Wielu ekspertów skazało już 40-letniego „PacMana” na sportową emeryturę, ale senator z Filipin wciąż nie chce się na nią udać. Co więcej zapewnia, że wygra z niepokonanym Thurmanem i zunifikuje pasy WBA w wadze półśredniej. Dziś Pacquiao jest mistrzem regularnym, a Thurman superczempionem tej organizacji.

 

Kiedy w marcu 2017 roku Thurman pokonał Danny’ego Garcię i zunifikował pasy WBA i WBC bokserscy eksperci uważali go za najlepszego w kategorii półśredniej. Później jednak poddał się operacji barku i nie widzieliśmy go w ringu dwa lata, a gdy wrócił sporo się zmieniło. Urósł w siłę Errol Spence Jr, wrócił do gry Shawn Porter i pojawił się Terence Crawford, wcześniej mistrz wagi lekkiej i juniorpółśredniej.

 

No i wciąż nie chce zejść ze sceny Pacquiao.  Po niezasłużonej porażce z Australijczykiem Jeffem Hornem, Filipińczyk się nie poddał. Sporo zmienił w swoim sztabie  i pokonał Argentyńczyka Lucasa Martina Matthysse. Kolejna wygrana, z Adrienem Bronerem, tylko potwierdziła że stać go na więcej. To po niej skierował do Floyda Mayweathera Jr słowa: Jeśli chcesz, zróbmy to ! – myśląc oczywiście o rewanżu.

 

Teraz walka z Thurmanem odpowie na pytanie, czy rację mają wysyłający Filipińczyka na emeryturę, czy ci, którzy wciąż w niego wierzą.

Jeśli górą będzie „PacMan”, czego osobiście nie wykluczam, to realnym stanie się unifikacyjny pojedynek o trzy pasy (WBA, WBC, IBF) ze zwycięzcą walki Spence Jr-Porter.

 

I nic nie powinno stanąć na przeszkodzie, by taki właśnie czteroosobowy turniej w wadze półśredniej faktycznie miał miejsce. Pozostanie Crawford, mistrz WBO, ale to inna telewizja, inny promotor, słowem rozbieżne interesy finansowe staną na przeszkodzie takiej konfrontacji..

 

Z biznesowego punktu widzenia wciąż najbardziej pociągający jest rewanż Filipińczyka z Floydem Maywetherem Jr. Scenariusz mało prawdopodobny, ale nie niemożliwy, a pachnie wielkimi pieniędzmi. Nie tak wielkimi jak w pierwszej walce, ale to wciąż byłaby góra dolarów. I to może być skuteczny magnes.

 

Mayweather jr ma wprawdzie już 42 lata, Pacquiao w grudniu skończy 41, ale ten pierwszy trzyma się dobrze, choć nie walczy, a "PacMan" podejmuje coraz to większe wyzwania. Niewielu było w tym wieku takich mistrzów jak on.

 

Najgłośniejsze nazwiska czempionów 40 plus to oczywiście Bernard Hopkins i George Foreman. „Kat” Hopkins mistrzem świata był jeszcze w wieku 49 lat, a ostatni raz o tytuł walczył mając lat 51. Big George znokautował Michaela Moorera w 1994 roku, odbierając mu pasy IBF, WBA mając prawie 46 lat, a w listopadzie 1997 roku tylko w oczach sędziów był gorszy od młodszego o 24 lata Shannona Briggsa. Komentując ten pojedynek, ostatni w karierze blisko 49-letniego wtedy Foremana, nie miałem żadnych wątpliwości, kto był lepszy. Harold Lederman punktujący dla HBO widział podobnie - 116:112, oczywiście dla Foremana.

 

Na ogół jednak czterdziestolatkowie odcinają kupony od dawnej sławy. I tu lista jest bardzo długa, bo jak uczy historia tej dyscypliny ciężko pożegnać się z ringiem, i to nie tylko w przyczyn finansowych. Ale najczęściej  decydującym czynnikiem są pieniądze. – Jeszcze ten ostatni raz i kończę ! -  mówią weterani ringów i zaliczają kolejną porażkę.

 

Nasi pięściarze też są na tej liście. 42-letni Rafał Jackiewicz, były mistrz Europy i pretendent do tytułu mistrza świata w wadze półśredniej przegrał właśnie w Danii kolejny pojedynek. Krzywdy nie dał sobie zrobić, bo to stary bokserski cwaniak, ale takie porażki bolą jego sympatyków. Kiedyś od pewnego momentu walkę za walką na zawodowym ringu przegrywali Jacek Bielski (ostatni polski mistrz Europy amatorów) oraz olimpijczyk z Barcelony (dziś promotor) Dariusz Snarski, bo się opłacało, a wygrywać musieli inni.

 

Teraz na ring ponoć wraca 54-letni Oliver McCall, mistrz świata wagi ciężkiej sprzed ćwierć wieku, człowiek, który w 1994 roku jednym ciosem znokautował Lennoksa Lewisa. Były sparingpartner Mike’a Tysona od zawsze miał problemy z narkotykami (wystarczy przypomnieć przegrany rewanż z Lewisem) i dziś to już strzęp dawnego czempiona, jeśli więc ktoś da mu licencję, to naprawdę może to być „jeden most za daleko”.

 

Zresztą historie tych, którzy desperacko i wbrew logice wracają na zawodowy ring, to gotowy scenariusz na film, czy serial dla widowni spragnionej mocnych wrażeń. Niestety, najczęściej to historie bardzo smutne, bez szczęśliwego zakończenia. Na tym tle tacy jak Hopkins, Foreman, czy najmłodszy z tego grona Manny Pacquiao jawią się jak istoty z kosmosu, a historie ich karier to optymistyczne bajki z cyklu:  „Stary człowiek i może”.

 

20 lipca przekonamy się czy „PacMan” Pacquiao naprawdę jeszcze może.