Rok z COVID-19. Dlaczego żużel "wygrał" na pandemii?

Żużel
Rok z COVID-19. Dlaczego żużel "wygrał" na pandemii?
Fot. Cyfrasport
Ekstraliga Żużla była drugą obok Ekstraklasy Piłkarskiej, która wyznaczała trendy przy odmrażaniu sportu

Żużlowi działacze czasami mówią, że ten sport na koronawirusie wygrał, bo o dyscyplinie mówił premier Mateusz Morawiecki, a żużel obok piłki był odmieniany przez wszystkie przypadki w serwisach informacyjnych największych stacji telewizyjnych. Kluby jednak dostały finansowo po głowie, zawodnicy też, więc tam wielkiej radości nie ma. Inna sprawa, że COVID-19 bardziej skomplikował sytuację w piłce ręcznej czy koszykówce, gdzie trzeba było przerwać sezon 2019/20, a bieżące rozgrywki są przerywane.

Żużlowa PGE Ekstraliga miała ruszyć w kwietniu. Ostatecznie wystartowała w połowie czerwca. Miesiąc później to samo zrobiła eWinner 1. Liga. Żużlowi działacze dogadali się ze Zbigniewem Bońkiem i poprosili go, żeby przy okazji spotkania z premierem Mateuszem Morawieckim i rozmowie o wznowieniu rozgrywek piłkarskich, poruszył też temat żużla. Boniek chętnie się zgodził, bo jest wielkim fanem speedwaya. To on padał na kolana przed Tomaszem Gollobem, gdy ten w pięknym stylu wygrywał rundę Grand Prix w 1999 roku we Wrocławiu.

 

Z dużą pomocą Bońka

 

Boniek zaangażował się na tyle, że nie tylko porozmawiał z premierem, ale i podpowiedział PGE Ekstralidze gotowe rozwiązania dotyczące reżimu sanitarnego, bo bez tego nie było mowy o starcie rozgrywek. Oczywiście żużlowi działacze dopasowali to do swoich potrzeb i już w kwietniu dowiedzieliśmy się, że zagraniczni zawodnicy przyjadą w pierwszej połowie maja do Polski. Po dwutygodniowej kwarantannie, wraz z polskimi zawodnikami, poddadzą się testom na COVID-19, a potem przystąpią do treningów.

 

W międzyczasie doszło do renegocjacji kontaktów, bo kluby nie były w stanie zrealizować umów zawartych w listopadzie 2019 roku. Odeszło wielu sponsorów, miasta zmniejszyły dotacje, odpadła też znacząca część przychodu z dnia meczu. Wtedy już było wiadomo, że nie ma szans na 100 procent zapełnienia trybun. Ostatecznie na 1. kolejce trybuny były zapełnione w 25 procentach, później w 50.  W sumie należało wyjaśnić, że na tyle była zgoda, bo kluby miały problem ze sprzedaniem biletów na 50 procent miejsc. To jednak nie był jakiś wielki problem. Cieszono się, że liga jedzie.

 

Rozgrywki albo śmierć

 

PGE Ekstralidze bardzo zależało na tym, żeby sezon 2020 odjechać. Mówiono, że zawieszenie ligi na rok grozi śmiercią żużla w Polsce. Gdyby nie udało się tego zrobić, to przepadłoby 20 milionów z kontraktu telewizyjnego i około 4 milionów z umowy ze sponsorem tytularnym. Wielu sponsorów mogło się odwrócić na dobre. To się na szczęście dla dyscypliny nie stało. Polska wręcz uratowała światowy żużel, bo mieliśmy rywalizację we wszystkich trzech ligach, dzięki której wielu zagranicznych zawodników miało gdzie zarobić pieniądze i zostało w tym sporcie.

 

Na drugi sezon z pandemią żużel też jest gotowy. PGE Ekstraliga rusza zgodnie z planem, bo 3 kwietnia. Pierwsza liga może być przesunięta o miesiąc, by dać sobie szansę na większą liczbę kolejek z kibicami. Kluby z niższych lig są bardziej uzależnione od wpływów z dnia meczu. Ekstraligowcom też by się przydały te pieniądze, ale Wojciech Stępniewski, prezes spółki zarządzającej rozgrywkami przekładaniu ligi mówi: nie. A jego głos się liczy. Zwłaszcza że właśnie podpisał 4-letni kontrakt telewizyjny na 240 milionów.

 

Kibice uciekli z trybun

 

Rok z pandemią odcisnął jednak na żużlu piętno. Eksperci zauważają, że pojawił się problem z kibicami, którzy już rok temu, ze strachu, a także z wygody, woleli oglądać mecze z kanapy przed telewizorem niż na stadionie. Nie odbyło się też Grand Prix na PGE Narodowym, które jest wizytówką cyklu. To droga impreza, kosztuje kilka milionów. Organizatora, czyli PZM, nie stać na to, by zrobić GP bez zapełnienia trybun w 100 procentach. Zresztą w tym roku GP w Warszawie też pewnie nie dojdzie do skutku. Nie wiadomo, jak będzie wyglądał cykl. Rok temu mieliśmy dziwadło – osiem rund w czterech miastach, z czego sześć w Polsce, bo 50 procent na trybunach sprawiało, że nie trzeba było do tego dopłacać.

 

ZOBACZ TAKŻE: Znamy pary półfinałowe Fortuna Pucharu Polski

 

O ile w żużlu  nie było wielkich problemów z płynnością rozgrywek (dwa zakażenia – jedno osoby funkcyjne, drugie mechanika, które nie spowodowało wielkich perturbacji), o tyle w piłce ręcznej kłopoty były z tym ogromne. Po pierwsze z racji tego, że sezon 2019/20 trzeba było przerwać tuż przed końcem. W kobiecej PGNiG Superlidze burzyło się Zagłębie Lubin, a trenerka Bożena Karkut mówiła, że mogło być złoto, a przez COVID-19 mają tylko srebro. Lubin już był w Lublinie, gdzie miał grać kluczowy mecz z MKS-em, ale spotkanie odwołano.

 

Zakażenia zakłócają sezon

 

Od początku sezonu 2020/21 też mamy w ręcznej olbrzymie perturbacje. Są sytuacje, gdzie w drużynach dochodzi do zakażeń i wielu zawodników idzie na kwarantannę (np. w żużlu ciężko o zakażenia, bo zawodnicy mają zasłoniętą całą twarz). Tego rodzaju zdarzenia oglądamy zwłaszcza w drużynach grających w europejskich pucharach, takich jak Vive Kielce czy Wisła Płock. Tam częściej są badania, więc i wykrywalność koronawirusa jest większa. W każdym razie z powodu zakażeń i kwarantanny dochodzi w bieżących rozgrywkach do sytuacji, gdzie część drużyn ma o połowę mniej spotkań niż pozostałe.

 

W tym roku odbyły się mistrzostwa Europy kobiet i mistrzostwa świata u panów. Obie imprezy przeprowadzono bez udziału publiczności. Piłka ręczna o kibicach może tylko pomarzyć. Oczywiście z racji tego, że mecze rozgrywa się w zamkniętym pomieszczeniu.

 

Tylko z kasą problemu nie ma

 

To samo jest w koszykówce. Tam podobnie, jak w ręcznej, przerwano sezon 2019/20 przyznając tytuły drużynom, które były akurat na pierwszym miejscu. Było to o tyle kontrowersyjne, że np. w męskiej lidze zespoły nie miały równej liczby spotkań. Eksperci mówili, że należało anulować rozgrywki, ewentualnie poszukać innego wyznacznika niż zdobyte punkty. Po wznowieniu ligi kosz ma te same problemy, co ręczna, czyli zakażenia.

 

W przypadku obu dyscyplin halowych nie ma jednak takiego problemu, jak pieniądze. O ile w żużlu zawodnicy po renegocjacjach zaczęli mówić, że ciężko będzie im cokolwiek zarobić (zawodnik inwestuje nierzadko pół miliona i więcej w sprzęt), a działacze o kłopotach z dopięciem budżetu, o tyle w piłce ręcznej i koszu takich problemów nie podnoszono. Okazało się, że brak przychodu z dnia meczu nie jest takim problemem, jak w speedway’u. 

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze