Jerzy Brzęczek musi zacząć reagować, bo coraz większa jest w piłkarskim społeczeństwie świadomość, że samo gwarantowanie sobie startu w turnieju podczas eliminacji to dla drużyn chcących uchodzić za poważne żadne osiągnięcie, ale po prostu obowiązek, czas na rozpęd i przygotowanie zespołu do walki o coś konkretnego.

 

O ile po pierwszym zwycięstwie nad Austrią, można było przymknąć oko na sposób gry zespołu, bo jednak udało się wyszarpać trzy punkty na terenie naszego w teorii najgroźniejszego rywala, to grając u siebie z Łotwą oczekiwaliśmy gry z rozmachem i zwycięstwa z przytupem. A błędy selekcjoner popełnił już przed pierwszym gwizdkiem. Trener przyznał, że po meczu z Austrią zdawał sobie sprawę, że największy problem leży w grze środka pomocy, ale nie przeprowadzał radykalnych zmian, bo liczył, że taki układ wreszcie zadziała…

 

Chodziło oczywiście o ponowne ustawienie drużyny z jednym tylko klasycznym skrzydłowym (Kamil Grosicki), przesuniecie środkowego Piotra Zielińskiego do boku i ponowne wykorzystanie na środku pomocy dwójki defensywnych (Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich), co nie funkcjonowało dobrze w Wiedniu.

 

Wystawienie tego duetu na takiego rywala jak Łotwa świadczy o przecenieniu możliwości kreowania gry przez tę dwójkę (choć trzeba też zaznaczyć, że Krychowiak zagrał lepiej niż w Wiedniu i dużo lepiej od Klicha). O to powinniśmy mieć największe pretensje. Skoro selekcjoner miał świadomość, to dlaczego znów w to brnął, na co czekał? Czy lepiej gasić ogień, jak tylko się tli, czy czekać, aż rozpęta się pożar?

 

Śmiem twierdzić, że męczarnie z Łotwą były spowodowane właśnie nietrafionymi decyzjami personalnymi trenera. A to jest przecież, jak sama nazwa wskazuje, jego podstawowe zadanie. Wobec słabości Klicha, za rozgrywanie brali się obrońcy Kamil Glik i Michał Pazdan. Robert Lewandowski próbował prowadzić grę, schodząc do boków, szukając piłki. Zupełnie niepotrzebnie tracił energię na coś, czego nie powinien robić. To był chaos, mogliśmy liczyć tylko, na to że indywidualnie każdy z naszych graczy jest lepszy od rywali i coś się wreszcie uda.

 

To nie jest przypadek, że udało się w momencie, gdy wreszcie przywrócone zostały skrzydła, kiedy wszedł Kuba Błaszczykowski, potrafiliśmy rozproszyć tych sześciu obrońców rywali, pojawiły się luki, rzuty wolne, rożne auty, zaczęliśmy częściej dośrodkowywać i w końcu padła pierwsza bramka. Zrobił to oczywiście mistrz ceremonii czyli Robert Lewandowski, któremu pięknie dograł najsłabszy dotąd na boisku, ale forowany przez trenera Arkadiusz Reca.

 

Trudno gloryfikować Błaszczykowskiego, ale warto zadać selekcjonerowi kolejne pytanie w sprawie jego siostrzeńca. Skoro wystawiał go w pierwszym składzie, kiedy ten nie mieścił się nawet na ławce Wolfsburga i narażał się na podejrzenia o nepotyzm, to dlaczego nie wystawia go teraz? W momencie, kiedy ten złapał drugi oddech w Wiśle Kraków i jest w naprawdę dobrej formie. Gdzie tu jest logika? A podobnych pytań można zadać jeszcze przynajmniej kilka.

 

Absolutnie nie zgadzam się na poniewieranie selekcjonera po dwóch wygranych meczach w eliminacjach bez straty gola, a tym bardziej żądanie jego dymisji (a pojawiają się takie głosy), ale trzeba wytykać mu błędy i domagać się lepszej gry. Warto przypomnieć, że Brzęczek ma do dyspozycji tak dobrą grupę zawodników, będących w bardzo dobrej formie, jakich od dawna nie miał żaden z naszych selekcjonerów. Takie bogactwo trzeba umieć zagospodarować, nie trenować, bo na zgrupowaniach kadry nie ma na to czasu. Chodzi przede wszystkim o to, aby pojawił się w drużynie feeling. To coś być może nawet nieuchwytnego. A tego wciąż w tej kadrze brak.