Bożydar Iwanow: Jesteś pierwszym w historii Ekstraklasy piłkarzem z polskim obywatelstwem urodzonym w Barcelonie. Sprawdzałeś, czy któryś z licznych Hiszpanów występujących u nas też ma tak szczególne miejsce urodzenia?

 

Daniel Hoyo-Kowalski: (śmiech) Nie, nie sprawdzałem.

 

A pochodzący z Półwyspu Iberyjskiego zawodnicy wiedzieli skąd pochodzisz, jakie są twoje korzenie i zagadywali cię o to?

 

Nie, natomiast po spotkaniu z Górnikiem porozmawiałem po hiszpańsku zarówno z Igorem Angulo czy Danim Suarezem, to samo miało miejsce po spotkaniu z Koroną Kielce. Ale to raczej ja podchodziłem do nich i podejmowałem rozmowę. I to bardziej na zasadzie dziękowania sobie po spotkaniu. Chyba było im miło, że mogli sobie porozmawiać ze mną w tym języku. Owszem, pytali, jak to możliwe, że tak dobrze się posługuje hiszpańskim. Choć chyba aż tak wielkiego zaskoczenia jednak nie było.

 

Jak bardzo skorzystałeś z hiszpańskiego systemu szkolenia, bo chyba nie byłeś w nim za długo?

 

Miałem sześć lat, gdy zacząłem treningi w trzecioligowym klubie Europa w Barcelonie. Po szkole uczęszczałem tam na zajęcia...

 

Dlaczego akurat tam?

 

Bo tu miałem najbliżej z domu. W tygodniu trenowaliśmy, w soboty graliśmy mecze. Występowałem praktycznie wszędzie, nie było jeszcze przywiązania do konkretnej pozycji. Nawet kiedy już przeprowadziłem się do Polski to przyjeżdżając do Hiszpanii na wakacje uczęszczałem tam przez dwa tygodnie na tak zwane obozy piłkarskie. Zajęcia miały miejsce do południa. I tak do jedenastego roku życia.

 

Faktycznie hiszpański system szkolenia różnił się na tym etapie mocno od naszego?

 

Z tego pierwszego roku w Europa tak naprawdę nie za dużo pamiętam. Więcej już właśnie z tych obozów, gdzie zwracano dużą uwagę i kładziono nacisk na małe gry, utrzymanie się przy piłce i technikę.

 

To był dla ciebie duży cios, że musiałeś w tak młodym wieku nagle wyjechać z Barcelony, pomijając kwestie rodzinne?

 

Na pewno nie było to łatwe, choć pewnie jeszcze nie byłem wtedy do końca świadomy tego, co się zmieni. Później już tak. Ale miałem i mam cały czas bardzo dobry kontakt z rodziną w Hiszpanii. Bardzo często tam jeździłem i dalej jeżdżę. To działało zresztą w obie strony, bo z Hiszpanii do Polski podróżowaliśmy nawet wtedy, gdy byłem półrocznym maluchem. Więc dla całej mojej rodziny, jak i dla mnie, nie był i nie jest to tak naprawdę duży problem.

 

W twoim sercu znajduje się sympatia do Barcelony czy... może jednak do Espanyolu?

 

Barcelona! Jak byłem młodszy parę razy byłem na jej meczu na Camp Nou, koledzy też kibicowali tej drużynie. No i zawsze podziwiałem piłkarzy Barcelony, a najbardziej podobał mi się Carles Puyol.

 

Choć patrząc na ciebie, twoją warunki fizyczne, sylwetkę, do głowy bardziej przychodzi mi Gerard Pique...

 

(Śmiech) No tak, do Puyola raczej podobny nie jestem.

 

W Polsce utarła się taka teza, że Hiszpanie ze względu na klimat i możliwość trenowania na zielonych murawach przez cały rok mają większe predyspozycje do rozwoju. Że ich futbolowe "DNA" jest lepsze. Zgadzasz się z tym?

 

Szczerze mówiąc, nie mam zdania. Nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Ale nie uważam, że z pewnością tak jest.

 

Jak duże znaczenie ma dla ciebie fakt, że dwie niezwykle ważne role w Wiśle Kraków odgrywają byli znakomici obrońcy, także środkowi? Trenerzy Maciej Stolarczyk i Mariusz Jop oraz dyrektor sportowy Arkadiusz Głowacki?

 

To bardzo istotne. Wiem jakie cała ta trójka ma osiągnięcia w rolach piłkarzy. Występy Arkadiusza Głowackiego zresztą pamiętam jeszcze i to całkiem dobrze. Jestem im wdzięczny za to, że często na treningach podpowiadają mi jak się mam zachować, jak ustawić. Poświęcają mi też sporo czasu na pomeczowych analizach. To na tym etapie mojej kariery bardzo ważne.

 

Wygląda na to, że potrafisz wyciągać wnioski dość szybko. W twoim debiucie z Zagłębiem Sosnowiec dałeś się dość łatwo przepchnąć napastnikowi i straciliście gola. W jednym z kolejnych spotkań z Górnikiem Zabrze Igor Angulo miał już z tobą trudniej?

 

Między Zagłębiem a Górnikiem był jeszcze mecz ze Śląskiem Wrocław. Ale faktycznie, w Sosnowcu taka sytuacja miała miejsce. Trenerzy wyperswadowali mi, abym w tego typu przypadkach unikał siłowego kontaktu z rywalem. Muszę bardziej w swoich działaniach stawiać na spryt, wyprzedzenie, poczekać na jakiś błąd techniczny. Bo wiadomo, warunkami fizycznymi będę jeszcze jakiś czas odstawał.

 

Marcin Wasilewski, Rafał Janicki, Lukas Klemenz, do tego Maciej Sadlok, który pewnie będzie co prawda grał na lewej obronie, ale łatwo wejść do składu ci nie będzie. Paru młodzieżowców w kadrze też jest, więc wiek też nie musi być w nadchodzącym sezonie twoim sprzymierzeńcem.

 

Ja nie ma żadnych konkretnych oczekiwań ile mam zagrać minut i meczów. W tej chwili najbardziej skupiam się na rozwoju i codziennym treningu. Nie dręczę się myślami, jak to będzie wyglądać dalej.

 

Historia kiedyś zatoczy koło i chłopak urodzony w Barcelonie wyląduje za jakiś czas znowu w Hiszpanii?

 

Nie wiem (śmiech). Moim marzeniem jest zarówno liga hiszpańska, jak i angielska, ale zadowolony byłbym i z niemieckiej czy francuskiej. Wiem, że by tak się kiedyś stało będę musiał wykonać bardzo dużo pracy. Ale marzyć przecież wolno każdemu, więc dlaczego nie?