Kubacki pobije swój rekord? Kibice na to czekają!

Inne
Kubacki pobije swój rekord? Kibice na to czekają!
fot. PAP

Rekordy skoczni to coś, co zawodnicy i kibice lubią najbardziej. Na loty, które działają na wyobraźnie, składa się kilka czynników. Warunki atmosferyczne, sędziowie i przede wszystkim wyśmienita forma. Taką w Zakopanem prezentowali m.in. Sven Hannawald, Simon Ammann czy Kamil Stoch. Rok temu w historii Wielkiej Krokwi zapisał się również Dawid Kubacki. Czy w tym roku pobije swój wyczyn?

Historia oficjalnych konkursów, które odbyły się na Wielkiej Krokwi, sięga 1925 roku. Wtedy padł też pierwszy rekord skoczni. Niebotyczne - na tamte czasy - 36 metrów skoczył jeden z prekursorów tej dyscypliny Stanisław Gąsienica-Sieczka. W tym samym roku zakopiańczyk pobił własne osiągnięcie o trzysta centymetrów. Tak było wszak 95 lat temu. Od tej pory w skokach zmieniło się prawie wszystko, a najlepsi w Zakopanem lądują o sto metrów dalej.

 

Wszystko to dzięki sprofesjonalizowaniu dyscypliny. Postęp technologiczny sprawił, że na początku lat sześćdziesiątych radziecki zawodnik Nikołaj Szamow złamał magiczną barierę. Podczas Memoriału Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny uzyskał sto metrów.

 

Z biegiem czasu padały kolejne rekordy, a oczekiwania wśród skoczków i kibiców rosły. Kiedy pod koniec tysiąclecia, w 1996 roku, Primoz Peterka poleciał na odległość 130 metrów, wielu łapało się za głowę. Mało kto się spodziewał, że tego samego dnia niespełna 17-letni Słoweniec wygra u podnóża Tatr swoje pierwsze w karierze zawody, wyprzedzając austriackiego dominatora Andreasa Goldbergera o bagatela 11,5 pkt.

 

Wyśrubowany do granic możliwości rekord przetrwał pod Giewontem następne siedem lat. Co prawda w tym czasie dalej skakali Aleksander Bojda, Austriak Stefan Kaiser i Adam Małysz, jednak ich próby miały miejsce w zawodach niższej rangi. Oznaczało to, że osiągnięcie Peterki nadal miało status quo. Do czasu…modernizacji skoczni i pamiętnego pierwszego konkursu PŚ w 2003 roku.

 

Nocne zawody w Zakopanem cieszyły się wtedy ogromną popularnością. Do zimowej stolicy Polski waliły tłumy. Wszyscy chcieli zobaczyć w akcji Orła z Wisły, szybującego gdzieś poza granice Wielkiej Krokwi. Nadzieja pokładana w Polaku była tak wielka, że na flagach można byłoby przeczytać napis: Adam Małysz – 140 metrów. Najwyraźniej z belki dostrzegł go Sven Hannawald, który przy wiwatującym tłumie na wpół spełnił ich życzenie. 

 

Pewnie ten niewiarygodny skok śniłby się Niemcowi do dzisiaj, gdyby nie Gregor Schlierenzauer i Simon Ammann. Najpierw Austriak wyrównał rekord, a chwilę później o pięćdziesiąt centymetrów pobił go czterokrotny mistrz olimpijski. Znów zadziałała reguła siedmiu lat.

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. "Sky is the limit" – zdawali się mówić skoczkowie i kibice w perspektywie jeszcze dłuższych skoków. Dłuższych skoków, które  u podnóża Tatr nie były możliwie ze względu na pogarszający się stan obiektu. Zainterweniował nawet FIS, który zagroził odwołaniem konkursów PŚ, jeśli nie dojdzie do kolejnej przebudowy. Na niej skorzystał Kamil Stoch. Skoczek z Zębu w mistrzowskim sezonie 2017/2018 nie tylko wygrał zawody, ale przy okazji pobił o jeden metr osiągnięcie Ammanna.

 

Niedosyt wszak pozostał, a wszystko przez Apoloniusza Tajnera…. Prezes Polskiego Związku Narciarskiego stwierdził, że na Wielkiej Krokwi można (o zgrozo!) wylądować na 150 metrze! Na razie skromnie do tej granicy zbliżył się Kubacki (143,5 m) podczas zeszłorocznego konkursu drużynowego. Czy w ten weekend pobije sam siebie? Kibice z pewnością chcieliby to zobaczyć!

Przemysław Nowak, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze