Pożegnanie Jacka Magiery. Niespotykanie Dobry Człowiek
Motyw przewodni ulubionej książki Jacka Magiery wyklucza równolegle funkcjonujące porządki szczęścia i fartu. Ci, którzy spotkali na swojej drodze Jacka, mieli i szczęście, i fart. Bo choć wielu wspierał w sposób precyzyjnie zaaranżowany, to jednak na niektórych wpadał zupełnym przypadkiem i też stawał się dla nich mentorem.

Przyszło mi pisać o kimś, kto nie wzbudzał złych emocji, bo sam ich nie pielęgnował. Przyszło mi pisać o kimś, o kim nie dopiero po śmierci, a jeszcze za życia mówiono tylko dobrze. Do tekstu przedwcześnie zmarłym Jacku Magierze zabierałem się od kilkudziesięciu godzin, ostatecznie udało się przysiąść do tej publikacji zaraz po meczu Legii z Górnikiem Zabrze, kiedy w sposób niezwykle symboliczny pożegnano piłkarza, trenera, a przede wszystkim Niespotykanie Dobrego Człowieka, który przy Łazienkowskiej spędził 20 z niespełna 50 lat swojego życia. Choć dla wielu był kolegą, przyjacielem, idolem z boiska czy trenerskiej ławki, wyrazem niezmierzonego szacunku był na tym meczu transparent „Panie Jacku, dziękujemy”. Dokładnie w te same słowa, kiedy półtora roku temu żegnano inną legendę Legii Lucjana Brychczego.
Takie publikacje są nie do zaplanowania, na ogół stają wikipedycznym dossier z wylistowanymi osiągnięciami, ważnymi datami. Jeszcze częściej to pośmiertne, pretensjonalne panegiryki. Nie wiadomo co lepsze, ale w przypadku Jacka trudno zachować balans, o jakim On sam często mówił, do którego On sam za wszelką cenę dążył. Spotkań, wywiadów, rozmów było wiele. Ostatnia całkiem niedawno, w studiu Polsatu Sport przy okazji meczu Rakowa z Fiorentiną, tuż przed powołaniami na barażowe mecze reprezentacji z Albanią i Szwecją. Kilka miesięcy temu było Cafe Futbol z mocno energetyzującym wątkiem polskich trenerów, były godziny przegadane w radiu. Zupełnie przed chwilą odkryłem w komputerze wywiad sprzed kilku lat, gdzie dotykamy tematów głównie niepiłkarskich. Jest o demolującej psychikę i społeczne relacje pandemii, jest o okrucieństwie wojny w Ukrainie, jest o Powstaniu Warszawskim. Co charakterystyczne, z każdego z tych wątków bije niezwykła empatia, wybrzmiewa historia zwykłego człowieka. Nie piłkarza, nie trenera, nie VIP-a, ale zwykłego Kowalskiego, czy Pani Wali, Ukrainki odpowiedzialnej za sprzęt w Śląsku Wrocław, w którym Jacek akurat pracował.
Przytoczę dwie historie. Proszę wybaczyć, że są osobiste, ale wplata się w nie istotna gra symboli, w każdym razie nie przypadek, bo przecież Jacek wykluczał zbiegi okoliczności. Może dlatego z pasją wytrawnego kolekcjonera wykupował całe nakłady książki „Szczęście czy fart”, którą obdarowywał innych. W jej fabule te dwa porządki nie mogły ze sobą współistnieć, na szczęście trzeba zapracować, a trudno je osiągnąć tylko czekając na fart. Kiedy wybuchła pandemia, do Polski zjechał z Włoch Patryk Peda, wtedy podopieczny Jacka z kadry do lat 20, ale jeszcze nie debiutant w dorosłej reprezentacji. Z powodu obostrzeń nie mógł wrócić z powrotem do swojego SPAL, trenował m.in. z moim małoletnim wówczas synem na prywatnym boisku braci Malarzów pod Piasecznem. Jeździliśmy tam codziennie, chłopaki wykonywali zaaranżowane przez siebie treningi, ja w tym czasie biegałem ze Zbyszkiem, ojcem Patryka, wokół stadionu. Któregoś dnia przyjechał trener Magiera, zaprosił młodziaków do siatkonogi, później pojechał z Patrykiem na kawę. Okazało się, że Jacek utrzymuje w ten sposób kontakt z wieloma swoimi podopiecznymi. Wspiera ich nie tylko w momentach chwały, ale także w trudnych, żeby nie powiedzieć krytycznych chwilach. I taka też dotknęła Patryka, bo kilka tygodni po naszym wspólnym spotkaniu widzieliśmy się ponownie – na pogrzebie ojca Patryka, Zbyszka, który zmarł na serce, nagły atak. Chwilę wcześniej rekreacyjnie biegał. Dokładnie tak jak Jacek w ubiegły piątek…
Kilka miesięcy temu spotkałem się z Jackiem na rodzinnym obiedzie u naszych wspólnych przyjaciół. Kilkadziesiąt osób, Jacek był oczywiście jednym z najbardziej rozchwytywanych gości, każdy chciał z nim zamienić słowo, zrobić zdjęcie. Mimo poważnych dysput, większość dotyczyła oczywiście futbolu, podszedł do mojego nastoletniego syna, który trzy dni wcześniej zerwał wtedy więzadła krzyżowe w drugoligowym meczu piłkarskim. Porozmawiali, jak się później okazało, dyskretnie przekazał mu swój numer telefonu i poprosił o kontakt po operacji. Kilka tygodni później obaj spotkali się na pizzy, trener przyszedł z prezentem, była to oczywiście książka, mocno adekwatna do okoliczności, nosząca tytuł „Szczyty i doliny”. W środku jakże znamienna dedykacja: „Sukces zazwyczaj osiągają nie ci z największym talentem, tylko ci, którzy są najbardziej zdeterminowani”.
Nie trzeba mówić, ile to kilkugodzinne spotkanie znaczyło dla uprawiającego sport młodego człowieka, który właśnie znalazł się na zakręcie. Ale jakże oczywiste było to dla Jacka, który nie dzielił ludzi, których wspierał, na tych znanych i anonimowych. Tu komuś totalnie obcemu pomagał w jakiejś sprawie zdrowotnej, tam spacerował z Robertem Lewandowskim i z taką samą pasją rozprawiał o niuansach Barcelony czy reprezentacji Polski. Tak umieją tylko z natury dobrzy ludzie, a to był Niespotykanie Dobry Człowiek.
Była w Jacku także umiejętność prowokacji, w każdym razie potrafił skłonić do refleksji, by rozmówca zadał sobie pytanie, czy jest uczciwy wobec samego siebie. Kilkukrotnie pytał mnie np. czy dobrze czuję się w pewnych formatach i z pewnymi ludźmi w związku z moją pracą. Nie mówił wprost, ale chyba chciał powiedzieć, że nie warto się naginać, jeśli się czegoś nie czuje, coś się ewidentnie nie zgadza. A może po prostu dążył do tego, by samemu znaleźć rozwiązanie. Dokładnie tak, jak polecał swoim zawodnikom, by sami szukali rozwiązań. Żeby najpierw byli dobrymi, uczciwymi wobec siebie i innych ludźmi, a dopiero później rozpalającymi tłumy piłkarzami, bożyszczami tłumów realizującymi się w pracy.
Jacka nie zmieniały okoliczności. Ani Legia, ani Liga Mistrzów, ani reprezentacja. Właściwie nie wiadomo, jak selekcjonować fakty z jego piłkarskiego i trenerskiego życia, bo choć osiągnął ponadprzeciętnie wiele - był mistrzem Polski, grał w każdym z europejskich pucharów, wiódł w różnych rolach rozmaite reprezentacje - to jednak cały czas wybrzmiewa przede wszystkim jakim był człowiekiem. Od piątku utonęliśmy wszyscy, nie tylko środowisko piłkarskie, we wspomnieniach i pożegnaniach Jacka.
Przejmujące, łamiące serce, budzące poczucie niesprawiedliwości wobec losu. Jedno z nich idealnie podsumowuje, jak mocno Jacek poświęcał się innym. Napisał je Norbert Misiak, podopieczny Jacka z rezerw Legii: „Niech Twoim pomnikiem będzie liczba osób, które tak wiele Ci zawdzięczają”…
Piękne, niezwykle trafne epitafium dla Niespotykanie Dobrego Człowieka.
Pożegnanie to ukazało się również w tygodniku „Piłka Nożna”.
Przejdź na Polsatsport.pl
