Po powrocie do Polski Zawrotniak dzielił się radością  z długo oczekiwanego sukcesu.

 

- To wspaniałe uczucie dla sportowca, trudno je opisać. Jestem doświadczonym zawodnikiem, dobrze walczyłem w tym sezonie. We wcześniejszych turniejach PŚ toczyłem wyrównane walki, ale minimalnie przegrywałem. Prezentowałem dobry poziom, ale jakoś nie mogło się to przełożyć na wyniki. W Cali udało mi się w końcu postawić kropkę nad i. Na moim sukcesie zaważyła też bardzo dobra dyspozycja dnia, ale i fakt, że ostatnio przez dłuższy czas przygotowywałem się na Węgrzech. Zmiana sparingpartnerów, którzy prezentują światowy poziom, spowodowała, że można było doszlifować pewne akcje"- tłumaczył Zawrotniak.

 

W drodze do finału wygrał w turnieju głównym, z udziałem 64 zawodników, pięć walk. Najtrudniejsza była ta w trzeciej rundzie, w której pokonał Kolumbijczyka Johna Edisona Rodrigueza 15:14.

 

- To właśnie pokazuje, że w sporcie trzeba mieć też szczęście. Rodriguez jest bardzo wysoki, mierzy 210 centymetrów. Walczy z rękojeścią francuską, co znaczy, że ma jeszcze dłuższy uchwyt. Jest leworęczny i prezentuje specyficzny styl – opisał.

 

W finale Polak przegrał 12:15 z Japończykiem Kazuyasu Minobe.

 

- Tak walka źle się ułożyła, bo rywal wyszedł na prowadzenie i już nie popełniał praktycznie błędów. Ja miałem podobny pojedynek w półfinale z Włochem Marco Ficherą. Udało mi się objąć na początku trzypunktowe prowadzenie i to ustawiło całą walkę. W finale było tak samo, tylko w drugą stronę. Trzeba jednak zaznaczyć, że Minobe jest w bardzo dobrej formie, bo już drugi raz z rzędu wygrał Puchar Świata. To jego czas, co nie znaczy, że nie jest do pokonania – nie ma wątpliwości krakowski szermierz.

 

W 2008 roku w igrzyskach w Pekinie był w drużynie, która wywalczyła olimpijskie srebro. Teraz nie kryje, że jego najważniejszym celem jest wywalczenie kwalifikacji do Tokio.

 

- Na razie jestem drugi w olimpijskim rankingu, ale takich turniejów będzie jeszcze osiem, do tego dojdą mistrzostwa Europy i świata, a z listy będą odpadać szpadziści, którzy zapewnią sobie awans w rywalizacji drużynowej. Potem w razie czego będą jeszcze dodatkowe turnieje kwalifikacyjne, tak zwane +dobijaki+. Ja zrobię wszystko, żeby pojechać na igrzyska. Cztery lata temu było podobnie, bo zacząłem od trzeciego miejsca Rio de Janeiro, ale ostatecznie nie udało mi się wywalczyć nominacji olimpijskiej. W decydującym turnieju zająłem trzecie miejsce, a tylko zwycięzca zyskiwał olimpijski paszport. Rozminąłem się z igrzyskami o dwie lokaty. Teraz mam nadzieję, że się uda – powiedział Zawrotniak.

 

Liczy, że w Tokio może wystartować także w turnieju drużynowym.

 

- Wiem, że to może trochę dziwne, bo nasza drużyna jest daleko w rankingu (19. miejsce - PAP), ale po kryzysie sprzed kilku lat podnosimy się, młodzież jest coraz lepsza. Brakuje nam jeszcze powtarzalności, forma jest trochę chwiejna, ale to powinno się ustabilizować, bo mamy naprawdę duże umiejętności i na wiele nas stać – ocenił.

 

Zawrotniaka i innych polskich szpadzistów w maju czekają jeszcze starty w zawodach Pucharu Świata w Paryżu i mistrzostwa Polski w Krakowie.