Dzisiaj, kiedy związek po rządach Grzegorza Laty został wyprowadzony na prostą, to łakomy kąsek dla wszystkich tych, którzy lubią władzę, pieniądze i popularność. Więcej, na najbliższą kadencję przypada stulecie związku i wszystkie splendory z tym związane też.

 

PZPN ma się dobrze i trudno będzie coś w nim szybko popsuć, bo cztery lata remontu przeprowadzonego przez ekipę Zbigniewa Bońka  nie tylko doprowadziły naszą reprezentację seniorów do powrotu na europejskie i światowe salony, ale też związek we wszystkich swoich departamentach hula aż miło. I choćby Cezary Kucharski z Radosławem Majdanem chcieli inaczej, nic tego faktu zmienić nie może, bo to prawda w swojej najczystszej postaci.

 

Bez Bońka i jego ekipy nie byłoby nie tylko ćwierćfinału Euro 2016, ale i Adama Nawałki na stanowisku selekcjonera w ogóle. Nie byłoby finału Ligi Europy w Warszawie i nie byłoby przyszłorocznych ME U-21 na naszych sześciu stadionach. Nie byłoby nowych projektów szkoleniowych i restauracji rozgrywek Pucharu Polski. I można by tak wyliczać dalej i dalej, ale nie ma na to miejsca w tym tekście. I jeśli teraz słyszę, że kontrkandydatem dla Bońka ma być pan Józef Wojciechowski, właściciel firmy JWConstruction z branży budowlanej, to pytam sympatycznego pana Józefa po co mu to i dlaczego dał się tak banalnie wkręcić Bońkowej opozycji. Bo jeśli panowie Kucharski, Kręcina czy Greń chcą stawać do walki z Zibim, to niech nie chowają się za plecami naszego „kowboja”, który tak do końca nie zdaje sobie pewnie sprawy na jakiego konia został posadzony.

 

O jakości akcji „Skok na PZPN” świadczy choćby ubiegłotygodniowa wizyta Kucharskiego i Majdana w Ministerstwie Sportu i Turystyki. Spin doktorzy pana Józefa mieli złożyć do ministra Witolda Bańki pismo, które według nich miało uniemożliwić Bońkowi start w wyborach na prezesa PZPN. Zarzuty dotyczyły miejsca zamieszkania Bońka oraz jego aktywności w przestrzeni bukmacherskiej.  Paradoksalnie w tej sferze nic nie zmieniło się od 26 października 2012 roku, kiedy Boniek został wybrany na szefa związku zastępując Latę. Wtedy to nikomu nie przeszkadzało, więc nie sadzę żeby minister Bańka chciał teraz wsadzać swoją głowę między Bońkowe drzwi, a opozycyjną futrynę.

 

Dla wszystkich będzie najlepiej jak wszystko rozstrzygnie się w demokratycznych wyborach 28 października, bez ingerencji organów państwa polskiego lub międzynarodowych władz piłkarskich. Inaczej robić zwyczajnie nie wypada w państwie prawa i sprawiedliwości. I wierzę, że pan Józef Wojciechowski wkrótce ochłonie i szybko zrezygnuje z tej niezręcznej i mało poważnej sytuacji, bo jak na razie, ktoś taki jak Zbigniew Boniek jest w Polsce – aż szkoda - tylko jeden.