Mało kto stawiał na Polaków w turnieju kwalifikacyjnym, z którego tylko jedna drużyna mogła wywalczyć awans na mistrzostwa Europy. Zadanie było o tyle utrudnione, że gospodarzami turnieju byli Włosi, z którymi piłkarze Dariusza Dźwigały mierzyli się w drugim meczu imprezy. Piękny klimat Morza Adriatyckiego wyraźnie posłużył jednak 19-latkom z Polski, którzy zagrali kapitalny mecz, po którym można było zastanawiać się czy w biało-czerwonych koszulkach biegają właśnie chłopaki znad Wisły.

 

Polacy grali przebojowo, ofensywnie, raz po raz zaskakując rywala pod jego bramką. To rywale mieli jednak na początku doskonałe okazje do tego, żeby otworzyć wynik meczu, ale świetnie między słupkami spisywał się Radosław Majecki.

 

Od pierwszych minut na lewym skrzydle szalał Tymoteusz Puchacz, który był ustawiony na obronie, ale częściej niż na własnej połowie, gościł pod polem karnym przeciwnika. To właśnie on rozpoczął akcję, która dała prowadzenie gościom z Polski w 17. minucie. Puchacz minął trzech rywali niczym tyczki, wyłożył piłkę w pole karne, a na szesnastce dopadł do niej David Kopacz. Młody pomocnik strzelił w samo okienko, a gol oglądany z perspektywy trybun robił niesamowite wrażenie.

 

Niestety Włosi mieli w swoim składzie Gianlukę Skamakkę, który miał 24 marca 2018 roku dzień "konia". Scamacca w 38. minucie ukąsił po raz pierwszy, wykorzystując rzut karny podyktowany za faul na... Nicolo Zaniolo, wtedy jeszcze piłkarzu Interu, a teraz gwieździe AS Roma. Odpowiedź piłkarzy Dźwigały była natychmiastowa. Młodszy od kolegów, bo urodzony w 2000 roku Sebastian Walukiewicz, świetnie odnalazł się w szesnastce i uderzeniem głową trafił na 2:1. To właśnie wtedy Walukiewicz po raz pierwszy trafił do notesów włoskich skautów, którzy później polecili go do Cagliari.

 

Do przerwy Polacy sensacyjnie prowadzili, a jeszcze lepsza od wyniku była gra naszych piłkarzy, którzy wyglądali na murawie niczym Real Madryt z najlepszych lat. Postawa w defensywie nie była jednak współmierna do tej w ataku. W 50. minucie Walukiewicz nie poradził sobie ze Skamakką, który w świetnym stylu strzelił swojego drugiego gola. Polacy wyszli jednak z założenia, że najlepszą obroną jest atak i chwilę później byli na prowadzeniu. Znowu pod polem karnym Italii błysnął Kopacz, który cudownym lobem po raz drugi pokonał Alessandro Plizzariego.

 

Ten mecz był jednak pełen niesamowitych zwrotów akcji. W 65. minucie znów mieliśmy remis i znów doprowadził do niego Scamacca, który płaskim strzałem nie dał szans na skuteczną interwencję Majeckiemu. Obie drużyny próbowały za wszelką cenę przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, ale i jednym i drugim brakowało skuteczności. Trener Dariusz Dźwigała próbował jeszcze zmienić losy spotkania, wprowadzając na murawę ofensywnych Mikołaja Kwietniewskiego i Sebastiana Bergiera, lecz bramkę zdobyli Włosi. Na siedem minut przed ostatnim gwizdkiem po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Majeckiego głową pokonał Davide Bettella i ostatecznie Włosi zwyciężyli 4:3.

 

Specjalnym gościem na tamtym meczu był Jacek Magiera, który między innymi w towarzystwie Marka Koźmińskiego oglądał popisy ofensywne biało-czerwonych. Już wtedy było wiadomo, że Magiera poprowadzi reprezentację U-20 złożoną właśnie z zawodników biegających po murawie w Lignano Sabbiadoro i mógł być ukontentowany postawą nastolatków w ataku.

 

Niestety podczas polskiego mundialu w 2019 roku, na którym grają Walukiewicz, Puchacz czy Kopacz dobrą postawę biało-czerwonych w ofensywie widzieliśmy tylko w spotkaniu ze słabym Tahiti. Zarówno z Kolumbią, jak i z Senegalem gra w ataku wołała o pomstę do nieba i nie widzieliśmy tak przebojowych skrzydłowych, jak miało to miejsce w marcu 2018 roku nad Adriatykiem. Żeby marzyć o wygranej z Włochami, którzy w swoim składzie będą mieli przecież Skamakkę, trzeba dołożyć dużo jakości także w przednich formacjach. A może w kontekście dalszych losów tych chłopaków i dorosłej reprezentacji Polski, lepiej byłoby zobaczyć porażkę 3:4, ale po grze dającej nadzieję na dobrą przyszłość?