Widzieliśmy ten zespół, który dobrze już poznaliśmy przed laty. Bazujący na dobrej defensywie, dobrze ułożony w środku, wykorzystujący szybkie skrzydła i światowej klasy napastników. Żadna wielka filozofia, ostra walka, dużo biegania, bez zbędnych kombinacji, mniej więcej te same nazwiska w roli głównej. Z Robertem Lewandowskim, którzy bierze ciężar gry na siebie. Zespół, który po prostu potrafi stłamsić rywala z niższej półki, zabrać co swoje i cześć. Bo też oczywiście nie róbmy z tej wygranej nie wiadomo jakiego sukcesu, reprezentacja Izraela jest zwyczajnie słaba.

 

Pytanie zasadnicze brzmi jednak tak: dlaczego nie mogliśmy dokładnie tego samego prezentować w piątek? Czy dlatego, że rywal był mocniejszy? Chyba niekoniecznie. Czy dlatego, że trener aż tak pokpił sprawę? Też nieco naciągana teza. Jasne, że ustawienie i organizacja gry to bardzo istotne rzeczy, ale to jest jednak grupa bardzo dobrych piłkarzy, którym żadna fanaberia trenera nie powinna przeszkodzić w normalnej grze. Słabsza forma, która może się zdarzyć? Nie ma takich cudów, aby z głębokiego dołka podnosić się w kilkadziesiąt godzin i wznosić na wyżyny.

 

Co zatem wydarzyło się miedzy piątkiem, a poniedziałkiem, że drużyna przeszła aż taką przemianę, że nagle zawodnicy zaczęli zasuwać jak za najlepszych czasów? Nie chcę umniejszać roli selekcjonera, bo wciąż uważam, że podobnie jak dawniej Adam Nawałka ma szansę stać się trenerem, którego będziemy nosili na rękach i może urosnąć wraz z tą reprezentacja, mimo topornego startu. 

 

W tym przypadku ewidentnie doszło do jakiejś burzy mózgów wśród zawodników. Wsłuchajmy się jeszcze raz w wypowiedzi Roberta Lewandowskiego po nieszczęsnym meczu w Skopje, przed Izraelem i zaraz po nim. Przecież RL9 przemawiał jak trener. To było źle, to trzeba zmienić, nie możemy grać w takim ustawieniu, powinniśmy robić tak i tak… A to wszystko jeszcze podlane bardzo poważnym tonem, przemyślane, stanowcze, nie jakieś luźne uwagi na gorąco od piłkarskiego sztubaka, któremu z zaskoczenia media podstawiły mikrofon. I ta puenta, którą Robert lubi powtarzać i brzmi w jego ustach naprawdę wiarygodnie. „Czuję się odpowiedzialny za tę drużynę”.

 

W mojej opinii właśnie fakt, że w roli kapitana ma mamy faceta, który nie tylko jest gwiazdą, ale chce mu się być odpowiedzialnym za zespół narodowy i jeszcze potrafi to dźwigać była tutaj kluczowa. A że w jakimś sensie jest to wejście w buty selekcjonera? Nie ma w tym nic złego. Jeśli panowie nie będą sobie przeszkadzać i współpracować tak jak przed meczem z Izraelem i w jego trakcie, będziemy jeszcze mieli z tego duetu wiele pociechy.