Swoje trzy grosze dokłada jeszcze Amnesty International, zarzucając Arabii Saudyjskiej nagminne łamanie praw człowieka, a Felix Jakens, szef jej brytyjskiej kampanii cały czas przypomina  o okrutnym morderstwie dziennikarza Jamala Khashogii, czy o toczącej się, krwawej wojnie w Jemenie za którą odpowiedzialni są Saudyjczycy. 

 

Jakens ostrzega, że w tej sytuacji walka ta może zrujnować wizerunek Joshui, ale Eddie Hearn, promotor byłego mistrza, odpowiada, że negatywna reklama zwiększy jedynie zainteresowanie pojedynkiem. I niestety, z biznesowego punktu widzenia racja jest chyba po jego stronie.

 

Pytanie tylko czy ma rację, gdy mówi, że nie ma powodów do obaw o rewanż zaplanowany na 7 grudnia. – Bez względu na to co wypisuje w swoich mediach społecznościowych Ruiz Jr, kontrakty są podpisane – zapewnia  Hearn, który jak kiedyś Don King, zamierza doprowadzić do wielkiej walki, za którą zapłaci ktoś inny, w tym przypadku bogaci Saudyjczycy.

 

Don King dokonywał takich sztuk w latach 70-tych. Za słynną „Rumble in the Jungle” w Kinszasie (1974) zapłacił krwawy dyktator Mobutu Sese Seko, za „Thrilla in Manila” (1975) prezydent Filipin Ferdinand Marcos. Obie legendarne walki wygrał Muhammad Ali. W Kinszasie z Georgem Foremanem, a na Filipinach z Joe Frazierem. Pojedynki te przeszły do historii zawodowego boksu, jako jedne z najwspanialszych, a dziś mało kto pamięta kim byli Mobutu i Marcos, że na stadionie w Kinszasie, gdzie  Ali znokautował Foremana wcześniej dokonywano egzekucji na dysydentach.  

 

Tym razem wielkimi pieniędzmi kusi nie najlepiej ostatnio kojarzona Arabia Saudyjska. W puli jest ponoć 100 mln dolarów. Andy Ruiz Jr, sensacyjny pogromca Joshui, posiadacz trzech mistrzowskich pasów w wadze ciężkiej, uszczknie z tego tortu 9 mln, ale już się burzy. Uważa, że należy mu się więcej. Tyle że przed pierwszym pojedynkiem podpisał kontrakt, na który teraz powołuje się Hearn. Wówczas dla Ruiza Jr bardzo intratny. Za pierwszy pojedynek z Joshuą, sensacyjnie wygrany 1 czerwca w nowojorskiej Madison Square Garden, otrzymał 4.5 mln. Sumę dla niego kosmiczną, biorąc pod uwagę poprzednie honoraria.

 

Nikt nie zakładał, że pokona króla wagi ciężkiej, wziął przecież ten pojedynek w zastępstwie złapanego na dopingu Jarrella Millera, nie mając za sobą pełnego okresu przygotowawczego. A jednak doprowadził do trzęsienia ziemi w Nowym Jorku, znokautował niepokonanego złotego medalistę igrzysk olimpijskich w Londynie, posiadacza trzech mistrzowskich pasów, który miał królować w wadze ciężkiej długie lata. 

 

Kontrakt, na który teraz powołuje się Hearn miał klauzulę rewanżu. Nie znamy szczegółów, ale Joshua miał zagwarantowane prawo do walki u siebie, na Wembley lub w Cardiff, a Ruiz Jr znacznie wyższą wypłatę. Gdy okazało się, że Meksykanin nie chce tam walczyć i powołuje się na to co wydarzyło się w niedawnej walce Dilliana Whyte’a z Oscarem Rivasem (Whyte’a złapano na dopingu, ale dopuszczono do wygranego przez niego pojedynku), znaleziono rozwiązanie zastępcze – Arabię Saudyjską.    

 

Z finansowego punktu widzenia bardzo korzystne dla pokonanego w Nowym Jorku Joshui, który zarobi kilkadziesiąt milionów dolarów. Zadowolony byłby też Hearn i inni biorący w podziale tortu. Właściwie Ruiz Jr też powinien być zadowolony. Wziąłby 9 mln i być może raz jeszcze pokonałby byłego mistrza. Dlaczego więc  krzyczy, że nie zamierza lecieć do  Ad – Dirijja, miasta w środkowej Arabii Saudyjskiej w prowincji Rijad? „Starcie na wydmach”, jak określa się oczekiwany rewanż, może przecież umocnić jego pozycję.

 

Ano dlatego że wciąż się targuje, po prostu chce więcej. Oby jednak nie przelicytował. Jeśli prawdę mówi Hearn i ma na to twarde dowody w postaci podpisanego wcześniej kontraktu, to Ruiz Jr i jego ludzie niewiele zyskają. Ruiz chciałby walki w USA, najlepiej znów w Nowym Jorku lub Las Vegas, ale wygląda na to, że prawo jest po stronie Hearna. Tyle że mistrzowskie pasy należą do Ruiza Jr, a za sznurki pociąga jego menedżer (doradca) Al Haymon, który dobrze wie, jak takie sprawy skutecznie rozgrywać.

 

Czas jednak biegnie szybko. Walkę należałoby już reklamować, a na razie pierwsza konferencja prasowa odbyła się bez udziału pięściarzy, czyli tak jakby jej nie było. W ubiegłym roku w miejscowości Dżedda miał się też odbyć finałowy pojedynek turnieju WBSS w wadze junior ciężkiej pomiędzy Ołeksandrem Usykiem i Muratem Gassijewem, ale ostatecznie Rosjanie przebili ofertę i walkę przeniesiono do Moskwy.

 

Czy teraz takie rozwiązanie też jest możliwe, czy znajdzie się ktoś, kto przebije ofertę Saudyjczyków? Mało prawdopodobne, choć w boksie nie można niczego wykluczyć.