego boksu. Zrobiło mi się miło na sercu. Byłem dumny słysząc jego słowa. Wyobraź sobie co czuli moi mechanicy, gdy Leigh zwracał się do młodych kandydatów na żużlowców. Skoro ja poczułem kilka kilogramów dumy, moi chłopcy byli w siódmym niebie. Co musieli w tym momencie pomyśleć moi mechanicy: Jacek, Kondzio, Robson… To co robią moi chłopcy jest fenomenalne i trudne do opisania. Są bardzo oddani swojej pracy. Ogromnie zaangażowani w to co robią. Poświęcają się również dla mnie. Nie znalazłbym lepszych ekspertów w tej branży. Brakuje mi słów, aby im należycie podziękować za wkład pracy w moje sukcesy na torze.

 

- Wspomniany przez ciebie Leigh Adams ciężko pracuje w Mildura, aby wychować kolejne żużlowe talenty. Czy Tai Woffinden widzi siebie w przyszłości w roli trenera tudzież nauczyciela żużlowego rzemiosła?

 

- Nie. Nie ma najmniejszej szansy, abym w przyszłości został trenerem młodzieży. Kiedy zakończę starty na żużlu, zniknę ze środowiska. Po moim ostatnim wyścigu w karierze, nie ujrzycie mnie już więcej w parku maszyn.

 

Tai Woffinden w kasku niebieskim w barwach Włókniarza Częstochowa (2009 rok, fot. PAP)

 

- Czy dzisiejszy Tai Woffinden jest trochę inny niż Tai, który poznawał cykl Speedway Grand Prix u boku Michaela Lee – indywidualnego mistrza świata z 1980 roku? Czy może zupełnie inny od Taia z 2010 roku?

 

- Aktualne wcielenie Taia Woffindena jest zupełnie inne od tego, który wkraczał do cyklu GP.

 

- Jesteś bardziej dojrzały? Bardziej kreatywny?

 

- Mądrzejszy. Jestem bogatszy o nabyte doświadczenie. Podejmuję lepsze decyzje. Nie tylko na torze, ale również poza nim. Dokonuję mądrzejszych wyborów niż w przeszłości. Moi rywale mogą mówić mi prosto w twarz o tym, że pragną złota. Ba, uważam, że każdy spośród piętnastu zawodników, którzy są moimi rywalami w walce o mistrzostwo świata, może mi mówić prosto w oczy o swoich marzeniach i planach. Mogą wręcz eksplodować chęcią zwycięstwa, ale to wciąż nie będzie oznaczać, że są w stanie dokonać tego, o czym marzą.

 

- Na zakończenie twórczej konwersacji, pragnę zapytać o rekord wszech czasów. W kwietniu 2018 roku zmarł sześciokrotny indywidualny mistrz świata, Nowozelandczyk Ivan Mauger. Tony Rickardsson jest jedynym żyjącym żużlowcem posiadającym sześć złotych medali IMŚ. Rozsmakowałeś się na tyle w tytułach, że chciałbyś poprawić ich rekord czy zaspokoisz swoją ambicję wyrównując ich osiągnięcia?

 

- Nie chcę wyrównać rekordów Ivana Maugera i Tony’ego Rickardssona. Zamierzam je poprawić. Pragnę zostać najwybitniejszym żużlowcem w historii. Taki mam cel.

 

- A zatem masz aspiracje na miarę Rogera Federera. Chcesz, aby po latach mówiono o tobie Federer speedwaya?

 

- Jeżeli on jest najlepszym tenisistą wszech czasów, to owszem, chciałbym.

 

- Roger zdobył 20 tytułów Wielkiego Szlema w grze pojedynczej…

 

- Może 20 tytułów mistrza świata na żużlu to lekka przesada, ale nie ukrywam, że pragnę być najlepszym zawodnikiem w historii speedwaya.

 

- Fenomenalne marzenie. Dziękuję uprzejmie za fascynującą rozmowę.

 

- Nie ma sprawy, stary!

 

Ekscytującą wyprawę na szczyt wymarzył sobie Tai. Ma rację mówiąc, że zbyt krótko trwa nasz pobyt na tym padole, aby robić cokolwiek na pół manetki… Jak żyć, to tak, aby było co wspominać!