Niezwykła historia Mariana Kasprzyka. "Został po nim różaniec"

- Ile mamy czasu na tę rozmowę? – zapytał nas Andrzej Kostyra, kiedy poprosiliśmy go o wspomnienie Mariana Kasprzyka. Mistrz olimpijski zmarł w nocy 2 lutego, miał 86 lat. Był ciepłym, dobrym człowiekiem z potężną siłą w rękach i nokautującym ciosem. Został mistrzem olimpijskim raz, a mógł mieć trzy złote medale, gdyby nie pech.

Dwóch bokserów w rękawicach walczy w ringu.
fot. PAP
Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski z Tokio, odszedł na zawsze

Dariusz Ostafiński, Polsat Sport: Smutne wieści napłynęły nocą z Bielska-Białej. Nie żyje Marian Kasprzyk.

 

Andrzej Kostyra, ekspert Polsatu Sport: Marian był postacią wyjątkową i chyba od tego trzeba by zacząć. I nie chodzi mi o to, że był mistrzem olimpijskim, ale o niezwykłą historię i o to, że w dyskusji pod tytułem: kto był największym polskim bokserem, mógł przebić Zbyszka Pietrzykowskiego i Jurka Kuleja.

 

Proszę wyjaśnić.

 

Niewiele brakowało, żeby Marian został mistrzem olimpijskim trzykrotnie i stanął w jednym szeregu z tymi największymi: Savonem, Stevensonem i Pappem. Jednak Marian, poza tym, że był wybitnym sportowcem, miał też niesamowitego wręcz pecha. Nawet w Tokio, kiedy zdobył to jedyne złoto na igrzyskach, ten pech go dopadł.

 

Przecież wygrał.

 

Tak, ale w pierwszej rundzie finałowej walki, kiedy posłał Tamulisa na deski, doznał kontuzji prawej dłoni. Kość Bennetta nie wytrzymała, ból był straszliwy. Stamm zorientował się, że coś jest nie tak i nawet pytał Mariana, czy ma go poddać. Uciął krótko, że nie i walczył dalej. I wygrał, ale to było okupione potwornym cierpieniem do końca walki.

 

Marian Kasprzyk o przyszłości polskiego boksu

 

To były drugie igrzyska Kasprzyka, ale pierwsze złoto, bo cztery lata wcześniej w Rzymie skończyło się brązem. Pomimo tego, że nie przegrał żadnej walki.

 

Tam niestety pech miał swoją cenę. Uważam, że w Rzymie wygrałby finał bez problemu. W tym finale jednak nie wystąpił, bo w ćwierćfinale z Jengibarianem stało się coś strasznego. Rywal wściekły po porażce uderzył Polaka z byka i powstał z tego guz, którego nie można było zlikwidować. Przez kontuzję Marian nie został dopuszczony do półfinału. Szkoda, bo jak powiedziałem, już wtedy miałby pierwsze złoto w kieszeni.

 

A trzecie?

 

To już Meksyk, gdzie jechał bronić olimpijskiego złota. Był wspaniale przygotowany, miał życiową formę. W pierwszej walce trafił na Amerykanina Munoza. Już stał w ringu, czekał na gong i wtedy stało się coś, co wywołało salwę śmiechu na widowni, a dla naszego zawodnika było przykre. Marian zrobił przysiad, a że miał obcisłe spodenki, to te nie wytrzymały i został w samych slipach. Była minuta do rozpoczęcia walki, nie było czasu, żeby biec do szatni, więc masażysta reprezentacji, Stasio Zalewski, dał Marianowi swoje slipy. Stasio był niski, krępy, więc te jego spodenki nie do końca Marianowi pasowały. Do walki z Munozem przystąpił zdekoncentrowany, nie czuł się komfortowo i przegrał 1:4.

 

Może jakby miał kogoś słabszego, to by to jakoś przeszło, ale Munoz był zawodnikiem znakomitym. I tak uciekła szansa na trzecie złoto.

 

I bez tego Kasprzyk przeszedł do historii.

 

Tak, ale mogło być lepiej, mógł trafić na ten absolutny szczyt. A najlepszym dowodem na poparcie teorii o pechu niech będzie to, że nie ma chyba drugiego boksera na świcie, który byłby mistrzem i brązowym medalistą olimpijskim, a nie miałby na koncie tytułu mistrza kraju. Najbliżej był w 1970 roku w finale w Opolu. Wtedy jednak zderzył się głową ze swoim rywalem Zakrzewskim. Uznano, że winny jest Kasprzyk i tak ominęła go ta jedyna, największa szansa.

 

Życie też go nie oszczędzało.

 

On był wspaniałym człowiekiem, mocno doświadczonym przez życie. Jego żona była ciężko chora, bardzo ciężko. Pamiętam, że nosił ją na rękach, a potem pochował. A jeszcze później jego też dopadła choroba. To był rak. Wycięli mu kawałek ciała, ale śmierć była blisko. Tak się wydawało. Na szczęście wtedy pech się odwrócił. Na pewno jednak nie było mu łatwo. Był biednym człowiekiem, bo to były czasy, gdy nie było jeszcze rent olimpijskich. Pamiętam, że kiedyś Jurek Kulej robił nawet zbiórki dla Mariana do kapelusza. Wrzucaliśmy tam tyle, że wychodziło 2,5 do 3 tysięcy złotych, które dla Mariana były ważnym dodatkiem. Miał na lekarstwa i środki do życia.

 

Smutne.

 

Kiedyś na prośbę dyrektora Mariana Kmity byłem w mieszkaniu Mariana w Bielsku. Odwiedziliśmy go razem z bratem Romka Kołtonia, który był wtedy operatorem. Marian podarował nam po różańcu. Stał się bardzo wierzącym człowiekiem i miał te różańce w domu. Dawał je tym, których lubił, więc ja mam to szczęście, bo został mi po nim ten różaniec. A z mieszkaniem też była afera.

 

 

To znaczy?

 

Po igrzyskach w Rzymie Marian dostał przydział na mieszkanie. Nie miał czasu zrealizować, bo jeździł po Polsce. Wtedy takie czasy były, że tych mistrzów obwożono, chwalono się nimi. Jak Marian wrócił z tego objazdu i chciał zrealizować przydział, to okazało się, że nie może. Wyjaśnili mu, że termin minął, bo miał na to dwa miesiące. Po latach Marian się dowiedział, że jakiś cwany działacz z BBTS-u Bielsko-Biała przejął ten jego przydział. Nie robił z tego afery, bo po Tokio dostał kolejny przydział na mieszkanie. To było to mieszkanie, w którym byłem wtedy u niego.

 

Jak żył?

 

Skromnie. To mieszkanie było w wysokim budynku, a do niego jechało się windą na jedno z górnych pięter. Miał jeden większy pokój z telewizorem, pośrodku kuchnię w kształcie kiszki i drugi, mniejszy pokój, który był sypialnią. I tam stał klęcznik, a na ścianie wisiał obraz Matki Boskiej i jeszcze inne święte obrazki. Maniek się tam modlił. A ta historia z przejętym przydziałem to była jedna z tych, o których nigdy wcześniej nikomu nie opowiadał.

 

To dlatego na wstępie pytał pan, ile mamy czasu na tę rozmowę?

 

Tak, bo o Marianie można by rozmawiać godzinami. Dnia by nam nie starczyło. Był wspaniałym, pogodnym człowiekiem, z którym zawsze można było pogadać. Biło od niego ciepło, był po prostu dobrym człowiekiem i wspaniałym sportowcem z potwornym ciosem. Nokautującym. A miał małe rączki. Jak Tyson. Mike to kawał byka, a dłonie ma niewielkie. Maniek miał jeszcze mniejsze. Nic dziwnego, że czasem te jego kości nie wytrzymywały tej straszliwej siły, która była w naszym zawodniku. A zapomniałbym powiedzieć, że niewiele brakowało, a Marian w ogóle nie pojechałby do Tokio.

 

Był zdyskwalifikowany.

 

Za udział w bójce. Pobitym był milicjant, który zaczepiał Mariana i ten mu przyłożył. Stamm i Pietrzykowski dużo musieli się nachodzić, żeby dyskwalifikacja została cofnięta. Na szczęście się udało. Marian w młodości był impulsywny. Nie to co Darek Michalczewski, którego też kiedyś zaczepiał jakiś pijak. Darek opowiadał mi, jak szli z Jankiem Dydakiem i ten już chciał mu przyłożyć, ale Darek załagodził spór, przeprosił napastnika, a potem przyłożył mu w żołądek. Powiedział, że to było bezpieczne, bo jakby Janek mu przywalił, to obrażenia mogły być większe. Marian nie kalkulował.

 

Na szczęście wtedy wrócił i pojechał do Tokio.

 

Japończycy mogli wtedy nauczyć się polskiego hymnu na pamięć, bo przecież to były kapitalne czasy dla polskiego boksu. Teraz walczy kelner z traktorzystą, a nam wmawiają, że to wielcy pięściarze. Jednak tych wielkich już nie ma. Trela, Grudzień, Pietrzykowski, Drogosz, Dragan odeszli. A teraz jeszcze Marian, ostatni z tej złotej gwardii. Miałem szczęście widzieć go na żywo w hali Gwardii.

 

A jeszcze trzeba przypomnieć, że to zaczęło się w Ziębicach. Marian urodził się w Kołomani koło Kielc, ale ostatnie lata wojny spędził w Niemczech, gdzie przymusowo pracował jego ojciec. Po wojnie rodzice Mariana przenieśli się właśnie do Ziębic. Potem była Nysa, gdzie 19-letni Kasprzyk pokonał znanego Niemca Voigta i tak się ta jego wielka kariera zaczęła.

Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Przeczytaj koniecznie