Lisek: Rozpoznawalność mnie męczy

Inne
Lisek: Rozpoznawalność mnie męczy
fot. PAP/EPA

Skok o tyczce jest jedną z najbardziej widowiskowych konkurencji lekkoatletycznych. Nic dziwnego, że zawodnicy są rozpoznawalni, co odczuwa też Piotr Lisek, który we wtorek zdobył trzeci w karierze medal mistrzostw świata. - Nie jestem gwiazdą, a rozpoznawalność mnie męczy - przyznał.

W Dausze Lisek wywalczył brąz, a przegrał z obrońcą tytułu Amerykaninem Samem Kendricksem i mistrzem Europy Szwedem Armandem Duplantisem.

 

- W Polsce rozpoznawalność jest w miarę duża i jak mogę to od tego uciekam. To jest trochę męczące, a ja nie mam "parcia", żeby iść w tą stronę - przyznał.

 

Miał nawet kilka propozycji reklamowych, ale i te starannie wybiera. Nie chce by jego nazwisko było na wszystkich szyldach, dlatego ma swoje grono sponsorów i przed każdą współpracą ją analizuje.

 

- Staram się nie dawać siebie wszystkim. Trzymam swoje nazwisko dla dużych sponsorów - zaznaczył.

 

Jako tyczkarz musi być ryzykantem. Nikt normalny - jak mówią sami zawodnicy - nie odbija się od ziemi, żeby być głową w dół. Lisek też należy do osób, które wybierają raczej ryzyko aniżeli spokój.

 

- W tej konkurencji najbardziej kręci mnie wystrzeliwanie w górę. To jest coś jak na kolejce górskiej - jedziesz i cię wciska w fotel. A tu czuję takie odejście jak w sportowym samochodzie. To chyba najfajniejsze i potem ta faza wzlotu, przy najlepszych skokach to nawet metr dwadzieścia - powiedział.

 

- A jaka jest najbardziej ekstremalna rzecz jaką zrobiłem? Jestem ojcem - to chyba to - śmiał się.

 

Z tego faktu nie zdążył się jednak nacieszyć. Jego córka przyszła na świat w sierpniu, a od tego czasu widział ją osobiście raptem przez pięć dni.

 

- Nie ukrywam, że byłem mniej przekonany do zostania rodzicem niż moja żona Ola. Ale teraz nie żałuję, jestem w stu procentach szczęśliwy i zakochany w Lilce. Długo się staraliśmy i jesteśmy bardzo zadowoleni, że się udało - podkreślił.

 

Jak do tego doszło, że Lisek dał się namówić na stworzenie rodziny?

 

- Pamiętam doskonale, jak Ola mi powiedziała: "kup mi psa, bo ja ciągle sama siedzę". Kupiłem, a potem usłyszałem, że może dziecko. Boję się co będzie za rok - dodał z uśmiechem.

 

Jego żona jest byłą tyczkarką. To właśnie dzięki temu się poznali. Teraz jest jego najsurowszym krytykiem. Po konkursach gratuluje, ale i pyta - rozmawiają o technicznych aspektach, potrafi ocenić, czy podjęte decyzje były słuszne.

 

- Tym razem pochwaliła i powiedziała, że na wybranej tyczce byłem w stanie skoczyć wyżej - przyznał Lisek.

 

Większość ekstremalnych marzeń udało mu się już spełnić - zjechał z dosyć wymagających gór na snowboardzie, skoczył na bungee. Uwielbia też "rzucać" się do wody z wież. Miał ku temu okazję niedawno na zgrupowaniu w Belek.

 

- Kręciliśmy podwójne salta i jeszcze inne kombinacje. Zresztą Robert Sobera, z którym często chodziłem na wieże, jest po gimnastyce, więc sami się nakręcaliśmy i emocji było dużo. Niejedną +dechę+ zaliczyłem. Te wieże są super, ale to nie ma nic wspólnego z tyczką - ocenił.

 

Ryzyko podjął też w wyborze trenera. Z Marcinem Szczepańskim współpracuje od czterech lat, ale stało się to szybko i dla wielu nieoczekiwanie.

 

- On był naszym 'wujkiem dobrą radą". Zwracaliśmy się - my tyczkarze - do niego w różnych sprawach. Jesteśmy w jednym wieku, skakaliśmy razem. Może i miałem zagraniczną opcję, ale wtedy po angielsku w ogóle nie mówiłem. Teraz trochę się podszkoliłem. Jestem komunikatywny, ale jeśli chodzi o wywiady, to się bardzo stresuję. A cztery lata temu nie miałem alternatywy. Nic wtedy nie znaczyłem w sportowym świecie, a w Polsce ciężko było zmienić nagle miejsce zamieszkania. Nie było na to funduszy. To ja przyszedłem do Marcina i poprosiłem, żeby mi pomógł w przygotowaniach do mistrzostw globu w 2015 roku - wspominał.

 

Zresztą do wszystkich wspomnień wraca z uśmiechem na ustach. Też takich, które dotyczą jego początków w reprezentacji Polski.

 

- Pamiętam, jak w 2014 roku byłem najmłodszym zawodnikiem w kadrze. A teraz to się diametralnie zmieniło i mi smutno z tego powodu. Zdecydowanie bardziej się stresowałem wtedy niż teraz. Mam nawet taki obraz przed oczami, kiedy leżałem w wannie przed eliminacjami i prawie mdlałem, bo byłem tak zestresowany. Nie wiedziałem co, gdzie i jak. Wszystko było dla mnie czarną magią - nadmienił rekordzista kraju.

 

A teraz? Teraz Lisek chce odpocząć. Choć wie, że leżenie w łóżku to nie jego natura, ale nie chce nigdzie wyjeżdżać. Marzy, by wreszcie nacieszyć się rodziną, córką.

 

Mistrzostwa świata w Dausze zakończą się w niedzielę. Polacy zdobyli na razie dwa medale. Oprócz brązu Liska srebro w rzucie młotem wywalczyła Joanna Fiodorow.

MC, PAP

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze