Sędziowie wypunktowali wysokie (2 x 118:110, 119:109) zwycięstwo Brytyjczyka i moim zdaniem nie popełnili błędu. Można oczywiście dyskutować, czy nie bardziej odpowiadająca przebiegowi ringowych wydarzeń byłaby punktacja 117:111, ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia.

 

Joshua nie dał się wciągnąć w pułapkę, którą od początku zastawiał na niego Parker. Nowozelandczyk liczył na jego błąd w ataku i czekał na kontrę, ale Joshua, od soboty posiadacz pasów WBA, IBF, WBO (ma jeszcze IBO, ale to pas mniej ważny) konsekwentnie realizował własny plan.

 

Ustawiał mianowicie rywala lewym prostym, od czasu do czasu bił prawym na korpus, a jak wpadali w klincz, to szukał okazji, by wyprowadzić prawy podbródkowy.

 

Przed tym pojedynkiem pisałem i mówiłem, że moim faworytem jest Joshua, ale liczyłem, że Parker podejmie jednak ryzyko i zrobi wszystko, by doprowadzić do ringowej wojny. Szczególnie w drugiej fazie walki, gdy chyba zrozumiał, że jego taktyka nie przynosi rezultatów. Nowozelandczyk nie jest małym ciężkim. To kawał chłopa, mierzy 193 cm, waży dobrze ponad 100 kg, jest silny i szybki, więc nie przekonuje mnie tłumaczenie, że nie mógł przedostać się do półdystansu. Po prostu zabrakło determinacji i wiary, że jest to możliwe. Owszem, sędzia ringowy szybko przerywał takie akcje, co nie wystawia mu dobrego świadectwa, ale w dużej mierze Parker może mieć pretensje do siebie.

 

Inna sprawa, to odpowiedź na pytanie, czy było go stać na sprawienie sensacji. Moim zdaniem nie. Jego ataki są schematyczne i łatwe do przewidzenia. Joshua bardzo dobrze sobie z nimi radził. Znacznie lepiej od Parkera czuł dystans, jego lewy prosty był skuteczniejszy. I nie miał najmniejszych problemów kondycyjnych, bo to on regulował tempo. A niska, jak na niego (109,9 kg) waga też miała tu duże znaczenie.

 

Joshua przypominał mi w tej walce ostrożnego Władimira Kliczkę, który zawsze starał się maksymalnie wykorzystywać swój potencjał atletyczny i znakomite warunki fizyczne, a unikał ryzyka.

 

Parker przyznał szczerze, że wygrał lepszy. Obiecał jednak, że wróci silniejszy.


80 tysięcy ludzi w Cardiff czekało wprawdzie na nokaut, kolejny w karierze swojego bohatera, ale tym razem Joshua go nie szukał. To jego pierwsza, punktowa wygrana. Wciąż jest niepokonany i do kolekcji brakuje mu już tylko jednego mistrzowskiego pasa (WBC), który jest w posiadaniu Amerykanina Deontay’a Wildera.

 

Ich walka jest nieunikniona, ale wątpię, by doszło do niej jeszcze w tym roku.


Co do tego, że będzie to absolutny bokserski hit, chyba nikt nie ma wątpliwości. „Bronze Bomber” z Alabamy nosi w prawej ręce odbezpieczony granat, i zrobi wszystko by go zdetonować. A Joshua z pewnością nie pozostanie dłużny.

Bilety, bez względu na jakim stadionie na Wyspach Brytyjskich do niego dojdzie, rozejdą się błyskawicznie, tego też możemy być pewni. Być może jednak ofertę przebije Las Vegas i to tam Joshua zmierzy się z Wilderem w kolejnej „Walce Stulecia”. Na razie jednak jest to melodia przyszłości.