Krzysztof Ratajski szczerze w rozmowie z Polsatem Sport. "Za długo w tym tkwiłem"
Od lokalnego pubu, pracy na etacie, przerażającej diagnozy, ćwierćfinału mistrzostw świata i starcia z niekwestionowanym geniuszem, aż po... "zdjęcie robione kalkulatorem". - Nie byłem przerażony Littlerem - mówi Krzysztof Ratajski w rozmowie z Polsatem Sport. "Polski Orzeł" porównuje również naszego rodaka do legendarnego Michaela van Gerwena.

Julian Cieślak, Polsat Sport: Wiemy, że wszystko zaczęło się od pubu "Paris Bar" w Skarżysku-Kamiennej i tarczy elektronicznej. Wcześniej natomiast słyszał Pan o takim sporcie, jak dart?
Krzysztof Ratajski: Coś tam słyszałem. Chwilę wcześniej też grałem w Skarżysku, ale w innym pubie. Tam rzucaliśmy lotkami stillowymi, lecz nie trwało to długo. Zagrałem po prostu kilka partii w krykieta. Nie było to nawet 501. To była bardzo krótka przygoda. Wcześniej nie bardzo interesowałem się dartem, nie widziałem żadnych turniejów, nic takiego do mnie nie docierało.
Uczestniczył pan w lokalnych, pubowych turniejach w darta, a jak przerodziło się to w sposób na życie?
Właśnie tak się zaczęło, że lokalnie organizowane były turnieje, a poza tym, co tydzień, chyba w środy, jeździliśmy z całą naszą ekipą na turnieje do Kielc. Po prostu grywaliśmy. Te osoby z Kielc były też bardziej zorientowane i po jakimś czasie dawały nam namiary na turnieje ogólnopolskie. Wiadomo, najpierw jeździliśmy tu i graliśmy lokalnie, a potem zaczęliśmy wyjeżdżać na większe turnieje ogólnopolskie.
W moim przypadku dość szybko przerodziło się to w poważniejsze hobby. Na pierwszy duży turniej pojechałem w 2000 roku, jeśli dobrze pamiętam. Miało to miejsce w Łodzi, w naprawdę dużym klubie bilardowym. Udało mi się zająć tam drugie miejsce.
Cały cykl turniejów nazywał się Polish Dart Cup. To był oczywiście polski cykl, z którego później wyłaniana była kadra na mistrzostwa świata i Europy. Chwilę później zacząłem wygrywać takie turnieje, a jak zacząłem wygrywać, to można powiedzieć, że większość.
Szybko złapał pan zajawkę, bo mówimy o przełomie wieków, ale rzeczywiście z darta żyje pan od około siedmiu lat.
Tak to wygląda. Fakt, mowa była o zamierzchłych czasach. W 1999 zacząłem grać, w 2000 - jeździć na turnieje ogólnopolskie, które wygrywałem. Przez wiele, wiele lat kontynuowałem karierę amatorską (w federacji BDO), która jednak nie pozwalała mi z tego żyć. Musiałem więc pracować na etacie.
Siedem-osiem lat temu, gdy już coś wygrałem, miałem zabezpieczenie finansowe i widziałem, że jestem w stanie konkurować z tymi najlepszymi, przyszła decyzja, żeby nastawić się tylko na grę zawodową. Teraz to kontynuuję, póki co - z powodzeniem.
Długa droga za panem. Możemy mówić o jakichś poświęceniach?
Ciężko mówić o poświęceniach. Gdy robi się to, co lubi, sprawia to przyjemność. Ja - grając amatorsko - kochałem to. Podobało mi się to wszystko: wyjazdy, adrenalina, emocje. Teraz jest tak samo, tylko dochodzą finansowe profity.
Na pewno jednak jest to męczące dla wielu osób - przede wszystkim podróże. Prawie każda wycieczka do Anglii to kilkanaście godzin w jedną stronę, różnymi środkami transportu, często dwa dni turniejów. Natomiast w przypadku dwóch porażek w pierwszej rundzie kończy się na dwóch meczach, więc wtedy nie są to już dwa pełne dni turniejowe. Potem znów czeka podróż do Polski, więc może to być męczące. Ale tak ogólnie, jeśli ktoś to lubi, a ja tak, to sprawia to przyjemność.
Postawił pan na dart kilka lat temu, ale wspomniał o bardzo długim okresie gry amatorskiej. Nie było takich myśli, żeby wcześniej spróbować zawodowstwa? Dodał pan też o zapleczu finansowym, które zapewne musiało być budowane.
W Polsce nie było dużej świadomości na temat darta. Ja sam, około 2018, nie miałem wiedzy, w jaki sposób to wszystko działa. Trudno było znaleźć jakiekolwiek informacje, jak dostać się do PDC czy co to znaczy Q-School. Dla mnie wtedy to było magiczne słowo. Myślałem, że faktycznie jest to szkoła, do której trzeba jechać i czegoś się w niej uczyć. Dopiero chwilę później przeczytałem, jak to wygląda, jak zdobywa się te karty czy że w całym gronie jest 128 zawodników.
Wcześniej za długo tkwiłem w darcie amatorskim. Można było przejść na zawodowstwo dużo szybciej, lecz było to utrudnione ze względu na brak informacji. Wiadomo również, że trzeba było mieć zaplecze finansowe. Wyjazdy są drogie, Q-School jest drogi - wpisowe kosztuje 500 funtów. Nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje. Trzeba przecież zapłacić za hotel czy transport i wtedy zbiera się spora suma. Jeśli pracuje się na etacie, to może zrobić się poważna dziura w budżecie domowym. Na pewno jest to dosyć trudna decyzja dla wielu osób.
Teraz jest dużo turniejów czy klubów. W tym momencie Filip Bereza czy inni wyjazd na Q-School mieli finansowany. Uczestniczyli w cyklach turniejów, gdzie nagrodą był właśnie wyjazd na Q-School. Naprawdę super pomysł, który daje szansę wielu osobom. Nie trzeba się martwić, że z budżetu domowego znikną poważne środki, tylko można pojechać i spróbować swoich sił.
To świetna sprawa, że w tym roku Filipowi udało się zdobyć kartę. To wielki sukces. Bez przegranego meczu, tak że rewelacja. Tym bardziej, gdy teraz czytam, że on gra dopiero trzy lata. Wielkie gratulacje dla niego. Jestem pełen podziwu.
Przyznam, że przy okazji pierwszego "boom" na darta w naszym kraju, za sprawą pana w 2021, sam próbowałem coś tam rzucać do tarczy, ale dla mnie to jest czarna magia, by z takiej odległości trafić w tak małą przestrzeń, a co dopiero ustabilizować to na tak wysokim poziomie. Tym bardziej sukces Filipa Berezy robi wielkie wrażenie, biorąc pod uwagę fakt, że trenuje on tak krótko.
Na mnie również. Ja nie kojarzę takiego przypadku, by ktoś tak szybko doszedł na taki poziom czy zdobył kartę. Nie słyszałem o tym, chociaż... teraz do głowy przychodzi mi przypadek Michaela van Gerwena, który po trzech latach od wzięcia lotek do ręki, wygrał w 2006 turniej World Masters w organizacji BDO. To jest ewenement. To są ekstremalne przypadki. Dla mnie już to, że Filip zdobył tę kartę, jest szczególnym przypadkiem. Niesamowite.
Jeśli mowa o stabilizacji gry, na pewno potrzebny jest trening - dużo rzucania, dużo rzucania w domu, dużo rzucania w turniejach, by obyć się z atmosferą, z adrenaliną, z emocjami, ponieważ to wszystko występuje na każdym turnieju. Nieważne, czy gra się na scenie PDC, czy w turnieju klubowym. Adrenalina pojedynku jest zawsze. Wiele osób nie potrafi sobie z tym poradzić albo dopiero nauczy się tego. Najpierw jednak wiele razy trzeba przez to przejść. Na pewno potrzebna jest też systematyczność, szczególnie na początku.
Ciężko natomiast jest to wszystko określić - dla kogoś może to być kilka długich lat, a komuś mogą wystarczyć trzy lata, żeby rzucać na dobrym lub bardzo dobrym poziomie - tak, jak Filip, który był w stanie tak szybko zdobyć kartę. Ja podejrzewam i to jest niemal pewne, że dalszy progres będzie u niego następował. Teraz dzieje się to tak szybko, że musi pójść jeszcze wyżej. Miejmy nadzieję, że będzie sobie radził też w tourze - karta to jest jedno, ale poradzić sobie w głównym cyklu i utrzymać się w nim, to dużo trudniejsze zadanie.
A gdzie w tym wszystkim jest styl życia? Różne obrazki oglądamy na scenie.
Styl życia jest dość ważny, ale dart jest taki, że nie wymaga dużego atletyzmu i kondycji. To przydaje się na turniejach podłogowych, bardziej niż na mistrzostwach świata. "Podłogówki" zaczynają się o godzinie 13:00 i trwają cały dzień, w zależności oczywiście od tego, ile się wygrywa. Całościowo jest to siedem meczów - wtedy kondycja i wytrzymałość naprawdę się przydają.
Natomiast na takich turniejach, gdzie wychodzi się na jedno spotkanie jednego dnia, nawet jeśli jest ono długie, jak na mistrzostwach świata, formy fizycznej nie trzeba mieć najlepszej. To godzina gry, plus rozgrzewka, więc nie wymaga to wygórowanego, mocnego wysiłku. Każdy, w miarę zdrowy człowiek, powinien sobie poradzić.
Tak czy inaczej, zdrowie fizyczne jest jednak ważne. Mamy do czynienia z długimi podróżami, więc żeby je dobrze znosić, trzeba o siebie dbać.
W jaki sposób pan to robi?
Ja ostatnio troszkę mniej... Biegam chociażby, wcześniej też starałem się to robić. Mam także rowerek stacjonarny, na którym od czasu do czasu jeżdżę. Macham hantelkami - wydaje mi się, że do samego grania właśnie to najbardziej mi się przydaje. Muszę czuć, że ręce są w miarę mocne. Wtedy łatwiej jest mi panować nad lotkami. Od czasu do czasu chodzę na basen, choć teraz rzadziej.
Faktycznie, przybrałem ostatnio na wadze. Przyjdzie wiosna, więc pewnie będę myślał, co z tym zrobić i jak zrzucić te kilogramy.
W końcu dart kojarzony jest z pubem, ale myślę, że w ostatnich latach sporo się zmieniło.
Tak, w tym momencie dużo turniejów organizowanych jest w halach sportowych. W mniejszych miejscowościach tworzą się sekcje młodzieżowe przy domach kultury, klubach sportowych, chociażby piłkarskich. Sam miałem okazję być na takim turnieju, gdzie przy klubie sportowym chłopaki zaczęli sobie rzucać. Potem założyli stowarzyszenie, rozwijają to wszystko i świetnie im idzie.
Niedaleko trzeba szukać, w niedzielę moja żona była na turnieju w Miejskim Centrum Sportu w Ząbkach - typowe miejsce dla sportowców, nie pub. W wielu takich lokalizacjach są sekcje i turnieje, więc nie jest to tylko sport pubowy.
Ale w pubie też, oczywiście, ktoś przychodzi sobie na piwo, to porzuca przy okazji. Nie ma to jednak nic wspólnego z takim dartem, jaki oglądamy w PDC. To są bardzo profesjonalne rozgrywki, na dużych obiektach, tak że porównanie do pubu może być stąd, że na trybunach ludzie się bawią, śpiewają i piją.
Ale jednak stamtąd się wywodzi.
Dokładnie. Ktoś rozwinął tę dyscyplinę do takich rozmiarów, jakie widzimy obecnie. To są olbrzymie imprezy sportowe, lecz wiadomym jest, że atmosfera pubowa została. Ludzie też to kochają - chcą przyjść, chcą się pobawić, chcą pośpiewać i chcą obejrzeć dobrego darta. To wszystko w PDC mają.
Dla mnie nawet w Ally Pally sporą część całego show robią kibice. Pana pierwszy ćwierćfinał światowego czempionatu miał miejsce w 2021, gdy na trybunach zabrakło publiczności. Teraz było inaczej.
Trudno porównać te dwa turnieje, były zupełnie inne. W 2021 było to dziwne, smutne. Wiadomo, że była transmisja w telewizji, ale brakowało kibiców i całej otoczki. Jeśli mowa natomiast o aspektach sportowych - skupienie było na najwyższym poziomie. Jednak przez brak kibiców to nie było to samo, co teraz. Z kibicami jest to zupełnie inny sport. Zresztą, jak każda inna dyscyplina - bez fanów nie jest taka sama i wygląda słabiej, nie tylko dart. Publiczność na pewno robi robotę.
Jeszcze jedno porównanie, gdy mówimy o 2021 i 2025: Clemens - Plaisier.
Te dwa spotkania są porównywalne, najbardziej charakterystyczne z obu mistrzostw. Z Clemensem walczyłem o ćwierćfinał, więc grałem o jedną rundę dalej, niż z Plaisierem. Emocje były do samego końca, mieliśmy wynik 3:3…
I wtedy w decydującym secie nie było gry na przewagi, tylko piąty leg był decydujący…
I w tamtym momencie mieliśmy do rzucenia podwójną jedynkę... To były niesamowite emocje. Z Plaisierem było trudno. Znajdowałem się już pod ścianą. Przegrywałem 1:3 w setach, a graliśmy do czterech. Mimo to udało mi się odwrócić losy rywalizacji. Na pewno zostanie to ze mną na bardzo długi czas.
Patrząc na te wszystkie emocje, jak w tym wszystkim mają się kwestie skupienia czy koncentracji. W tenisie chociażby jest tak, że podczas gry na trybunach musi być całkowita cisza, nie można przeszkadzać zawodnikom. Dart wydaje mi się sportem, gdzie to skupienie jest jeszcze bardziej potrzebne, niż w tenisie, a jednak sprawy związane z tym mają się zupełnie inaczej - harmider jest wszechobecny.
Taka specyfika tego sportu. Wszyscy kojarzą dart z głośną atmosferą. Ja tego nie słyszę, nie dochodzi to do mnie, nie rozprasza mnie to. Zawsze staram się wyłączyć, skupiać na tarczy. Zależy jednak, jaki jest ten harmider.
W tenisie jest to zauważalne, ponieważ na trybunach cały czas jest cisza. Jeśli zatem ktoś krzyknie, robi się problem. Tak samo jest w darcie - gdyby wszyscy byli cicho, a jedna osoba wydała jakiś dźwięk, to również byłoby to kłopotliwe. Z kolei u nas hałas jest non stop. Człowiek przyzwyczaja się do tego.
Bierzemy też udział we wspominanych turniejach podłogowych. Tam jest cisza. Nikt nie może odezwać się głośniej. Rzeczywiście więc pojedynczy okrzyk mógłby tam przeszkodzić. Podczas turnieju, gdzie śpiew i krzyki są wszechobecne, nie stanowi to dyskomfortu. Trzeba się wyłączyć, skupić na tarczy i zupełnie to ignorować.
Mówił pan o żonie, ona też rzuca. Macie również dzieci.
Żona jest pięciokrotną i aktualną mistrzynią Polski, wygrała też bardzo dużo turniejów krajowych, zatem tych sukcesów ma sporo. Mamy małą, 2,5-letnią córkę, więc żona miała nieco ponad trzy lata przerwy. Teraz córka jest już troszkę większa, a żona wraca do rywalizacji. Syn ma 12 lat i to jest już "dorosły" facet.
Po powrocie żona zdobyła mistrzostwo Polski i zaczyna jeździć na turnieje PDC Women's Series. Też z niezłymi wynikami. Ma już kilka cennych zwycięstw nad czołowymi darterkami, ale dotąd była tylko dwa razy na takich zawodach.
Myślę, że w tym roku, jeśli uda się poukładać opiekę nad dziećmi, w wakacje wybierzemy się razem na zawody, jak miało to miejsce w 2025. Żona będzie jeździć więcej. Chce jeździć, chce grać z najlepszymi, a ja za nią mocno trzymam kciuki, by się udało.
Syna próbuje pan zarazić?
Próbuję - tego młodszego, bo mam też dorosłego, 20-letniego. On zaczął grać niedawno, mimo że zarażałem go jeszcze, gdy był mały. Wtedy niezbyt chciał. Teraz mocno próbuje, jest zdeterminowany. Mam nadzieję, że będzie mu szło coraz lepiej. Już widać, że pierwsze efekty są, ale na spektakularne sukcesy trzeba poczekać. Wierzę, że kiedyś one przyjdą. Gra natomiast regularnie. W tym momencie mieszka w Krakowie i tam bierze udział w turniejach. Gdy przyjedzie tutaj, do Warszawy, też startuje.
Młodszy z synów z kolei na razie nie chce. Powiedział, że nie i koniec. Nie zmuszę go. Może kiedyś mu się odmieni i sam załapie, jak ten starszy.
Oglądać oglądają?
Oczywiście. Żona i dzieci kibicują w domu przed telewizorem.
W 2024 miał pan cięższy okres. Wykryto dwa tętniaki w mózgu. Zmieniło się coś w pana życiu od tamtego momentu?
Sama diagnoza była dla mnie dużym zaskoczeniem. Będę szczery, na początku się tym przeraziłem. Nie wiedziałem, co i jak. Doktor, który zrobił rezonans, powiedział, że trzeba działać szybko. Mieliśmy do czynienia z takimi tętniakami, które faktycznie mogły pęknąć. Były nieregularne, w złym miejscu. Ryzyko podobno było duże.
Na szczęście trafiłem do super specjalisty w Warszawie, doktora Zawadzkiego, którego pozdrawiam. Wykonał dwie trudne operacje. Dla mnie to wszystko szybko się zamknęło. Pamiętam o tym, ale nie wpłynęło to na moje zdrowie fizyczne - ani przed operacją, ani w trakcie, ani po. Rekonwalescencji po czymś takim nie ma.
Psychicznie natomiast było gorzej. Zaraz po diagnozie wpadłem w dołek. Czułem strach. Miałem małe dziecko, więc inaczej wtedy patrzyło się na życie. Na szczęście wszystko się udało i mam to za sobą. Zbytnio do tego nie wracam. Teraz wszystko powinno być dobrze. Raz w roku robię rezonans. Najbliższy będę miał w marcu.
Nieco lżejsze, muzyczne pytanie. Niektórzy zawodnicy przywiązują do tego wielką wagę. W zasadzie wyjścia na scenę Stephena Buntinga są jego głównym znakiem rozpoznawalnym, pozasportowo. Pan postawił na piosenkę "Whatever you want" od "Status Quo". Ma ona dla pana jakieś wyjątkowe znaczenie?
Nie, po pierwsze - nie jestem showmanem [śmiech]. Niektórzy darterzy rzeczywiście nimi są. Ja raczej nie. Nie przywiązuje wielkiej wagi do wyjścia i muzyki. To utwór, który wpadł mi w ucho, kiedy szukałem jakiegoś kawałka, by dokonać zmiany z polskojęzycznego, ze względu na to, że turnieje rozgrywane są głównie za granicą. I tak zostało. Nie zmieniam go, bo nie czuję potrzeby i myślę, że przynajmniej na razie ze mną zostanie.
Będąc jeszcze przy innych darterach, wydają się oni bardzo sympatycznymi osobami. Istnieją w tourze jakieś przyjaźnie?
Trudno mówić o przyjaźniach. Ja zawsze trzymam się chłopaków z Polski, jeśli tylko startują w tych samych turniejach. Jesteśmy obok siebie i wzajemnie się wspieramy. Niektórzy wynajmują też razem hotele. Ogólnie darterzy są bardzo sympatycznymi ludźmi. Można w tym gronie pogadać czy pośmiać się, ale czy to przyjaźnie? Trudno powiedzieć.
A wspólnie do pubu?
Raczej nie. W naszej polskiej ekipie często po turnieju wychodzimy na obiad czy kolację. Jak najbardziej. Często też tworzą się grupy zawodników od wspólnego menadżera. Nie tyle, że imprezują, ale idą gdzieś wspólnie posiedzieć. Ja natomiast nie mam agenta.
Pańskie sukcesy znaczą wiele dla darta w Polsce. Rośnie u nas popularność tego sportu. Odczuwa pan jakieś skutki z tym związane? Ostatnie zdjęcie, które wrzucił pan do mediów społecznościowych, obok samolotu, z zaparowanym aparatem, miało niesamowity klimat i bardzo się poniosło…
Robione kalkulatorem, jak to żona powiedziała [śmiech]! Ćwierćfinał mistrzostw świata to dla mnie wielki sukces. Uważam, że takie osiągnięcia są potrzebne, by wypromować naszą dyscyplinę.
Ja sam nie odczuwam, że jestem popularny i rozpoznawalny. Czasami ktoś podejdzie i zrobi sobie ze mną zdjęcie, ale nie jest to ani męczące, ani uciążliwe, bo nie ma tego dużo.
Jeśli chodzi o aspekty sportowe, związane z ostatnimi mistrzostwami świata, skąd taki wzrost formy akurat na ten turniej? Średnie wyglądały naprawdę dobrze.
Sam jestem ciekaw. Powiem szczerze, że nie śledzę za mocno wszystkich statystyk. W Londynie średnie były na równym poziomie, a sam czułem się dobrze. Zagrałem słabiej z Joycem, ale udało się dosyć gładko zwyciężyć, ponieważ on też wystąpił poniżej swoich możliwości. W pozostałych spotkaniach moja średnia oscylowała około liczby 97, co jest bardzo dobrym rezultatem.
Skąd taka forma? Jak się trenuję, to jest [śmiech]. Trenowałem raczej normalnie, może trochę więcej przed samymi mistrzostwami. Przygotowanie było na stałym poziomie, bo dyspozycję trzeba utrzymywać przez cały sezon.
Niecodziennie za to wychodzi się w ćwierćfinale mistrzostw świata na bezdyskusyjnie najlepszego dartera globu - Luke'a Littlera.
Szkoda tego meczu. Już może nie całego, bo wygrać z nim... Ja w to wierzyłem, ale szkoda że tak słabo rzucałem podwójne. Bardzo tego żałuję. Minimum jeden set był do zdobycia albo może nawet dwa. A gdyby udało się ugrać dwa, to potem może jeszcze więcej i wtedy dopisałoby jakieś szczęście.
Nie zagrałem natomiast źle, bo na swoim poziomie, ale z Littlerem trzeba wznieść się na wyżyny. Trzeba zagrać wybitnie. Trudno też powiedzieć, skąd te słabsze podwójne - być może dyspozycja dnia.
Nie byłem też przerażony Littlerem. Tak po prostu się złożyło. Wcześniej podwójne były u mnie powyżej normy. Całościowo może to i dobrze, że akurat wcześniej byłem lepszy pod tym względem. W końcu dzięki temu dotarłem do najlepszej ósemki. Szkoda, że nie wygrałem minimum jednego seta, ale narzekać nie będę.

