Pindera: Kto następny dla Gołowkina?

Sporty walki

Giennadij Gołowkin po znokautowaniu Vanesa Martirosyana w Carson mówi, że może walczyć z każdym. Z „Canelo” Alvarezem też, jeśli tylko Meksykanin będzie gotowy.

Tym razem Kazach nie bronił należącego do niego pasa IBF, bo federacja uznała, że Martirosyan nie zasługuje na taki zaszczyt. Nie walczył dwa lata, a ostatnie pojedynki toczył kategorię niżej. Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy, obowiązkowym pretendentem do pasa IBF jest Ukrainiec Siergiej Dieriewianczenko, więc to z nim Gołowkin powinien walczyć o to trofeum. 
 
W stawce pojedynku z Martirosyanem były więc tylko tytuły WBC i WBA, ale prawdę mówiąc, nie miało to większego znaczenia. Urodzony w Armenii mieszkaniec Glendale decydując się na walkę z „GGG” podjął przecież samobójczą decyzję. Jego szanse na zwycięstwo były bliskie zera. 
 
Owszem, to dobry pięściarz, olimpijczyk z Aten (2004). W zawodowej karierze, w wadze junior średniej, pokonali go tylko Erislandy Lara, Demetrius Andrade i Jermell Charlo. Z Larą i Andrade walczył o mistrzowskie pasy, z Kubańczykiem przegrał jednogłośnie, stawką był tytuł WBA, a z Andradę, o tytuł WBO, stosunkiem głosów 1:2. Z Charlo też bił się dzielnie.
 
Tak też zaczął walkę w Carson z Gołowkinem. W pierwszej rundzie nie odstawał od króla wagi średniej, kilka razy go trafił i na dobrą sprawę można było wypunktować to starcie na jego korzyść.
 
Ale w drugim było po wszystkim. „GGG” ruszył zdecydowanie do ataku, zadał serię dziewięciu ciosów, po których Martirosyan padł na deski, a sędzia ringowy Jack Reis zatrzymał pojedynek. A przecież Gołowkin dopiero się rozkręcał. 
 
Inna sprawa, że niedoszły rywal Macieja Sulęckiego miał tylko 2.5 tygodnia na przygotowania, do tego wystąpił w wyższej kategorii. Gołowkin miał walczyć w meksykańskie święto, Cinco de Mayo, z Saulem Alvarezem w Las Vegas. Ale Meksykanina złapano na dopingu i musiał się z tej walki wycofać. Dopiero wtedy rozpoczęto poszukiwania innego przeciwnika. 
 
Gołowkin był przygotowany znakomicie, szykował się przecież na Alvareza. Martirosyan wziął walkę w biegu, ale to oczywiście jego problem. Zarobił 225 tysięcy USD (Gołowkin milion) i po raz pierwszy w karierze został znokautowany. Nie wiem, czy to był dobry pomysł. 
Kazach zaś wyrównał przy okazji rekord Bernarda Hopkinsa broniąc po raz dwudziesty mistrzowskich pasów w wadze średniej. W kolejnym pojedynku zapewne ten rekord pobije. Chodzi mu jeszcze po głowie zdobycie tytułu WBO (mistrzem tej organizacji jest Brytyjczyk Billy Joe Saunders), ale na razie  nie ma takiej walki w planie. 
 
Wciąż priorytetem jest rewanż z Alvarezem. Sześciomiesięczna dyskwalifikacja „Canelo” upływa 17 sierpnia, więc do  pojedynku z Gołowkinem mogłoby dojść jeszcze we wrześniu, w kolejne meksykańskie święto. Zresztą „GGG” jeszcze na ringu w Carson powiedział, że może walczyć z „Canelo”, choć jeszcze nie tak dawno mówił co innego.
 
Gołowkin jest dziś nr 1 w wadze średniej co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Lepiej unikać go jak ognia, bo szkoda zdrowia. Martirosyan twierdzi, że przyjąć cios od „GGG”, to jak zderzyć się z pociągiem. Dużo prawdy jest też chyba w słowach Abela Sancheza, trenera boksera z Karagandy, że nikt już nie jest taki sam po walce z Gołowkinem. Ale chętnych, by z nim się bić, nie zabraknie, tego jestem pewny. 
 
On sam przy każdej okazji pytany z kim chciałby walczyć mówi szczerze, że nie ma to większego znaczenia. – To są moje pasy, przyjdzie mi je odebrać – prowokuje ewentualnych rywali. I uśmiecha się szeroko, niewinnie, w swoim stylu. Ale jak wychodzi do ringu, to ten uśmiech znika.
Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze