28 stycznia 2017 roku młodszy z Meksykanów dopiął swego nokautując rywala w 11. rundzie. Na ringu w kalifornijskim Indio broniący wtedy mistrzowskiego pasa WBC Vargas krwawił mocno z licznych rozcięć. Miał rozbite oba łuki brwiowe i przeciętą skórę na nosie. Po dziesięciu rundach na kartach punktowych dwóch sędziów prowadził nieznacznie Berchelt (96:94), a trzeci widział remis (95:95).

 

W pierwotnej wersji rewanż miał zostać rozegrany 23 marca w Inglewood, ale został przesunięty z powodu kontuzji prawej ręki Berchelta. Ostatecznie dojdzie do niego w najbliższą sobotę w Tuscon w Arizonie.

 

Dla 27-letniego Berchelta będzie to piąta obrona wywalczonego dwa lata temu tytułu, i to on słusznie uważany jest za faworyta. Co więcej, „ El Alcaran - Skorpion”, bo taki nosi przydomek, zdaniem ekspertów jest nr 1 w tej kategorii, najlepszym z urzędujących mistrzów. I być może w niedalekiej przyszłości zmierzy się z Wasylem Łomaczenką, posiadaczem dwóch pasów (WBA, WBO) w wadze lekkiej, wcześniej mistrzem wagi piórkowej i superpiórkowej. Ale jednym z warunków jest wygrana z Vargasem.

 

Łomaczenko oczywiście ma swoje plany, choć w dużej mierze zależne od pomysłów Boba Aruma (który jest też promotorem Berchelta), i na taki pojedynek zapewne przyjdzie trochę poczekać. Na razie Ukrainiec walczyć będzie o pozostawiony przez Mikeya Garcię pas WBC w wadze lekkiej z Luke Campbellem, podobnie jak on złotym medalistą igrzysk w Londynie. Anglik wygrał w 2012 roku olimpijską rywalizację w kategorii koguciej, a Łomaczenko w lekkiej. Ale jeśli Arum twierdzi, że walka Ukraińca z Bercheltem jest możliwa (w jakiej wadze?), to chyba w niedalekiej przyszłości możemy się jej spodziewać.

 

Teraz jednak trzeba pokonać w Tuscon 34-letniego Vargasa (25-1-2, 18 KO), który od stycznia 2017 roku nie myśli o niczym innym, tylko o słodkiej zemście, którą może mu dać wygrana z młodszym rodakiem. „El Bandito” z Tijuany stoczył od tamtego czasu tylko dwie walki, obie wygrał i nie można go skreślać w sobotnim pojedynku.

 

Tacy jak on są zawsze groźni

 

Patrząc dziś na bilans ringowych zmagań urodzonego w Cancun Berchelta (35-1, 31 KO) nie chce się wierzyć, że ten meksykański kiler był kiedyś terroryzowany przez starszych i silniejszych kolegów w szkole. Zaczął więc trenować boks, by się bronić. I po latach został zawodowym mistrzem świata.

 

Wewnętrzne wojny Meksykanów najczęściej mają słodko-kwaśny smak, większość z nich to krwawe wojny, które pamięta się latami. Nie trzeba sięgać zbyt daleko, wystarczy przypomnieć trylogię Marco Antonio Barrery z Erikiem Moralesem, czy cztery wojny Israela Vasqueza z Rafaelem Marquezem, młodszym bratem Juana Manuela, pogromcy Manny’ego Pacquiao, który ma na koncie m. innymi wygraną z Barrerą.

 

Nigdy nie zapomnę, jak w przed laty do El Paso, gdzie w Przemkiem Saletą komentowaliśmy jeden z mistrzowskich pojedynków Oscara De La Hoi, zjechało się kilkudziesięciu meksykańskich czempionów, i nie mogli się podczas prezentacji pomieścić w ringu. Ten kraj ma niesamowitą bokserską historię i nie jest łatwo znaleźć w niej miejsce. Dlatego można być pewnym, że w Tuscon obaj Meksykanie, Berchelt i Vargas, będą się bić jak o życie.

 

A kto wygra? Stawiam na urzędującego mistrza, Vargas przegra przed czasem, tak jak w ich pierwszym pojedynku. I jestem pewien, że ta wojna również będzie krwawa.

 

Transmisja gali Berchelt – Vargas w nocy z soboty na niedzielę od godz. 4.00 w Polsacie Sport Extra.