Najwięksi kilerzy zawodowych ringów według Pindery. Królem George Foreman!

Sporty walki
Najwięksi kilerzy zawodowych ringów według Pindery. Królem George Foreman!
Fot. PAP

Nie ma zgody co do tego, który bił najmocniej. Jedni twierdzą, że Earnie Shavers, inni postawią na Joe Louisa, czy Sonny Listona. Dla mnie największym kilerem był George Foreman, zarówno młody, jak i wtedy gdy wrócił na ring po dziesięcioletniej przerwie.

1. George Foreman  (76-5, 68 KO)  -  Fenomen, dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej. Dwadzieścia lat po słynnej „ Rumble In The Jungle”  znokautował znacznie młodszego Michaela Moorera i mając prawie 46 lat został najstarszym mistrzem świata wagi ciężkiej w historii zawodowego boksu. W ringu nie kalkulował, atakował z otwartą przyłbicą. To co zrobił z Joe Frazierem w Kingston na Jamajce nie mieści się w głowie. Legendarny czempion królewskiej kategorii, będąc u szczytu kariery, rzucany był przez Foremana na deski jak szmaciana lalka. Ale on też poznał smak nokautu, w 1974 roku w Kinszasie, gdzie był przecież faworytem w „Rumble In The Jungle” z Muhammadem Alim,  został trafiony, wyliczony i stracił tytuł.

 

A w pierwszej walce po tej porażce stoczył dramatyczną wojnę z niesamowitym Ronem Lyle’em i niewiele zabrakło, by znów został znokautowany. Foreman padał dwa razy, ale się podnosił i oddawał, nokautując ostatecznie w 5 rundzie jednego z najtwardszych i najmocniej bijących rywali.

 

Kiedy zdobywał olimpijskie złoto na igrzyskach w Meksyku (1968) miał zaledwie 19 lat oraz  kilkanaście walk na koncie. I tylko mierzący 172 cm Polak, Lucjan Trela, wytrzymał z nim pełny dystans przegrywając stosunkiem głosów 1:4. Wiesław Rudkowski, inny znakomity polski pięściarz, uczestnik tamtych igrzysk opowiadał mi wiele lat później, że Trela miał po walce z Foremanem sine całe plecy. I mówił Rudkowskiemu, że każdy cios Foremana czuł tak, jakby ten bił go sztachetą wyrwaną wcześniej z płotu.

 

Komentowałem jego ostatni zawodowy pojedynek z Shannonem Briggsem, w listopadzie  1997 roku. „Big George” miał już prawie 49 lat, ale wciąż bił się jak za dawnych lat. Sędziowie wypunktowali zwycięstwo (dwa do remisu) 22 lata młodszego Briggsa, choć był gorszy. Raz jeszcze wygrała polityka, Briggs miał być przecież kolejnym rywalem Lennoksa Lewisa.

 

Pamiętam co powiedział wtedy Foreman zapytany jeszcze w ringu co sądzi o werdykcie i czy odczuwa żal, że tak go potraktowano na zakończenie pięknej i długiej kariery. „Big George” tylko się uśmiechnął i odparł: Panowie, dostałem za ten pojedynek 5 mln dolarów. Czy można być z tego powodu nieszczęśliwym?     

 

2. Mike Tyson (50-6, 44 KO)  -  najmłodszy w historii mistrz wagi ciężkiej budził u większości rywali strach. Zabijał spojrzeniem, mroczną aurą jaką roztaczał wokół siebie, szybkością i dynamiką uderzeń. Ale jak twierdzi znany trener Don Turner po szóstej rundzie już nie był taki sam. Komentowałem sporo walk Tysona, rewanż z Evanderem Holyfieldem w Las Vegas i krótkie starcie z Gołotą w Auburn Hills pod Detroit, ale przyznaję, że prawdziwą „Bestią” był przed pójściem do więzienia.

 

Młody Tyson  swych przeciwników pożerał, wbijał w ring, sprawiał, że jeszcze przed nokautującym ciosem umierali ze strachu. Tak jak Michael Spinks, którego Tyson zniszczył raz i na zawsze w 91 sekund. Tak jak Marvis Frazier, syn Joe Fraziera,  sponiewierany w 30 sekund. Po walce ze Spinksem, komentujący ten pojedynek Ray Sugar Leonard powiedział, że Tyson jest tak morderczo destrukcyjny, że bezpieczniej byłoby go z miejsca wsadzić za kratki. A Ken Jones, doświadczony reporter brytyjskiego "The Independent" napisał, że Mike Tyson to najbardziej zastraszająca siła w boksie i że nigdy wcześniej z niczym podobnym się nie spotkał, choć pracuje w zawodzie kilkadziesiąt lat.

 

3. Joe Louis (66-3, 52 KO) – najdłużej panujący mistrz wagi ciężkiej (1937-1949), jego 25 obron tytułu do dziś jest rekordem tej kategorii. Nie brakuje opinii, że to Joe Louis bił najmocniej, choć nie był potężnym mężczyzną. Bardziej współczesnym cruiserem niż superciężkim. Ale jak rywala zranił, to już nie wypuścił z rąk. Ręce miał bardzo ciężkie, bił szybko, dynamicznie.  Oto jak jego uderzenie wspomina były czempion najcięższej kategorii James J. Braddock. „Cinderella Man” z Russelem Crowe’em, to film o nim: - Louis bił jak młotem. Właściwie nie bił, tylko przebijał.  Jak trafił, to myślałem, że połowa mojej głowy została pozbawiona głowy – mówił w jednym z wywiadów.

 

Eksperci, zarówno ci z tamtych czasów, jak i współcześni podkreślają precyzję ciosów Joe Louisa. Uderzał z ogromną mocą, miażdżąco dokładnie. Był mistrzem kontry, którą potrafił wymusić atakiem, jak mało kto. Amerykański reporter Jack Cuddy opisał Louisa jako „najgroźniejszą maszynę bojową jaką ludzkość kiedykolwiek wyprodukowała”.

 

4. Rocky Marciano (49-0, 43 KO) - Odszedł niepokonany jako król wagi ciężkiej. Technicznie był bez porównania gorszy od Louisa, ale  kopał jak muł. Tak twierdzą zarówno trenerzy, którzy z nim pracowali, jak ci którzy z autopsji poznali siłę jego ciosów. Był przy tym jak skała, której nikt nie skruszył. Pozostał legendą, tak jak jego zwycięska walka z Jerseyem Joe Walcottem. Marciano przegrywał ten pojedynek, ale jak donosił Jack Hand, wysłannik Associated Press prawa ręka Rocky’ego "zmieniła noc w dzień".

 

5. Earnie Shavers (74-14-1, 68 KO) - Prawdziwy kiler, zabijał jednym uderzeniem, jego prawa ręka miotała pioruny. Nie miał jednak na tyle umiejętności, by unieszkodliwić takich mistrzów jak Ali, czy Larry Holmes. Tego drugiego posłał jednak na deski, ale nie wykończył. Ale Ken Norton, inna z legend wagi ciężkiej,  nie miał tyle szczęścia. Earnie Shavers zbombardował go w dwie minuty.

 

6. Sonny Liston (50-4, 39 KO) - Był nieprawdopodobnym siłaczem i naprawdę świetnym bokserem. Jego lewy prosty, przy zasięgu 213 cm też należał do najlepszych w tej branży. W ringu był bezwzględnym kilerem, który bez litości nokautował jednego rywala za drugim. Postrzegany jest w dużej mierze poprzez pryzmat porażek z Alim, ale to był już schyłkowy Liston. Ten, który dwukrotnie nokautował Clevelanda Williamsa, czy Zorę Folleya, był znacznie lepszy. Warto też rzucić okiem na dwa szybkie zwycięstwa z Floydem Pattersonem. On go po prostu zgasił jak świeczkę, a Patterson to przecież był nie byle kto, najmłodszy przed Tysonem mistrz wagi ciężkiej.

 

7. Lennox Lewis  (41-2-1, 32 KO) - Poznałem go najlepiej z tej listy. Najpierw kiedy jesienią 1987 roku przyleciał z ekipą Kanady na Turniej Feliksa Stamma i przy okazji stoczył na warszawskim AWF krótki sparing z Andrzej Gołotą i później - w Poconos w Pensylwanii, gdzie przygotowywał się do rewanżowej walki z Evanderem Holyfieldem, po której został niekwestionowanym królem wagi ciężkiej.

 

Był mistrzem olimpijskim wagi superciężkiej w Seulu (1988), gdzie w finale wygrał przed czasem z Riddickiem Bowe (Gołota na tych igrzyskach zdobył brązowy medal w niższej kategorii – 91 kg). O Lewisie dużo opowiadał mi Maciej Mizerski, który był szefem wyszkolenia kanadyjskiego związku. Prawdę mówiąc nie bardzo wierzył w zawodowe sukcesy Lewisa. A mnie się spodobał od pierwszej chwili, gdy go ujrzałem w warszawskim hotelu Polonia.

 

Długo walczył o uznanie na amerykańskim rynku, ale gdy pokonał w rewanżu Holyfielda nie było  wątpliwości, kto jest najlepszy. Mike Tyson którego znokautował w Memphis dwa lata później, tak naprawdę już się wtedy nie liczył.

 

Lewis miał wszystko: 196 cm wzrostu, 112-114 kg wagi, znakomity lewy prosty i potężny prawy, znakomitego trenera (Emanuel Steward), potrafił też przyjąć mocne uderzenie, choć dwie porażki przez nokaut (z Oliverem McCallem i Hasimem Rahmanem) psują mu statystyki. Inna sprawa, że rewanże wygrał bez dwóch zdań.

 

Andrzeja Gołotę też szybko znokautował, dramatyczny, wygrany pojedynek stoczył z Witalijem Kliczką, który doznał poważnej kontuzji łuku brwiowego i walka została przerwana. A odpowiedzi na pytanie jakim był kilerem powinien udzielić Michael Grant, którego Lewis zdemolował w Madison Square Garden w kwietniu 2000 roku, a ja miałem przyjemność tę demolkę skomentować siedząc przy ringu.

 

8. Jack Dempsey (55-6-8, 45 KO)  -  Kto wie czy nie najbardziej dziki z wielkich mistrzów wagi ciężkiej. Trochę podobny do wczesnego Mike’a Tysona, tyle że jeszcze szybszy.  I równie szybko zadawał rywalom obrażenia. Blisko dwumetrowego, leworęcznego Freda Fultona (zasięg 215 cm) skasował w 18 sekund. Innego olbrzyma, Jesse Willarda rzucał na deski siedem razy. A nokaut zadany w dzikiej, dwurundowej wojnie Argentyńczykowi Luisowi Firpo tak opisał sprawozdawca New York Timesa: Jednym słowem, Dempsey był zabójcą człowieka, zabił go niszczycielską furią, którą mogą rozpoznać tylko ci, którzy poczuli siłę jego ciosów.

 

9. Joe Frazier  (32-4-1, 27 KO) - Nikt w historii wagi ciężkiej nie uderzał lewym sierpowym jak Frazier. Smokin’ Joe był pod tym względem jedyny i niepowtarzalny. Jego pierwsza walka z Muhammadem Alim w nowojorskiej Madison Square Garden w 1971 roku uważana jest za najlepszą w historii królewskiej kategorii, ale moim zdaniem jeszcze lepsza była „Thrilla in Manila”, cztery lata później na Filipinach. Takich wojen się nie zapomina. Tym bardziej więc nie można zapomnieć Joe Fraziera.

 

Robert Lipsyte, nowojorski dziennikarz sportowy i pisarz opisał go kolorowo: On zawsze robi to samo, tak samo zadaje swoje najlepsze uderzenie. Najpierw nagryza rywala szyderczo przy tym chichocząc, zbliża się do niego i go kroi.

 

10. Teofilo Stevenson  -  Nie powinno go być na tej liście, bo nie dał się skusić zawodowym kontraktem. Nie ulega jednak wątpliwości, że Kubańczyk, trzykrotny mistrz olimpijski i trzykrotny mistrz świata był wielkim kilerem dysponującym piekielnym uderzeniem  i zapewne odegrałby w zawodowej rywalizacji znaczącą rolę.  George Foreman pytany kiedyś o Stevensona powiedział krótko: Był lepszy od każdego z nas.

 

Ten osobisty ranking dotyczy jedynie wagi ciężkiej. Muhammada Alego w nim nie uwzględniłem, bo był kimś więcej. A kilerzy pozostałych kategorii, to temat na inne opowiadanie. 

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze