Historia dla Hollywood: Komandos z pasem mistrza świata

 

33-letni Jamel Herring, od kilkudziesięciu godzin jest pięściarskim mistrzem świata, a historia jego życia jest tak skomplikowana, że pewnie nawet scenarzyści z Hollywood uznaliby ja za nieprawdopodobną. Kiedy inni mistrzowie świata występowali na amatorskich turniejach, szlifowali formę z trenerami, Herring ochraniał amarykańskie konwoje podczas wojny w Iraku.

 

Jako nastolatek był dobry w każdym sporcie. Dobrze boksował, ale też był wyróżniającym się lekkoatletą, radził sobie na koszykarskim parkiecie. Przestał uprawiać sport, bo musiał – miał zbyt słabe oceny w szkole. „Nie miałem o sobie zbyt wysokiego mniemania, na niczym mi specjalnie nie zależało” – wspomina Herring. Wszyscy wiedzą, jakby skończył mieszkając w dzielnicy, gdzie idolami nastolatków sa handlarze narkotykami, gdyby nie przypadkowe spotkanie z kolegą, który wstąpił do amerykańskich Marines – elitarnych oddziałów wojskowych. „Spróbuj, co ci szkodzi”. Herring spróbował, kiedy nie miał jeszcze 18 lat.

 

Kiedy inni uczyli się boksu, Herring odbywał dwie kolejne służby w Iraku. Widział kolegów zabijanych przez snajperów. Przyjaciół, którzy ginęli w samochodach opancerzonych od wybuchających bomb przydrożnych. „Każdy dzień, który przeżyłeś, był jak błogosławieństwo”- wspomina cztery lata na służbie. „Najgorsi byli snajperzy. Ja siedziałem na samej górze, z wieżyczce z ciężkim karabinem maszynowym, byłem na widoku przez cały czas. To był niesamowity stres”.  Był na służbie, w Iraku, kiedy urodziło mu się pierwsze dziecko - syn Stephen. Był już w Stanach, kiedy 25 maja, 2009 roku urodziła się córka Ariyanah.

 

Śmierć córki

 

Herring wrócił z wojska do bokserskich treningów, wydawało się, że życie zaczęło mu się układać. Dwa miesiące po narodzinach, dwumiesięczna córka zmarła  podczas snu. „Przestałem funkcjonować. Nawet nie wychodziłem z domu. Po jakimś czasie zacząłem ją słyszeć we śnie. Mówiła, żebym nie tracił życia, więc postanowiłem robić wszystko dla niej”.

 

Herring wygrał najpierw mistrzostwa US Army, później mistrzostwo USA i pojechał jako reprezentant USA na igrzyska w Londynie. Chciał zostać mistrzem świata, ale takich marzeń nikt nie traktował poważnie. Zmieniał trenerów, promotorów, managerów. Wreszcie trafił do tej samej ekipy, która przygotowuje do startów jednego z najlepszych pięściarzy świata bez podziału na kategorie wagowe – niepokonanego mistrza świata, Terence Crawforda.

 

Zakończenie tej historii, to ten scenariusz z Hollywood. W ostatnią sobotę, 25 maja 2019, dokładnie w dniu, kiedy jego zmarła córka obchodziłaby dziesiąte urodziny, Herring zdobył tytuł mistrza świata, pokonując faworyzowanego obrońcę tytułu, Japończyka Masayuki Ito. To nie koniec - Herring wywalczył pas w dniu amerykańskiego Dnia Pamięci, poświęconego tym, którzy oddali swoje życie na wojnach. Tak jak koledzy i przyjaciele mistrza świata.

 

Legendy o boksie -  Leonard: „Ma się świetnie!”; Duran: „Teraz nie ma mistrzów!”

 

Podczas premiery filmu dokumentalnego „Jestem Duran”, poświęconego karierze znakomita pięściarza z Panamy doszło do ciekawej dyskusji głównego bohatera, Roberto Durana, z kiedyś zażartym rywalem, a dziś przyjacielem, także legendarnym championem – „Sugar” Ray Leonardem. Poszło o boks. „Boks wcale nie umarł, jak niektórzy twierdzą, ale sport musi sam siebie naprawiać. Nie wystarczy, że mówisz, że jesteś najlepszy. Udowodnij to kibicom walcząc z najlepszymi, niech kibice sami decydują” – mówił Robinson.

 

„Nie  zgadzam się. Nie mam respektu dla dzisiejszych mistrzów” – odparł Duran. „My urodziliśmy się, walczyliśmy w czasach prawdziwych championów. Jakbyś porównał nas z tamtych czasów do dzisiejszych najlepszych, to wiadomo, że by przegrali”.

 

Duran, którego dwie walki w 1980 roku z Leonardem przeszły do historii sportu, ceni tylko jednego pięściarza. „Ten meksykański chłopak (Canelo Alvarez) radzi sobie naprawdę dobrze, choć ja zawsze myślałem, że to Amerykanie zarabiają największą kasę na boksie”.