Krzysztof Wanio: Kolacja

Inne
Krzysztof Wanio: Kolacja
fot. Polsat Sport
Krzysztof Wanio jest w Polsacie Sport od początku istnienia kanałów tematycznych

Jesienny, ciepły wieczór. Niewielka sala jednego z warszawskich hoteli. Dwójka na biało ubranych kelnerów obsługiwała kolację dość wąskiego grona gości. Nie było to w żadnej mierze spotkanie oficjalne, więc nikt z zaproszonych nie czuł się skrępowany obowiązkiem założenia muchy, stylowego krawata, nieskazitelnego smokingu czy też fraka.

Menu było lekkie – krem z pomidorów, smażone w maśle czosnkowym krewetki, świeże warzywa, talerz serów, a na deser kruche ciasto z jabłkami i cynamonem. Rozmawiano niezobowiązująco na wiele tematów, ale ponieważ uczestnikami tej kolacji byli sami mężczyźni, nic więc dziwnego, że najczęściej wracano do niedawnych finałów piłkarskich mistrzostw świata, które odbyły się na francuskich boiskach. Goście zachwycali się grą mistrzów – ekipą Les Bleus, ale także rewelacją tamtego mundialu, Chorwacją. Spotkanie trwało około dwie godziny, a wszyscy uczestnicy w dobrej atmosferze pożegnali się wzajemnie i opuścili hotel. Dlaczego piszę o zdarzeniu, w którym nie było nic wyjątkowego, na którym nie omawiano żadnych ważnych tematów, nie podjęto najdrobniejszej decyzji? Bo padły wtedy słowa, które pamiętam do dziś. Rozpoczęły swoistą rewolucję na rynku telewizyjnym i medialnym w Polsce, doprowadziły między innymi do powstania pierwszego kanału sportowego w naszym kraju, a moje zawodowe życie całkowicie odmieniły i ukształtowały: – Krzysiu, a może za cztery lata popracowałbyś przy następnym mundialu, który pokaże nasza telewizja? Pytanie, w którym wybrzmiała zdecydowanie retoryczna nuta zadał mi Piotr Nurowski, ówczesny dyrektor Polsatu. Był to październik 1998 roku.


Mundial 2002 w Japonii i Korei był z wielu powodów niezwykły, niepowtarzalny, historyczny. Wiele rzeczy, które zdarzyły się od 31 maja do 30 czerwca 2002 roku miały miejsce po raz pierwszy w historii futbolu. Przede wszystkim po raz pierwszy finałowy turniej mistrzostw świata w piłce nożnej opuścił Europę i Amerykę i zawitał do Azji. Nigdy też dotąd organizatorami zawodów nie były dwa kraje. Turcja stanęła na podium, piąty tytuł zdobyli Brazylijczycy, najlepszym piłkarzem mundialu został wybrany bramkarz reprezentacji Niemiec Oliver Kahn, a królem strzelców z ośmioma bramkami został napastnik Canarinhos – Ronaldo. Polska prowadzona przez Jerzego Engela zrzuciła po 16 latach klątwę Zbigniewa Bońka i jako pierwsza z Europy zdobyła mundialową kwalifikację. W Azji już tak brylantowo nie było. Po porażkach z Koreą Południową i Portugalią oraz honorowej wygranej z Amerykanami przygoda zakończyła się ostatecznie smutno. Z perspektywy naszego krajowego poletka doszło jednak do przełomu, który na stałe zmienił polską sportową rzeczywistość – piłkarski mundial, który obok igrzysk olimpijskich jest najpowszechniejszym sportowym wydarzeniem na świecie, pokazał prywatny nadawca telewizyjny, Telewizja Polsat.


Wiele było wątpliwości i zastrzeżeń, braku wiary, krytyki. Na łamach prasy i w eterze raz po raz pojawiały się głosy ówczesnych autorytetów wieszczące całkowitą porażkę telewizji, która zaledwie kilka lat wcześniej uzyskała ogólnopolską koncesję, a doświadczenie w sportowej produkcji miała zaledwie śladowe. Nie brak było w owych komentarzach i opiniach sarkazmu, ironii, złośliwości, szydzenia, nawet niegrzeczności. Na szczęście na przełomie tysiącleci nie otaczały nas powszechnie zjawiska takie jak internet, media społecznościowe, facebook, instagram i tym podobne. Prawdopodobnie ich brak uchronił nas, nieliczny i dość młody zespół Polsatu Sport, od wszelakich nerwic, depresji czy zachowań kompulsywnych. Misja była rzeczywiście niełatwa, teren zupełnie dla zdecydowanej większości nieznany. Operacja przypominała lądowanie na Księżycu, a załogę statku, mającego opuścić atmosferę, stanowili ludzie, którzy co najwyżej kilka razy lecieli samolotem na krajowych trasach. Kluczem powodzenia okazał się pomysł. Ideą, na której oparł tamto gigantyczne przedsięwzięcie dyrektor Polsatu Sport, Marian Kmita, było połączenie młodości i entuzjazmu z legendami polskiego futbolu i dziennikarstwa. Z jednej strony Borek, Iwanow, Kołtoń, Wójcik, Kaliszewski, Mielewski, Kurowski, Wanio, a obok nich Jacek Gmoch, Andrzej Strejlau, Janusz Atlas, Andrzej Person. Niespodziewanie i zaskakująco szybko ta ludzka, szczególna mieszanka znalazła wspólny język i odkryła jednolity kod porozumienia. Ci młodzi zachowując respekt wobec mistrzów, oddali im swoje emocje, zaangażowanie. Ci nieco wcześniej urodzeni rewanżowali się otwartością, szczerością i uznaniem.


A okoliczności były specyficzne. Rozpoczynaliśmy pracę grubo przed wschodem słońca, a kończyliśmy w godzinach popołudniowych – trzeba było mierzyć się z azjatyckim czasem. W tamtych latach redakcja i studio Polsatu Sport mieściło się w Piasecznie, a to oznaczało dla większości spore podróże. Programy studyjne trwały codziennie przez wiele godzin, a wtedy jeszcze prezenterów i gospodarzy programów sportowych nie wspomagali występami artyści i kucharze (Robert Sowa ze swoją kuchnią pojawił się dopiero cztery lata później podczas realizacji niemieckiego mundialu). Zdarzały się wpadki, lapsusy, złośliwe chochliki tylko czekały, by dopaść nieopierzonych telewizyjnych pracowników. O moich kolegach nawet pod groźbą chłosty nie napiszę, a wspominając siebie, nadmienię jedynie, jak to pod- czas ceremonii zamknięcia mistrzostw z Fujijamy zrobiłem Kilimandżaro. Bezcenne pozostaną rozmowy, dyskusje i spory naszych zacnych gości toczone nie tylko przed kamerą, ale zwłaszcza te, które odbywały się w pokoju obok, podczas oglądania 64 meczów turnieju. Dysputy Jacka Gmocha z Andrzejem Strejlauem o 1974 roku, kiedy to obaj byli asystentami Kazimierza Górskiego były niczym diamenty, a zwłaszcza gdy kończył je pointą Janusz Atlas.


W następnych latach już nikogo nie dziwiło, że wielkie sportowe wydarzenia trafiały w ręce prywatnego nadawcy spod znaku słońca. Kolejny piłkarski mundial, Euro 2008, sukcesy siatkarzy, piłkarzy ręcznych, wyścigi Roberta Kubicy – stały się błyskawicznie polsatowską codziennością. Ale z mojej perspektywy wszystko zaczęło się prawie 22 lata temu, podczas skromnej jesiennej kolacji, której smak jest ze mną do dziś.

 

TEKST POCHODZI Z TYGODNIKA PIŁKA NOŻNA I POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z TĄ REDAKCJĄ.

Krzysztof Wanio, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze