Sędziowie nie byli wprawdzie zbyt szczodrzy punktując 96:94 dla Kownackiego, ale nie ma to już większego znaczenia. Najważniejsze, że wygrał jak najbardziej zasłużenie z dobrze przygotowanym Martinem, który chyba pozytywnie zaskoczył swoją postawą. Nie uciekał, nie czekał tylko i wyłącznie na kontrę wykorzystując swoje warunki fizyczne i odwrotną pozycję, ale postawił wszystko na jedną kartę wchodząc w długie wymiany.

 

Oba zadali prawie 1400 ciosów, co musi robić wrażenie biorąc pod uwagę fakt, że walka była dziesięciorundowa. Kownacki sporo przyjął, ale przy jego stylu taka jest cena ryzyka, które podejmuje. Oczywiście można je zmniejszyć pracując nad obroną, poprawiając pracę nóg i nieco mniej ważąc. Przyznał to zresztą sam Kownacki mówiąc, że na przyszłość musi stracić kilkanaście funtów. W tym bardzo intensywnym pojedynku był w końcówce zmęczony, miał trudne chwile, ale znów górą był jego charakter wojownika i niewiarygodne serce do walki. Z takim sercem trzeba się po prostu urodzić.


Martin nie miał pretensji do sędziów. Uznał wyższość Kownackiego, ale on też miał w tym pojedynku swoje naprawdę dobre chwile, za co należy mu się szacunek.


Walka podobała się widzom, wzbudziła też uznanie licznych amerykańskich dziennikarzy branżowych. Mistrz WBC Deontay Wilder na swoim portalu społecznościwym też pogratulował obu pięściarzom za stoczoną bitwę na Brooklynie.


Adam Kownacki (18-0, 14 KO) w Barclays Center czuje się jak w domu. To już jego siódmy pojedynek w tym miejscu. Oczywiście siódmy wygrany, bo urodzony w Łomży mieszkaniec Nowego Jorku jeszcze nie przegrał żadnej walki. Skalp byłego mistrza świata wagi ciężkiej jest oczywiście najcenniejszy, ale „Baby Face” mierzy wyżej, chce się bić z najlepszymi. I myślę, że to tylko kwestia czasu, kiedy dostanie walkę o tytuł. W rankingu Boxrec jest już dziesiąty, przed Josephem Parkerem i Dereckiem Chisorą.


Starciem Kownackiego z Martinem rozpoczynał telewizyjny przekaz Showtime, a kończył je mistrzowski pojedynek byłych czempionów wagi półśredniej, Danny’ego Garcii z Shawnem Porterem. Trzeba przyznać, że było co oglądać. Stawką był wakujący pas WBC, który należy teraz do Portera, bo to on wygrał ten zacięty bój.


Kilka godzin wcześniej w Birmingham Amir Khan pokonał mieszkającego w Kanadzie Kolumbijczyka Samuela Vargasa, ale mnie nie zachwycił, choć było trochę fajerwerków. Anglik raz leżał na deskach, a jego rywal padał dwukrotnie.


Khan jest wciąż szybki, boksuje efektownie, ale w konfrontacji z Porterem czy Garcią nie stawiałbym na niego. A przecież w tej wadze są jeszcze Errol Spence Jr, jest Terence Crafword i wciąż obecny Manny Pacquiao, a za chwilę wróci do gry Keith Thurman.


Dla Khana najlepsza byłaby walka z byłym mistrzem wagi półśredniej, Kell Brookiem. Zapełni ona spory stadion na Wyspach Brytyjskich, obaj zarobią kupę forsy, choć najlepsze lata mają już za sobą. Grzechem byłoby zaprzepaścić taką szansę. A o tytuły niech się biją inni.