"Tomaszewski wygrał dla Polski więcej od Młynarczyka, ale zapłacił za wielką gębę"

Piłka nożna
"Tomaszewski wygrał dla Polski więcej od Młynarczyka, ale zapłacił za wielką gębę"
Fot. Cyfrasport

Były prezes PZPN Michał Listkiewicz pracuje obecnie jako... szef sędziów w Armenii, ale wciąż jest obecny w polskiej piłce. W rozmowie z Cezarym Kowalskim opowiada o nowej posadzie, mocnej wątrobie, jaką trzeba mieć w Armenii, gali 100-lecia polskiej piłki, w tym wyborach kapituły. Krytykuje Jana Tomaszewskiego za to, że wyszedł z sali, a kapitułę za to, że nie wybrała "człowieka, który zatrzymał Anglię", bramkarzem 100-lecia. Jak zwykle upomina się też o Kazimierza Górskiego. Polecamy!

Cezary Kowalski: Pracuje pan jako szef sędziów w Armenii. Jak się zdobywa taką robotę?

 

Michał Listkiewicz (na zdjęciu poniżej z aktualnym prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem, w czasach prezesury Listkiewicza najpierw jego zastępcą, a potem selekcjonerem).

 

 

Trzeba mieć trochę szczęścia. Zadzwonił do mnie znajomy z tamtych stron pytaniem, czy znam kogoś, kto nadawałby się do takiej roli. Podałem swoje nazwisko i mnie zatrudnili. Wcześniej armeńska federacja poprosiła, aby decydujący o mistrzostwie mecz pomiędzy drużynami z Erywania Araratem-Armenia a Pyunikiem poprowadził ktoś z Polski. Zrobił to bardzo dobrze Krzysztof Jakubik, więc grunt był przygotowany. Zatrudniał mnie ówczesny sekretarz generalny, który był jednocześnie szefem miejscowego KGB. Był ubrany w wojskowe moro, palił cygaro. Pytał czy będzie drogo. Odparłem, że nie będzie, ale muszę mieć ze sobą współpracownika. Zgodził się. Wziąłem Marcina Szulca, który jest świetny w szkoleniu sędziów, przygotowanie do pracy dydaktycznej ma wspaniałe.

 

 

Niedrogo to znaczy ile?

 

Armenia jest biednym krajem. Średnia pensja to około tysiąc złotych. Ja dostałem znacznie więcej, ale jak na polskie warunki żadne kokosy. Bardziej zależało mi na tym, aby już na emeryturze spełniać się zawodowo, nie zardzewieć. A że znam biegle rosyjski i lubię podróżować, chętnie się zgodziłem. Zamieszkałem w ośrodku treningowym federacji w Erywaniu. Mają tam dziesięć pełnowymiarowych boisk, dlatego uśmiecham się pod nosem, jak się prezes Legii Dariusz Mioduski chwali się, że w najnowocześniejszej polskiej akademii będzie osiem boisk. Moim sąsiadem jest Gines Melendez, były asystent Vicente del Bosque w reprezentacji Hiszpanii i Realu Madryt. Hiszpan jest dyrektorem technicznym federacji odpowiadającym za szkolenie i koordynację drużyn reprezentacyjnych. Tak, że towarzystwo mam zacne.

 

Jak duża grupę szkolicie?

 

Niestety, w całej Armenii jest ledwie sidemdziesięciu sędziów. Z czego może dwudziestu nadaje się do sędziowania. Choć mam talent do języków i nazwisk, to te w Armenii są tak skomplikowane i tak się powtarzają, że nie jestem ich w stanie spamiętać. Posługuję się imionami. Problemem są powiązania rodzinne. Trzeba tak kombinować, aby nie wyznaczać do sędziowania ojca z synem albo ze szwagrem. Szybko uczę się tej Armenii, bo w związku z tym, że to jest dość daleko i nie ma wielu połączeń lotniczych, to jak się jedzie to nie na chwilę. Spędzam tam przynajmniej dwa tygodnie w każdym miesiącu. Zmieniamy się z Marcinem.

 

Ludzie?

 

Wspaniali. Gdybym chciał skorzystać z wszystkich zaproszeń, musiałbym mieć drugą wątrobę. Są bardzo otwarci, ale trochę jakby skłóceni. Trzeba umieć się poruszać. Ormianie albo cię pokochają albo znienawidzą, nie ma stanów pośrednich, angielski się tu nie przydaje, trzeba znać rosyjski, a ja zawsze byłem rusofilem. Podkreślam rusofilem, a nie sowietofilem. Lubię ten styl, kulturę, literaturę. W Armenii są dumni z Charlesa Aznavoura, Cher, czyli Cherylin Sarkassian czy Andre Agassiego. No, a w piłce przede wszystkim z Henrika Mkhitariana. Polaków się tu lubi i szanuje. Mnie jeden Ormianin prezentował okazałą daczę i chwalił się, że to wszystko pobudował dzięki temu, że miał kiedyś budkę z odzieżą na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie.

 

Ale na punkcie piłki nożnej szaleństwa chyba nie ma?

 

Nie ma, bo pierwszym sportem jest podnoszenie ciężarów. Wyżej też są też zapasy. Cała liga liczy 10 zespołów. W drugiej jest 18. I to wszystko. Jak na meczu zjawi się tysiąc osób, to uznawane jest za sukces. Problemem są sztuczne boiska i zbyt duża liczba obcokrajowców. Zamiast stawiać na swoich jacyś oligarchowie, którzy na co dzień nawet się w klubach nie zjawiają, tylko zawiadują klubami z Rosji, korzystają z przyjezdnych.

 

Co pana najbardziej zaskoczyło na gali stulecia PZPN?

 

Wyjście z sali Janka Tomaszewskiego, który usłyszał, że to nie on a Józek Młynarczyk został wybrany do jedenastki stulecia. Janek potrafił zachowywać zimną krew podczas swojej kariery piłkarskiej. Bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach właśnie dzięki opanowaniu, rzuty karne, strzały niemożliwe do obrony, wygrywaliśmy dzięki niemu wielkie mecze, awansowaliśmy na mundial w 1974 roku, remis na Wembley itd. W życiu pozaboiskowym z tą zimną krwią jest jednak gorzej. Powinien pogratulować Józkowi Młynarczykowi i tyle. Inna sprawa, że ja bym głosował na Janka.

 

Lepszy był od Młynarczyka?

 

Tomaszewski więcej wygrywał dla Polski. Wzięto jednak też pod uwagę karierę klubową, a Młynarczyk z Porto zdobył przecież m.in. Puchar Europy. Tyle, że nie zrobił tego dla Polski, a dla Portugalii. Dzisiaj podniecamy się, że Milik czy Zieliński coś tam ugrali w Napoli, że Piątek strzelił dla Milanu, że co tydzień Lewandowski dla Bayernu. Owszem, to jest wyznacznik ich klasy, formy, żyjemy tym na co dzień, ale z tego największe korzyści czerpie futbol włoski, niemiecki, ale nie polski. Gdyby Brazylijczycy oceniali się wyłącznie przez pryzmat tego co ich przedstawiciele wyprawiają na boiskach na całym świecie, gazety sportowe musiałyby mieć po dwieście stron.

 

Nie zgadza się pan z jakimiś innymi wyborami kapituły?

 

Generalnie to był tak naprawdę nie plebiscyt stulecia, ale 47-lecia. Bo brano pod uwagę okres od 1972 roku. I nie ma w tym nic dziwnego. Nie pamiętamy jak grali Reyman, Kałuża czy Wilimowski. Byli świetni, ale nie było transmisji telewizyjnych, nie jesteśmy w stanie tego odtworzyć. Trzeba zrozumieć, że te wybory są warunkowe. Ci dawni gracze po prostu nie mieli tu szans. Może trzeba by zrobić kiedyś plebiscyt obejmujący tylko czasy do 1972 roku? Wracając do Tomaszewskiego, nie wiem czy nie zapłacił za swoją wielką gębę. W każdym razie nie powinno tak być. To są jednak piłkarze, powinniśmy ich rozliczać za osiągnięcia boiskowe. Trudno znaleźć w tym gronie drugiego tak eleganckiego, wyważonego i kulturalnego zawodnika jak Włodzimierz Lubański.

 

To pewien paradoks, ale polska piłka miała swój najlepszy czas w latach siermiężnej komuny. Wtedy odnosiliśmy największe sukcesy. Wtedy piłkarze byli pupilami władzy…

 

Kazimierz Górski też był pupilem władzy, ale co z tego? Nic nie dostał, niewiele miał, żył skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Przecież gdyby nie inicjatywa kilku osób, do których i ja należę, zebrania środków od sponsorów, to nawet nie byłoby tego pomnika, który stanął pod Stadionem Narodowym. Nie potrafimy szanować swoich tradycji, szybko zapominamy. Uważam też, że podczas gali stulecia błędem było, że Górski nie został wyróżniony w żaden sposób. Skoro można było dostrzec i wręczyć statuetkę kustoszowi muzeum Legii, to tym bardziej należało upamiętnić w podobny sposób Kazia, poświecić mu trochę więcej miejsca w prezentowanym filmie. Swego czasu Sejm uchwalił nadanie imienia Kazimierza Górskiego Stadionowi Narodowemu. I kompletnie to olano. Przecież mógłby się nazywać PGE imienia Górskiego, jeszcze dodałoby to splendoru sponsorowi, który wykłada pieniądze. Odnoszę wrażenie, że niektórzy uważają, że polska piłka zaczęła się w 2012 roku. Od Euro w Polsce.

 

Osiągnięcia polskich piłkarzy przez te lata są adekwatne do możliwości takiego kraju jak nasz, ponad stan czy zbyt małe?

 

Generalnie jesteśmy mało usportowionym narodem. Nie mamy w zwyczaju prowadzenia sportowego trybu życia, lekcje wf w szkole wciąż są zajęciami drugiej kategorii. Nie możemy równać się z Hiszpanią, Włochami czy Anglią. Nasze sukcesy są sinusoidą. A to mamy świetnych piłkarzy, a to skoczków narciarskich, koszykarzy, lekkoatletów, czy jak obecnie siatkarzy. Brakuje jednak bazy, poniżej której nie schodzimy jak w wielu innych państwach, choćby skandynawskich, które powinny być dla nas wzorem. Ale sam fakt, że w 40 mln narodzie ledwie 400 tysięcy uprawia piłkę nożną w zorganizowany sposób, a nawet nie drugie tyle wszystkie pozostałe dyscypliny, to jest wstyd i hańba. 10-milionowe Węgry mają 350 tysięcy piłkarzy. Dlatego uważam, że to co dotąd osiągnęliśmy jest w miarę adekwatne do możliwości.

 

W środę 1 stycznia II odcinek wywiadu z Michałem Listkiewiczem

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze