Wstyd w Kiszyniowie, czyli dlaczego Santos nie wiedział, że powołał ludzi bez charyzmy

Piłka nożna
Wstyd w Kiszyniowie, czyli dlaczego Santos nie wiedział, że powołał ludzi bez charyzmy
fot. PAP
Fernando Santos, selekcjoner reprezentacji Polski.

Wojciech Szczęsny przed meczem z Mołdawią tłumaczył, że cierpienie w grze jest wpisane w DNA reprezentacji Polski. Czymś, co jednak najbardziej rzucało się w oczy podczas największego blamażu w historii polskiej piłki (porażka ze 171. w rankingu FIFA Mołdawią, mimo prowadzenia 2:0, na takie określenie zasługuje), był paniczny strach.

Obraz naszej drużyny po stracie pierwszego gola był przygnebiający. Oto gracze Barcelony, Juventusu, Napoli, Arsenalu czy Romy, czyli największych europejskich klubów, z którymi sporo już wygrali i mają lata występów za sobą, zaczęli dygotać przed jedną z najniżej notowanych drużyn z Europie (słabsi są tylko San Marino, Andora, Gibraltar, Liechtenstein). Byli jak sparaliżowani, a rywal widząc ten strach zaczął coraz mocniej dobierać im się do skóry, doprowadził do wyrównania, a na koniec dobił, notując swoje historyczne zwycięstwo.

 

ZOBACZ TAKŻE: Jan Bednarek szczery do bólu. "Myśleliśmy, że mecz sam się wygra i pojedziemy na wakacje"

 

Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie byliśmy w stanie zareagować. Było przecież jeszcze dużo czasu po każdej stracie, aby podnieść głowy i zwyczajnie zacząć grać to, co potrafimy. Nic więcej, zwykła przyzwoita gra na Mołdawię po prostu by wystarczyła, co było zresztą widać w pierwszej połowie, kiedy prowadziliśmy pewnie i mieliśmy wszystko pod kontrolą. Nie wierzę w tłumaczenia, że piłkarze zlekceważyli rywala albo byli myślami na wakacjach.

 

Zachodzimy w głowę dlaczego zatem nasi wywinęli taki numer, dlaczego dostali takiego „cykora”? Dlaczego chowali się jeden za drugim, nikt nie próbował wziąć odpowiedzialności, wstrząsnąć tym towarzystwem choćby werbalnie? W moim odczuciu prawda jest brutalna: dochowaliśmy się pokolenia zawodników z osobowościami miękkimi. Owszem, mających umiejętności czysto piłkarskie na bardzo wysokim albo przyzwoitym poziomie, ale bez charyzmy. Grając w klubach, gdzie wokół mają prawdziwych twardzieli i będąc jednymi z trybów, dają radę, są w stanie swoje deficyty charakterologiczne ukryć, ale kiedy przyjeżdżają na mecze reprezentacji i znajdują się we własnym gronie, tworzą po prostu ekipę bez sportowego nerwu.

 

Ostatnim, który dodawał niezbędnej ostrości, był Kamil Glik, ale Fernando Santos zdecydował, że ten powinien jechać na urlop, a nie do Kiszyniowa. Jego obecność przez lata w reprezentacji była doskonałym alibi dla reszty także w przypadku niepowodzeń. Swego rodzaju poduszką bezpieczeństwa. Zawsze można było się nim zasłonić… Glik się starzeje, już nie nadążą, nadaje się tylko do gry w niskim pressingu itd. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale właśnie on wysyłany był do gaszenia pożarów wewnątrz drużyny za kadencji różnych selekcjonerów, przywołania kogoś do porządku albo motywowania młodych.

 

To Glik był wypychany przed kamerę, jak nie szło, bo raz, że jego tłumaczenia nie były naiwne i bardziej strawne dla mediów, a przede wszystkim był jednym z nielicznych, który nie pękał. Co innego, kiedy szło. Wtedy, jak wiadomo, pierś do orderu wypinał zawsze kapitan.

 

Teraz coś, co wcześniej było raz lepiej, raz gorzej, ale jednak maskowane, zostało obnażone. W Kiszyniowie w drugiej połowie czy w Pradze z Czechami podczas łomotu numer jeden.

 

- Nie wiem co się stało, nigdy czegoś takiego nie widziałem, nie potrafię tego wytłumaczyć – powiedział Fernando Santos.

 

Można się oczywiście zżymać na Portugalczyka, że gość z takim doświadczeniem i winszujący sobie za swoją pracę tak wielkie pieniądze, nie wie o co chodzi i ewidentnie niespecjalnie przygotował się do roboty (PR-owe zagrywki, informacje o przeprowadzce do Warszawy i wpływaniu na szkolenie polskiej młodzieży też można włożyć miedzy bajki), ale tak naprawdę to trudno mu się dziwić, że jest zdziwiony.

 

Gość powołał generalnie najlepszych zawodników, potrenował z nimi i powiedział mniej więcej to, co mówił przez lata Cristiano Ronaldo i spółce, ale okazało się, że to kompletnie nie działa. Momentalnie stał się selekcjonerem, który notuje jeden z najgorszych początków eliminacji w historii polskiej piłki.

 

W swojej naiwności Fernando nie zorientował się po prostu, że powołuje graczy o specyficznym podejściu. O charakterach było wyżej, ale właśnie na skutek rodzaju osobowości wynika z tego coś jeszcze gorszego.

 

Tutaj nie ma solidarności, poczucia wspólnego celu. To nie jest Chorwacja. W tym towarzystwie nikt nie skoczy w ogień za drugiego. To grupa bardzo bogatych ludzi, uprzywilejowanych w wielu sferach i naprawdę dobrych w swoim fachu, ale jak mówią psychologowie „sfokusowanych na siebie”. Przekonanych, że co by się nie stało i tak włos z głowy im nie spadnie, bo mają swoje bardzo już wygodne gniazdka. Kibice i tak będą im śpiewać, że są wspaniali, a pracownicy mediów mizdrzyć się o wywiady i wchodzić w cztery litery podczas konferencji, pytając o samopoczucie. Bohaterowie z Kiszyniowa, mimo różnic wieku, w większości wypadków w pewnym sensie są już spełnieni. A nawet jeśli nie, to mają przekonanie, że wszystko, co mogą osiągnąć, dzieje się w klubach.

 

Nawet z takim podejściem na jedne czy drugie mistrzostwa można śmiało awansować i w dalszym ciągu nie ma chyba takiej możliwości, aby Polska nie zagrała na Euro w Niemczech, ale… gór z nimi to my przenosić nie będziemy.

Cezary Kowalski/Polsat Sport
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie